6:40 budzik. Wstałem od razu. Duszno w namiocie. W nocy padało przynajmniej dwa razy. O 3 i 5 rano. Po ilości światła wiedziałem, że słońce zaczęło świecić, więc jest szansa, że zdąży wysuszyć chociaż wierzch namiotu zanim go spakuję i ruszę. Przebrałem się i poszedłem do budynku z sanitariatami. Gdy wróciłem do namiotu, zobaczyłem, że nad jeziorem zaczął się wznosić balon. Zrobiłem zdjęcie. Pomyślałem o tym, żeby puścić drona, ale nie zrobiłem tego. Zdałem sobie sprawę z tego, że lepiej byłoby go wypuścić będąc bliżej jeziora. Byłem od niego bowiem oddalony o jakieś 1,5 km. Trzeba by więc dość sporo ode mnie odlecieć dronem, chcąc zrobić jakieś sensowne ujęcia. Teraz, z perspektywy czasu żałuję, że nie zdecydowałem się stracić jakieś 0,5h na latanie dronem. Wówczas myślałem o tym, że muszę przejechać całkiem spory dystans, więc dobrze byłoby jednak jak najwcześniej wyjechać. Zjadłem trochę mini salami, które kupiłem wczoraj, zagryzłem bułką, popiłem kolagenem. Nie miałem kawy ze sobą, a i tak gotowanie wody to znów trochę czasu, którego żałowałem. Kawę wypiję na trasie. Taką z ekspresu a i śniadanie jakieś na trasie zjem. Trawa była mokra, więc trzeba pakować się uważnie, żeby nic nie wypadło z sakw, bo będzie mokre. Ale najpierw trzeba jeszcze podpiąć powerbanka do ładowania, żeby uzupełnić jego stan. Choć to i tak na zapas, bo naładowanie telefonu, garmina i słuchawek bezprzewodowych oraz jednej baterii GoPro zużyło tylko 25% z energii mojego powerbanka 30000 mAh. Ładowarkę mam mocną, bo 65W, więc naładowanie tego z gniazdka idzie bardzo szybko.
Na polu namiotowym wstałem jako pierwszy. Z trzech namiotów rozstawionych na polu, po kolei wszyscy wstawali. Z najdalej wysuniętego wyszły dwie dziewczyny. Obok mnie w namiocie, jak się okazało, wyszła dziewczyna z chłopakiem – Niemcy. No i z ostatniego para z psem. Pies podbiegł do mnie. Najpierw oszczekał, ale po upomnieniu gościa, ucichł. Później podbiegł i chciał mi osikać namiot. Krzyknąłem, pies się wystraszył i nie zdążył zaznaczyć terenu. W końcu się spakowałem całkiem i wtedy z ostatniego namiotu wyszedł jakiś starszy gość. Pożegnałem się z parką obok mnie, ze starszym gościem, co dopiero wstał i ruszyłem do recepcji. Tam spotkałem te dwie dziewczyny z namiotu. Dobre rowery, dobre sakwy i ubrania. Na oko widać, że coś wiedzą o turystyce rowerowej. One właśnie zapłaciły za noc, rzuciły mi „Viel gluck!” (Powodzenia!) i zaczęły ustawiać nawigację. Zapłaciłem za nocleg na campingu 16 EUR gotówką i ruszyłem.
