#1 Monachium lotnisko – Camping nad jeziorem Tegernsee DE

Gdy wreszcie wszedłem na płytę lotniska Jasionka, by dojść do samolotu Lufthansy, którym miałem się dostać do Monachium, moje pierwsze wrażenie było: „jak tym maluchem damy radę w tyle osób i do tego jeszcze z tym moim byczym rowerowym pudłem się dostać?” Drugą myślą było, że mam nadzieję, że te mgły nam nie przeszkodzą wzbić się w niebo. Wchodzę na pokład, przywitałem się ze starszą stewardessą mówiąc „dzień dobry!”. W odpowiedzi usłyszałem „gut morning” z mocnym niemieckim akcentem. Spojrzałem w lewo i ku mojemu zdziwieniu zajrzałem do kabiny pilotów. Rzadko się to zdarza, więc cyknąłem fotkę.

Jeśli chodzi o latanie ze spakowanym do pudła rowerem, to można powiedzieć, że mam już pewną rutynę. No i tym razem chyba właśnie ta rutyna mnie zgubiła. Gdy wylądowałem w Monachium głowę moją zaczęło zaprzątać, że jest duże zachmurzenie, będzie padać, więc najlepiej by było niezwłocznie się ewakuować z lotniska i ruszać w trasę. Zobaczyć tę parę zaznaczonych obiektów w centrum Monachium i jazda na camping.

Długo to trwało, zanim wreszcie moje wielkie pudło pojawiło się na taśmie w okienku z nadbagażami. Szybko zapakowałem pudło na wózek i ruszyłem w poszukiwaniu spokojnego miejsca, gdzie będę mógł rower wypakować i poskładać wszystko sprawnie. Namierzyłem takie miejsce i zacząłem zabawę w składanie rowera. Szło sprawnie. Jeszcze tylko opony napompować chociaż wstępnie ręczną pompką, bo później dobiję sobie ciśnienie gdzieś na stacji na kompresorze. Poukładałem sobie wszystko pięknie w sakwach, żeby waga była odpowiednio rozłożona i już mam ruszyć przed siebie, gdy się zorientowałem, że przecież nie mam założonego Garmina – nawigacji, ani nie założyłem na kierownicę telefonu… Zbladłem… Właśnie uświadomiłem sobie, że nie spakowałem nawigacji ani etui do telefonu z odpowiednim zaczepem, żeby telefon trzymał się na nowym lepszym uchwycie… Jest źle. Wyszedłem, bo zacząłem się pocić ze stresu. Szybka analiza, krótkie rozmowy z Pati i z Opciem. Najpierw Pati potwierdziła, że zostawiłem na półce obie te rzeczy. Później zadzwoniłem do Opcia. Opcio jest w takich sytuacjach nieoceniony. W takich przypadkach działamy dość podobnie – myślimy analitycznie, bierzemy pod uwagę różne aspekty i szybko podejmujemy decyzje. Jego zdanie było mi potrzebne by upewnić się, że dobrze myślę i utwierdzić się w przekonaniu…

Wysyłanie z Polski nawigacji z uchwytem nie jest zbyt dobrym pomysłem, bo ciężko będzie wymyślić takie miejsce, żeby przesyłka na pewno dotarła na czas a ja żebym nie musiał na nią czekać. Gdyby to było w Polsce, to byłbym niemal pewny, że inpost dostarczy to na następny dzień. Rzadko się zdarzają opóźnienia. Dostawa do Austrii? Włoch? Ciężko trafić. Poza tym, nie mając uchwytu na telefon, nie mam jak przymocować do kierownicy telefon, który mógłby zastąpić nawigację, choć żarł by baterię w takim tempie, że nie wiem, czy dałbym radę go doładowywać z powerbanka i czy to by zadziałało. Jednak Garmin działając cały dzień – bateria mu wystarcza spokojnie i naładowanie go nie zeżera tyle energii, co smartfona. Dlatego decyzja była jedyna słuszna – trzeba kupić nowego Garmina. Trudno – jest koszt, ale innego wyjścia w tamtej sytuacji nie widziałem lepszego – ani ja, ani Opcio. Pozostało jeszcze teraz znaleźć miejsce gdzie mają takie rowerowe nawigacje na miejscu i to kupić od ręki.

Co się okazało, w Niemczech pod tym względem jest nawet gorzej niż w Polsce, bo wszyscy już wszystko kupują przez Internet i dlatego w sklepach nie mają takich różnych wydziwianek jak nawigacje rowerowe. Ja musiałem już jechać chcąc w miarę mało być zmoczony przez ścigający mnie deszcz. A Opcio szukał online, gdzie mogę kupić na miejscu jakiegoś Garmina. Myślałem nawet, że może być nawigacja innych firm – Bryton, czy inne Wahoo – byleby działało. Okazywało się, że albo nie ma informacji o stanie magazynowym w sklepach, albo po prostu nie mają w sklepach tych nawigacji. Pierwszy kierunek jaki miałem wytyczony, to był Decathlon pomiędzy lotniskiem a centrum Monachium. W tym właśnie kierunku ruszyłem.

Sprawdziłem więc w telefonie na Komoot, jak się wydostać z lotniska? Ponieważ nigdzie nie widziałem oznaczonej ścieżki rowerowej, żadnego drogowskazu, którędy rowerem mogę stąd wyjechać, ruszyłem za śladem wytyczonym przez Komoot. Po 200m ścieżka się skończyła nagle. Została tylko droga dla samochodów. Trudno, ruszyłem nią. Zaczęło padać. Trudno. Droga jednak prowadziła do wjazdu na drogę szybkiego ruchu. Stanąłem. Sprawdzam w telefonie. Komoot prowadzi właśnie tędy. Rozglądam się. Dookoła poogradzane tereny lotniska, zakazy wjazdu, bramy z drutami kolczastymi. Nie widzę nigdzie innej opcji. Ruszam więc z duszą na ramieniu. Pod górę. Włączyłem światełka licząc na to, że to cokolwiek pomoże kierowcom. Leje coraz mocniej. Pod górę i włączam się do ruchu, gdzie wszyscy kierowcy już pędzą naprawdę szybko, jakieś 70-90 km/h. Staram się jechać poboczem, które nie jest zbyt szerokie. Najgorsze są autobusy i TIRy, które gdy mnie mijają, to nie dość że moczą mocno, to jeszcze zasysają. Robię wszystko by jak najszybciej to przejechać, bo wiem, że za jakieś 1,5 km będzie zjazd na ścieżkę rowerową. W końcu dojeżdżam do tego miejsca, ale się okazuje, że nie ma swobodnego wjazdu na ścieżkę. Jest banda pochłaniająca energię. Jadę więc dalej. W końcu widzę przystanek. Wtarabaniłem się na wysoki krawężnik i chodu chodnikiem do ścieżki rowerowej.

Ufff… Już bezpiecznie. Deszcz zelżał. Ścieżką dojeżdżam do stacji paliw, więc dopompowuję koła kompresorem. Gdybym wtedy wiedział, że to będzie ostatni kompresor na całej mojej wyprawie! Ciężkie to do uwierzenia, ale tak właśnie było. Niestety na stacji żadnych uchwytów rowerowych na telefon nie mieli. Deszcz przelotnie łapał mnie kilka razy dość intensywnie mocząc. Ponieważ jechałem głównie terenami z otwartą przestrzenią, to gdy tylko widziałem, że jest opcja schować się gdzieś pod drzewem, robiłem to. W pewnym momencie przejechałem przez most i nawigacja kazała mi skręcić zaraz za mostem w lewo w szutr. Okazało się, że to szlak rowerowy, szutrowy wzdłuż rzeki Isara. Och! Gdyby tylko była pogoda, byłoby pięknie! A tak było zimno, mokro, popadywał mocniej, albo słabiej deszcz, a ja brnąłem przez mokry dość grząski szutr na południe w kierunku Monachium.

Zjechałem ze szlaku, by skręcić do Decathlona, ale po drodze stanąłem przy Media-Markt. Niestety nie mieli żadnych nawigacji rowerowych. Gdy drążyłem temat, stwierdzili, że takie rzeczy to się kupuje online… W piekarni obok zamówiłem jednak kawę i kanapkę, żeby nieco się ogrzać i przeczekać mocną ulewę. W końcu trafiłem do Decathlona. Niestety ani uchwytów na telefon, ani tym bardziej żadnych ale to żadnych nawigacji! Najprostsze komputerki rowerowe i tyle… Trudno. Kupiłem kartusz z gazem, który i tak miałem w planie tu kupić i ruszyłem dalej. Opcio powiedział mi o sklepie fabrycznym Garmina w samym centrum starego miasta i jednym dużym sklepie rowerowym, w którym jest szansa że będą mieli coś, co mnie interesuje. Pojechałem więc tam licząc na to, że już nieistotne za ile, ale byleby mieli dla mnie nawigację.