Piękne te tereny! Alpejskie na wskroś. Bawaria pełną gębą. I to taka piękna Bawaria. Jezioro otoczone wysokimi górami. Tradycyjne bawarskie czy też może raczej tyrolskie duże domy. W porównaniu do Polskich, to prawdziwe kolosy, które na oko mają ponad 300 m2. Parter murowany, jedno piętro wyżej drewniane. Czasem się zdarzy, że są dwa piętra murowane i poddasze drewniane. Domy szerokie z balkonami. Dachy dwuspadowe. Drewno ciemne. Murowane ściany białe. A na balkonach girlandy kwiatów. Pomiędzy domami piękna zielona trawa. Na wsi często są to domy „bauerów”, więc obok okazałych domów stoją niemniej okazałe stodoły, zabudowy gospodarcze, maszyny, traktory. Często też podobnie jak to widziałem w Szwajcarii pod którymś budynkiem gospodarczym jest ogromna balia, w której leje się na bieżąco woda – często ze strumienia nieopodal. Nie zdarzyło mi się, żeby ktokolwiek zwrócił mi uwagę, że nie wolno z takiego „źródełka” czerpać wody. To woda dla zwierząt, do podlewania, do użytku gospodarczego, ale to woda pitna, źródlana. Pyszna. Obejścia tych gospodarstw są uporządkowane, klasyczny przykład niemieckiego „immer Ordnung”. No i te kwiaty! Co dom, to piękniejsze kwiaty z balkonów, z okien, z obejść. Jakby był to jakiś konkurs na najpiękniejsze kwiaty. Dodajcie to tego soczystą zieleń traw, które w większości wyglądają, jakby były wykoszone i wypielęgnowane jak na polach golfowych. No i te góry w tle. No bo w miarę jak jadę, z każdym kilometrem, tych gór i lasów w tle jest coraz więcej i wyższych. Przepiękne! Pomału kończy się dolina, którą zbliżam się do przełęczy Achenpass wyznaczającej granicę Niemiec z Austrią. Z drogi zjeżdżam na szutrowy szlak wzdłuż strumyka przez las. Jest przyjemnie. Słońce przebija się przez zadrzewioną ścieżkę pieszo – rowerową. Nabieram wody ze strumyka – jest pyszna, chłodna. Po krótkim postoju na ławce ruszam pod górkę. Szlak robi się coraz to bardziej stromy, ale nie zmusza do ogromnego wysiłku – idealnie.






Nagle szlak się urywa, więc muszę pojechać dalej drogą z całkiem niemałym ruchem samochodowym. Gdy więc widzę przy drodze „Gasthof Glasshute”, zjeżdżam do niego licząc na kawę i może jakieś śniadanie. Na budynku widzę napis, który głosi, że ten gościniec istnieje od 1698 roku! Niesamowite! Niestety kuchnia jeszcze nie działa, ale kawę i colę zero udało mi się dostać i nawet zapłacić kartą.
Ruszam dalej. Zaczyna się wspinaczka. W pewnym momencie nawigacja pokazuje mi zjazd na szlak po lewej stronie drogi. Przy zjeździe tym dostrzegam dwie dziewczyny, które dzisiaj rano wyjeżdżały z tego samego campingu co ja. Pozdrowiłem je i pojechałem dalej. One coś pakowały w sakwach. Nagle nawigacja się przywiesiła, więc stwierdziłem, że trzeba jechać dalej prosto. Po 200 m coraz ostrzejszego podjazdu nawigacja zaczęła pokazywać że mam tak jechać dalej. Ostra wspinaczka. Spociłem się, a droga była coraz gorsza. Wyglądało to już raczej na pieszy szlak niż ścieżkę rowerową. Mogłem to zrozumieć, bo to się zdarza na granicach państw. Ale gdy wyjechałem zza winkla i zobaczyłem ogromny podjazd, stanąłem. Nie widziałem, żeby w trakcie planowania trasy na dzisiaj był aż taki stromy i długi podjazd. Sprawdziłem w telefonie i się okazało, że powinienem jechać jakieś 500m niżej drogą dla samochodów, a tymczasem ja jadę jakimś pieszym szlakiem, który kończy się asfaltem za 30 a może więcej kilometrów tylko że nie tam gdzie ja bym chciał jechać. Ja potrzebuję jechać w kierunku zachodnim gdy wjadę do Austrii. A ta ścieżka na którą się wdrapałem idzie na południe. Szybka decyzja – wracam. To tylko kilometr do drogi którą powinienem jechać. Ruszyłem. Chwilę później spotykam sapiące dziewczyny. Zatrzymałem się, przywitałem i pytam, czy one są pewne, że chcą właśnie tędy jechać? Chwilę nie mogły zrozumieć o co mi chodzi, bo ich angielski był słaby, ale trochę po angielsku, trochę po niemiecku i się porozumieliśmy. One sprawdziły w swoich nawigacjach i jednak chcą tak jechać, choć są w szoku, że to taki ostry i długi podjazd. Owszem, jadą do Innsbrucku, ale dopiero jutro albo później, bo chcą się pokręcić po Austrii. Zdziwione były ogromnie, gdy usłyszały ode mnie, że ja dzisiaj nocuję za Innsbruckiem, bo to dla nich bardzo daleko. „Viel Gluck!” i pojechałem w dół. W końcu trafiłem na asfalt i ku mojej uciesze, po krótkim niedużym podjeździe dojechałem do tablicy informującej, że właśnie wjeżdżam do Austrii. Wóz policyjny sprawdzał papiery jakichś Szwajcarów, a mnie pokazali tylko OK i uśmiechnęli się, więc pojechałem już w dół.