Jak się jedzie bez nawigacji? No coż – ostry oldschool. Wpiąłem jedną słuchawkę do ucha, telefon w kieszeni wodoodpornej kurtki i nasłuchuję. Za 100 metrów lekko w prawo, potem lekko w lewo… Tyle że dojeżdżam do rozstaju dróg i jest 3 ścieżki w prawo, a potem 4 w lewo. Zatrzymuję się, sprawdzam w telefonie i dopiero wtedy wiem jak jechać. Jadę od lotniska najpierw ścieżką rowerową wzdłuż drogi samochodowej, później szutrem wzdłuż rzeki. Od Decathlonu jadę jakimiś parkami angielskimi, gdzie oznakowania nie ma. Bez nawigacji więc – traci się czas i kluczy. A w mieście to dopiero! Gdy masz nawigację i przygotujesz sobie trasę w Komoot, to jesteś prowadzony albo ścieżkami rowerowymi, albo mało uczęszczanymi drogami, czasami jakieś szutry, rzadziej jakieś drogi polne, leśne, czasem jakieś chodniki przez osiedla, ale w mieście, to taka trasa prowadzi Cię tak, jakbyś się w tym mieście wychował. W każdym mieście bowiem są różne przecinki, skróty – nikt nie jedzie rowerem naokoło, jeśli może to przeciąć – i właśnie dlatego taka nawigacja, to duża pomoc. Poza tym, gdy jedzie się długą trasę i ma dość spore odcinki dzienne – kluczenie, zawracanie, a już zwłaszcza wspinanie pod górę, by po kilku kilometrach zjechać spowrotem w dół, bo okazało się, że to zły kierunek – to strata czasu, energii i morale spada. No dobra – dość już o nawigacji. W tym angielskim parku zatrzymałem się na chwilę przy Monopteros. To taka jakby mała zadaszona kolumnada, wieżyczka na wzgórku. Stamtąd widać jest wieżyczki i szczyty kolumn w starej części Monachium. Dla mnie większe znaczenie miało to, że to miejsce dało mi perspektywę dzięki której zorientowałem się, że deszcze zelżeją, a centrum jest bliżej niż myślałem. Buty były już przemoczone, bo gdy jechałem szlakiem rowerowym z lotniska do Decathlonu wzdłuż rzeki, bardzo padało, a do tego ten żwir z którego była ścieżka rowerowa był nierówny, więc co i rusz kałuże które bardziej moczyły mi buty. W rezultacie gdy dojechałem do starówki, w butach mi już całkiem chlupało. Kurtka przeciwdeszczowa na szczęście zdawałam egzamin, więc chociaż górę miałem suchą.

Wpadłem do starej części Monachium „jak po ogień”, bo z tyłu głowy było, że najważniejsze, to kupić gdzieś nawigację. Skracałem więc jak się dało oglądanie, byle tylko dotrzeć do Ratuszy – Starego i Nowego, bo tuż obok był sklep Garmina i akurat już powinien być czynny.

Dojechałem więc w końcu do niego. Zapiąłem rower i z nadzieją w głosie spytałem sprzedawcę, czy mają nawigacje rowerowe Garmin Edge? Tak! Mamy! Ufff… No dobrze, a jakie macie? Jest Garmin Edge Explore 2? Tak, jest, ale mamy też 830. Chodźmy na górę. Poszedłem. Sprzedawca dość sprawnie posługiwał się angielskim, co bardzo mi ułatwiało zadanie. Pytam się go, czy ma na miejscu – tak żebym mógł kupić i od razu zamontować na rowerze tę nawigację? Tak. Ale jak zaczął sprawdzać w szafce okazało się, że jednak nie ma na miejscu Explore 2, a 830. Ale zaczął się tłumaczyć, że może mieć w ciągu pół godziny. Jednak tłumaczy mi, że skoro mam taką sytuację, że mam już Explore 2, a ta nawigacja ma być tylko na tę wyprawę, to proponowałby mi bardziej wziąć edge 830, bo jest tańsza o 50 Euro. Zamiast 300 EUR, kosztuje 250 EUR i jego zdaniem łatwiej będzie sprzedać 830 właśnie, bo ma opcje treningowe, więc powinna się cieszyć większym zainteresowaniem potencjalnych Klientów. Poprosiłem o parę minut, zadzwoniłem do Opcia i utwierdził mnie w przekonaniu, że to chyba najrozsądniejsza opcja.