Oj, jak ja lubię zjazdy! A już długie zjazdy są dopiero super! Trzeba tylko być uważnym i dbać o to, żeby nie przegrzać hamulców. No bo to są przecież malutkie klocki hamulcowe jak na taką masę. Ja plus bagaż i rower ważymy razem ponad 120 kg. No i masa ta zapierdziela ponad 50-60 km/h serpentynami. Hamuję więc delikatnie, o ile się da, przez jakiś czas tylnym, później przednim hamulcem, żeby się chłodziły, balansuję na zakrętach, bo z sakwami mogę to zrobić tylko w pewnych zakresach – żeby nie obetrzeć sakw o asfalt. Aż w końcu wyjeżdżam z lasu na słońce. I bardzo dobrze, bo zgrzany od podjazdu pędziłem w dół w cieniu lasu i zrobiło mi się chłodno. Widzę jakiś bar po lewej w słońcu, to zatrzymuję się. Liczyłem na to, że może uda mi się jakieś śniadanie tutaj zjeść. Niestety, są tu tylko wyroby regionalne. Sery, wędliny, jajka, miody, alkohole. Szkoda. Wziąłem colę i usiadłem na ławce w słońcu. Dojechali jacyś, na oko emeryci – wszyscy na elektrycznych rowerach. Bez bagaży, więc pewnie zrobili sobie jakąś krótką trasę po okolicach. Pojechałem dalej, ale już ścieżką rowerową, która się pojawiła po lewej stronie jezdni.
Austria jest naprawdę piękna. Spektakularnie wyglądają te strzeliste góry, lasy, te łąki soczyście zielone. Zapach żywicy miesza się z zapachami ziół, kwiatów z łąk. Krowy pasą się dzwoniąc dzwonkami u szyi. Zaraz… Jak Szwajcaria! Ano tak. Naprawdę Austria, czy niemiecka Bawaria momentami wyglądają do złudzenia podobnie do tego co można zobaczyć w Szwajcarii. Ale jednak Austria bardziej niż Niemcy może przypominać Szwajcarię. Ten spokój, porządek, przepiękne widoki, natura, ale też ten spokój mieszkańców, ich dbałość o wygląd domów, obejść, chodników, dróg, słowem – wszystko. To naprawdę przyjemne doznanie przemierzać nieśpiesznie, bo rowerem przez tę piękną scenerię. Kilometry znikają za mną, a ja w słońcu prę przed siebie dolinami, wzdłuż rzeki, ścieżką rowerową. Asfaltową. Równą jak stół. Na której nie ma potłuczonego szkła, dziur, śmieci ani przechodniów. Dojechałem tak do Achenkirch. Chwilkę rozmawiałem z kolegą, który właśnie zobaczył moją wczorajszą relację i proponował mi pomoc w przesyłce nawigacji z Polski. Nie potrzebuję już z tym nic kombinować, ale to bardzo miłe. Z uśmiechem na ustach dojechałem do sklepu obok którego była kawiarnia. Stanąłem tam.



Małe zakupy – picie, coś na ząb, a w kawiarni kawa i ciastko, bo kanapek żadnych nie mieli. Ale to zawsze coś. Odsapnąłem, poprzyglądałem się miejscowym, którzy wpadli tutaj na zakupy i już miałem ruszyć, gdy zaczepił mnie rowerzysta. Minąłem go wcześniej i widziałem, że on też stanął tutaj na kawę. Podszedł do mnie kulejąc i spytał się, czy mam może pompkę? Podałem mu ją, spytałem co się stało. Potrzebował dobić koła, bo miał zbyt miękkie opony. Pokazałem mu, jak to może moją składaną pompką zrobić i gdy dopompowaliśmy jego koła, pojechałem dalej.
Dojechałem do jeziora Achensee. Pięknie to wyglądało! Strome zbocza gór wchodziły wprost do wąskiego ale długiego jeziora. A ja jechałem jego wschodnim brzegiem. Pojawili się turyści. Miejscami całkiem sporo. No i jak to turyści – sądzili, że są jedyni na wąskim szlaku pieszo – rowerowym. Więc szli szpalerami kompletnie blokując mi możliwość przejazdu. Trudno. Trzeba dzwonić dzwonkiem. Najpierw na twarzach odmalowywało się zdziwienie – co to za dźwięk. Jakieś 20-30 sekund później nieśpiesznie ustępowali drogi. I tak co chwilę. Jazda jest więc nierówna. Przyśpieszam, hamuję, dzwonię, przyśpieszam, hamuję, dzwonię… Nie lubię tego, no ale co zrobić. Jak widać, nawet w Austrii pieszy nie myśli o innych. Ale jadę. Po drodze minąłem port z którego właśnie odpływał statek wycieczkowy. Wtedy też zrozumiałem, skąd tych pieszych tyle się pojawiło na mojej drodze. Piękny statek wygląda na całkiem nowy. O wiele nowszy od podobnych jednostek wycieczkowych jakie mamy w Polsce w podobnych miejscach turystycznych.


Co jakiś czas widziałem żaglówki. Pomyślałem, że fajnie będzie po wyprawie znów popływać po Solinie ze znajomymi Wyspiarzami, których tak bardzo lubię! Zastanowiłem się chwilę, czy na takim jeziorze otoczonym tak wysokimi górami wiatry są podobnie jak na Solinie zmienne? Czy też właśnie wysokość otaczających jezioro gór powoduje, że wiatr jest spokojniejszy i bardziej przewidywalny niż na bieszczadzkim morzu? I tak sobie właśnie dumając, w końcu dojechałem do końca tego długiego jeziora, gdzie widok był najpiękniejszy, bo pojawiło się więcej otwartej przestrzeni.







Dalej, brnąłem przez pola kukurydzy i sporej wielkości gospodarstwa rolne w dolinie, bo właśnie doliną jechałem ale już nie na południe, a na zachód. Droga prowadziła zygzakami pod kątem prostym. W pewnym momencie usłyszałem dźwięk helikoptera. W końcu dostrzegłem w oddali, że lecą trzy wojskowe helikoptery dość nisko tą doliną. Pomiędzy pasmami gór, więc echo potęgowało narastający huk. To były, jak mi się wydaje 3 Black Hawki. Idealnie wchodzi wtedy muzyka z opery Wagnera „Jazda Walkirii”. Pierwszy raz to widziałem w filmie „Czas apokalipsy”, gdy do tej muzyki leciały helikoptery z zamiarem zaatakowania wietnamskiej wioski. I jakoś tak patrząc na tę formację trzech Black Hawków przypomniała mi się ta muzyka – pasowała idealnie! 🙂 Ja tymczasem starałem się nieco zwiększyć tempo równej jazdy, by jak najszybciej dojechać do Innsbrucka na obiad i małe zwiedzanie.