Kupiłem nawigację. Miły sprzedawca spytał się mnie, czy nie chciałbym, żeby mi tę nawigację nieco podładował i zaktualizował, bo muszą się wgrać mapy? Oczywiście, że tak! To bardzo miłe z jego strony. Umówiłem się z nim więc, że podjadę jeszcze pooglądać w okolicy i za pół godziny wrócę. Wróciłem więc na plac pod Nowym Ratuszem a gdy zobaczyłem „Five Guys”, stwierdziłem, że to dobry pomysł, żeby od razu coś zjeść. Niestety w Five Guys tutaj, burger był gorzej zrobiony niż w Marbelli, w której jadłem przed Sylwestrem a i frytki jakoś gorsze były. Co ciekawe, okazało się, że toaleta jest na 3 piętrze. Rower z całym majdanem na dole przy parasolkach, więc nieco się dygałem, że komuś coś może w oko wpaść, ale na szczęście nic nie zginęło. Podjechałem spowrotem do salonu Garmina. A tam się okazało, że mapy się wgrywają i bez tego ani rusz i będą się wgrywać jeszcze z 2,5 godziny, bo prędkość połączenia to zawrotne 5,2 Mbps… Dopowiem tylko, że wówczas sądziłem, że winien jest kiepski internet, bo w Niemczech niestety prędkości dostępu do Internetu w porównaniu z polskimi są bardzo słabe. Na światłowodach 100 Mbps to rarytas wciąż rzadko spotykany. Ale okazało się, że to jednak nie wina łącza jakie mieli w Garminie, a prędkości połączenia z serwerem Garmina! Gdy bowiem wróciłem do Polski i w domu na spokojnie włączyłem aktualizacje moich obu nawigacji, mimo iż mam 300 Mbps ściąganie aktualizacji map szło z prędkością średnią 7,1 Mbps dopiero pod koniec dochodząc do 11 Mbps… Także to nie wina łącza w salonie Garmina w Monachium, a prędkość połączenia z serwerem Garmina jednak…

Tymczasem jednak w Monachium nie miałem niestety wpływu na to co się działo. Mapy musiały się wgrać, bo bez tego na moim połączeniu z telefonu ściąganie po sieci komórkowej 11 GB trwałoby i trwało a poza tym ja miałem 7,5GB transferu danych w ramach abonamentu, a później trzeba było płacić za każde 100 MB. Musiałem poczekać – tak było rozsądniej. Gdy nagrywałem o tym relację na Instagrama i Facebooka, podeszła do mnie starsza Pani i spytała się, skąd jestem? Polen – odpowiedziałem. Uśmiechnęła się od ucha do ucha i spytała się, czy „chcę sobie z nią zrobić zdjęcie?” Czemu nie? Zrobiłem więc zdjęcie, na co ona odpowiedziała w sposób, który brzmiał jak „dziękuję”. Uśmiechnąłem się, na co ona rzuciła jeszcze czymś przypominającym „dowidenia” i „viel gluck” i znikła. Miłe to było. Szkoda że nie dała się spytać o cokolwiek. Bo zostawiła mnie samego z pytaniami „skąd Pani zna polskie słowa? Dlaczego ja?” i tym podobne…

Tymczasem jednak czas leciał, a przede mną było do Campingu nad Tegernsee jeszcze 64 kilometry, czyli netto jakieś 3,5~4 godziny jazdy. Kręciłem się więc przebierając nogami koło salonu Garmina, oglądając targ obok, na którym wciąż było sporo pozostałości po Oktoberfest i licząc na to, że lada moment uda mi się wreszcie ruszyć w trasę. Ciśnienie było dlatego, że Camping przyjmował tylko do godziny 20. Nie było możliwości zarezerwować miejsca, bo na jedną noc nie udało mi się nigdzie zarezerwować miejsca na trasie choć próbowałem to robić aż do Ferrary. Musiałem więc dotrzeć do Campingu przed 20. Inną opcją było spanie na dziko. Tylko że w Niemczech spanie na dziko jest bardzo źle widziane w niektórych landach karane. Nie miałem 100% pewności jak to jest w Bawarii, więc traktowałem to jako ostateczność. Zwłaszcza, że kolejnego dnia miałem spać za Innsbruckiem w Austrii u Martina z Warmshowers.org

Nie mogłem więc, zwłaszcza widząc opis Martina, dopuścić do sytuacji, że bym do niego nie dojechał. Martin bowiem napisał, że jeśli już rezerwujesz, nie wycofuj się i jeszcze kilka reguł w tym tonie. Jak się później okazało wynika to z tego, że u niego nocuje sporo turystów rowerowych i niektórzy są niesłowni, co Martina denerwuje i wcale mnie to nie dziwi. Byłem więc w położeniu takim, że to, czego dzisiaj nie przejadę kończąc jazdę na przykład 20 km wcześniej, bo padnę, to musiałbym to nadrabiać jutro. A jutro było do przejechania ponad 100km z czego pod koniec od Insbrucka była ostra wspinaczka na przełęcz by dojechać do domu Martina w Muhltal.

Gdy więc w końcu wgrały się mapy, musiałem jeszcze wgrać aplikację Komoot i gdy udało mi się wrzucić trasę na dzisiaj, mogłem wreszcie ruszyć przed siebie do jeziora Tegernsee. Najpierw przebijałem się przez Monachium, które do najmniejszych nie należy. Przypomniało mi się, jak trzy lata wcześniej w podobnych okolicznościach przebijałem się przez Zurich pierwszego dnia wyprawy i także jechałem na camping nad jeziorem. Porównanie tych przedmieść, osiedli, ścieżek rowerowych i dróg Monachium i Zurichu wypada korzystniej dla Zurichu. Wydawać by się mogło, że Monachium jako stolica najbogatszego landu Niemiec może mieć porównywalny poziom infrastruktury, jakości bloków, bogactwa domów, samochodów, czystości i porządku… No niestety – na moje oko Zurich w tym porównaniu wygrywa i to znacząco. Monachium wręcz momentami wyglądało nieco gorzej niż polskie miasta, że chociażby Rzeszów. Niemniej przebijałem się dzięki nawigacji bardzo sprawnie aż wreszcie wyjechałem z aglomeracji i zacząłem jechać przez tereny wiejskie. Nie wszędzie wzdłuż drogi była ścieżka rowerowa, ale przynajmniej ruch samochodów nie był zbyt intensywny. I tutaj na południu Niemiec podobnie jak w północnej części rok temu obserwowałem podobne podejście kierowców samochodów do rowerzystów jak w Polsce bardziej niż w Skandynawii. Nie było uprzejmości, ustąpienia pierwszeństwa, dania czasu na włączenie się do ruchu, czy niezajeżdżania ścieżki rowerowej… No niestety. Reguły regułami, ale jak ty jedziesz rowerem, a ja samochodem, to „z drogi śledzie! Heinrich jedzie”. A jak przejeżdżasz jezdnię ścieżką rowerową zdaniem Heinricha zbyt wolno, bo musi zwolnić, to klaksonem ci huknie.

Słońce zaczęło zachodzić, kilometry owszem mijały i mimo dość dobrego tempa jazdy na nowej nieustawionej nawigacji nie widziałem godziny ETA (estimated time of arrival – szacowany czas dojazdu). Zatrzymałem się pod sklepem Penny, żeby kupić picie i jedzenie. Sprawdzam w telefonie w Komoot ile jeszcze mi zostało do pokonania i ile czasu. Nie wyglądało to dobrze. Jak bym nie pędził, to i tak dojechałbym po 20. Słońce zaszło, zaczynała się szarówka, a ja wjeżdżałem w lasy. To nie było takie złe, może poza chłodem, bo potencjalne miejsca do spania na dziko w lesie pojawiały mi się co i rusz. Trzeba było podjąć decyzję. Gdy stanąłem na krótki odpoczynek w Sauerlach, znów próbowałem się dodzwonić do Campingu. Wreszcie się udało! Na pytanie, czy będą mieć dla mnie miejsce? Tak. Czy mogę dojechać po 20? A rozliczyć się rano? Nie. Musisz dojechać przed zamknięciem recepcji. Ponieważ od Monachium co chwilę mijały mnie pociągi, stwierdziłem, że sprawdzę w aplikacji DB – kolei niemieckich, czy jest możliwość podjechania pociągiem i czy to coś mi w ogóle da? Okazało się, że jeśli od razu pojadę na dworzec 300 m ode mnie, to za 15 minut mogę złapać pociąg aż do Tegernsee. Sprawdziłem, czy dzięki temu zdążę przed 20. Okazało się, że razem z dojazdem rowerem ze stacji na camping powinienem być około 15 minut przed zamknięciem. Podjąłem decyzję.

Stanąłem na stacji kolejowej Sauerlach. Kupiłem bilet online i czekałem na pociąg. To było 34 kilometry do podjechania. Rowerem robiłbym w ciągu godziny i 47 minut plus jakieś postoje na trasie, bo nie jestem robotem, czyli 2 godziny. Pociągiem ten odcinek pokonałem w ciągu 51 minut. Przyjechał jakiś pociąg, chwilę później drugi i spiął się z pierwszym. Ale ani na jednym ani na drugim nie widziałem oznaczenia, które powinno być na moim. Spytałem więc gościa z plecakiem, który miał na bluzie znaczek DB, czy może mi powiedzieć, którym dojadę do Tegernsee? Pokazał ten drugi pociąg – ten doczepiony do pierwszego i wyjaśnił, że na trasie pierwszy się odczepia i jedzie gdzie indziej, a drugi dowiezie mnie do celu. Super! Władowałem się z rowerem i trzymałem kciuki, żeby pociąg jechał punktualnie.

Ja wiem, że teraz kilka osób się odezwie – miała być wyprawa rowerowa, a jedziesz pociągiem! Ale to moja wyprawa i to ja podejmowałem decyzje, więc wiem, że decyzja była słuszna. Po drodze mijałem pola, lasy, które naprawdę wyglądały jak u nas w Polsce. Zanim całkiem zapadł zmrok niebo zmieniało spektakularnie kolory i trochę żałowałem, że nie mogłem tego pokontemplować jadąc rowerem. Na pocieszenie im bliżej był celu, tym bardziej realne było rozbicie namiotu na campingu, wykąpanie się w ciepłej wodzie, a przy odrobinie szczęścia może i jakaś ciepła kolacja w restauracji campingu (bo wiem, że jest)…

Wysiadłem na dworcu i rura na camping! Ciemno. Światełka włączone. Gonię. Pod górę, w dół, wgapiam się w nawigację, żeby się nie pomylić, bo czasu mało. Mijam po drodze bardzo ładne pensjonaty, hotele, sklepy z odzieżą górską, regionalnymi wyrobami. Ale poza restauracjami już wszystko pozamykane. Generalnie wszystko pięknie podświetlone. Widać kasę na każdym kroku. Mijani ludzie, to w większości emeryci. W końcu wyjechałem z miasteczka. Zrobiło się bardzo ciemno. Po prawej stronie zamajaczyły światła odbijające się od równej tafli wody jeziora Tegernsee. Sporego jeziora. Na tle nieba widać było też jakieś górki. Och! Jak żałowałem, że nie udało mi się zobaczyć tego w normalnym dziennym świetle tak jak to miało być! To wszystko podejrzewam w ciągu dnia musi wyglądać przepięknie. Spokojnie, dostojnie – bogato! No ale cóż. W końcu po kilku zakrętach wpadłem na teren campingu. Od razu do recepcji. A tam nie ma nikogo… W tym samym budynku jest restauracja. Widzę, że siedzi tam całkiem sporo osób, więc wchodzę do środka. Pytam ubranej na ludowo (czyli falbaniasta spódnica, biała wydekoltowana bluzka) kobiety w średnim wieku, czy recepcja jest już zamknięta, czy ona może mi pomóc z dostaniem się na camping? Odpowiedziała po niemiecku, że mam zaczekać, na pewno w recepcji ktoś się pojawi. Ja jej na to, że recepcja zamyka się o 20, a jest 19:50. Czy może już jest zamknięte? Ona na to się uśmiechnęła i odpowiedziała, że recepcja jest do 22! „WIE???” odpowiedziałem po niemiecku niedowierzając… „Ja! Bis zehn”… Ręce mi opadły.

Wracam do recepcji. Pojawiła się otyła kobieta. Oczywiście przyjęła mnie na camping, spisała sobie dane z mojego dowodu osobistego, powiedziała, że jutro płatność będzie tylko gotówką, dała mi plakietkę z numerem do powieszenia na namiocie, kartę do prysznicy i życzyła miłej nocy. Wróciłem do restauracji i spytałem ludową babkę, czy jak wrócę tu za pół godziny, to będę mógł coś zjeść? Odpowiedziała, że tak, ale żeby szybko wracać, bo będą zamykać niebawem. Rozbiłem więc w pośpiechu po ciemku namiot. Trawa mokra, ziemia miękka. Na polu, które było przeznaczone wyłącznie dla namiotów w świetle czołówki doliczyłem się tylko trzech namiotów. Pole wielkości boiska piłkarskiego. Kompletnie niezrozumiałe więc jest dla mnie, dlaczego tak się upierają, żeby nie zarezerwować miejsca? Naprawdę widzą ryzyko, że oto nagle pojawi im się grupa 30-osobowa na rowerach i będą sobie chcieli tak spontanicznie bez rezerwacji zająć całe pole namiotowe? Nadmuchałem materac, położyłem na nim w namiocie śpiwór, by nabrał nieco powietrza i pustym rowerem podjechałem do restauracji.

Nieco się przymilając spytałem raz jeszcze, czy naprawdę nie da się zamówić już nic ciepłego z kuchni, bo widziałem przez uchylone drzwi w kuchni, że tam ostro sprzątają. „Nein, aber wir haben nur kuchen. O! Diese eine.” („Nie, zostały nam już tylko ciasta. O te!”) Popatrzyłem więc na te ciasta. Truskawkowe wyglądało najlepiej! „Erdbeerenkuche bitte! Und eine grosse radler”. Dostałem radlera w kuflu na którym napisane było, że piwo jest miejscowe. Herzogliches Brauhaus TEGERNSEE. O rany – jak ten radler wspaniale smakował. A ciasto! Dużo truskawek na górze. Nie za słodkie. Ogromna porcja. Biszkopt i krem truskawkowy. Przepyszne. Wspaniałe zwieńczenie tego wyczerpującego nie tyle fizycznie, co emocjonalnie dnia. Bardzo długiego dnia. Byłem ostatni w knajpie. W międzyczasie bowiem, gdy ja popijałem swoje piwo i wcinałem ciasto, kolejni goście podchodzili do Heike, płacili gotówką i wychodzili. Nie chciałem się śpieszyć, ona mnie nie ponaglała, ale gdy zostałem już ostatnim gościem, dopiłem mojego pysznego radlera na raz, zapłaciłem, podziękowałem i pojechałem do namiotu.

Gdy mościłem się w namiocie, najpierw podpiąłem do powerbanka nawigację, telefon i słuchawki, żeby się naładowały. Poszedłem się wykąpać. Sanitariaty były 200m dalej w tradycyjnym alpejskim 2- piętrowym domu na parterze. Czysto, woda ciepła, więc dobrze. Wygrzałem się w tej ciepłej wodzie, bo nie było limitów i chciałem się po całym tym dniu w deszczu i chłodzie, gdzie teraz w nocy robiło się coraz zimniej, wygrzać. Położyłem się spać. Było zimno. Na tyle zimno, że ubrałem skarpetki i kurtkę na bieliznę termiczną. A o 3 w nocy obudził mnie deszcz… Wiedziałem już, że rano zbyt szybko nie wyruszę, bo będę musiał poczekać nim nie tylko rosa wyschnie z namiotu, ale i deszcz.

A już w kolejnej relacji o tym, jak się jedzie przez niemieckie góry, przepiękne austriackie tereny przełęczy, jeziora aż po Innsbruck i dalej w Alpy na przełęcz Brennera.

Piotr

Zostaw komentarz