Zobaczyłem przy szlaku ewidentnie rowerowym tabliczkę z informacją, że niedaleko jest sklep i serwis rowerowy. Zatrzymałem się tam, by spytać, czy może mają jakieś uchwyty na telefon? Niestety nie. Nie jest to duży problem, ale o wiele lepiej byłoby mieć możliwość wpisać w telefon sklep, bar by nawigować ze szlaku wytyczonym przez Garmina. Byłem bowiem coraz bardziej głodny. Wczoraj nie udało mi się zjeść normalnego obiadu, na kolację było tylko ciasto. Na śniadanie, bardzo późne zjadłem tylko drożdżówkę i batona proteinowego. Marzył mi się normalny obiad. A ponieważ jestem w Tyrolu, miałem ogromną ochotę na Spatzle z jakimś mięsem. Spatzle, to lane kluski, które są specjałem tego regionu. O rany! Jak bardzo chciałem zjeść coś takiego! Niestety przy szlaku nie było absolutnie żadnego baru ani restauracji. Nawet sklepów nie było. Droga prowadziła przez tereny wiejskie omijając miasteczka w których była szansa na coś takiego. Nie chciałem jeszcze zjeżdżać ze szlaku i tracić czasu na szukanie a później czekanie na jedzenie. Doszedłem do wniosku, że przecież będę w centrum Innsbrucka a tam na pewno znajdę odpowiednie miejsce. Czas jednak leciał a ja coraz niepewniej sprawdzałem godzinę. Martin u którego dzisiaj miałem się zatrzymać na nocleg mieszkał jakieś 15km od rynku w starej części Innsbrucka. Niby blisko, ale bardzo stromy podjazd na koniec dnia nie napawał mnie optymistycznie. W wiadomościach jakie wymieniliśmy, napisał, że on z Żoną wrócą ze spaceru po górach po 19. Dobrze więc było przyjechać na 19.
Tymczasem wjeżdżając do Innsbrucka mijałem głównie przemysłowe dzielnice, później blokowiska, a sklepu ani miejsca by coś zjeść nie było. Gdy więc sprawdziłem godzinę, a było już po 17, wiedziałem, że nie mam czasu na spokojne zwiedzanie starówki miasta. W Innsbrucku byłem w ubiegłym roku z moimi Dziewczynami, więc poznałem stare miasto dość dobrze. Zdecydowałem więc, że muszę zamiast odbijać w przeciwnym kierunku niż do Martina, jechać już w kierunku podjazdu. Niestety coś się porobiło z nawigacją, która co i rusz zmieniała trasę, więc klucząc po blokowiskach, całkiem przyjemnych zresztą, sprawdziłem w telefonie jak się kierować, obrałem azymut i pojechałem do mostu na rzece Inn. W miarę jednak jak się do niego zbliżałem ogarniał mnie coraz większy niepokój. Pojawiły się bowiem sklepy, ale nie było na mojej trasie żadnego miejsca by coś w miarę szybko zjeść. Gdy więc ścieżka skierowała mnie na most, sprawdziłem w telefonie, że po drugiej stronie ruchliwej 6-pasmowej ulicy jest jakiś bar z kebabami i burgerami. Pojechałem tam. Zamówiłem cheeseburgera z frytkami i piciem. Co prawda dostałem chicken burgera, ale nie miałem czasu ani ochoty już się wykłócać. Jedzenie bowiem dostałem dopiero o 17:57. Zjadłem szybko, popiłem, skorzystałem z toalety i ruszyłem do St. Peter gdzie mieszkał Martin.



Gdybym jechał po prostu na przełęcz Brennera, pojechałbym o wiele niżej, tak jak normalnie jest puszczony ruch samochodowy. Ja tymczasem musiałem się wspinać na zbocze gór coraz wyżej i wyżej, bo właśnie tam położona jest miejscowość w której miałem zakończyć dzisiaj swoją jazdę. Miałem mały problem logiczny u podnóża, bo ścieżka rowerowa się skończyła nagle obok jakiejś areny, na której odbywają się koncerty. Z tego co dawało się dostrzec, ruch samochodowy był spory a droga prowadziła do autostrady która była poprowadzona wiaduktami. Nawigacja jednak i komoot twierdziły, że rowerem da się tam jakoś wjechać. Tyle tylko, że morderczy podjazd zaczynał się zaraz na wysokości tego wiaduktu i ciągnął przez dziesięć długich kilometrów zaczynając na wysokości około 500m a kończąc na ponad 1000m. Nie było żadnej innej opcji dojechać tam gdzie chciałem. Musiałem się wspinać. Ponieważ sprawdzałem to stojąc przy przystanku autobusowym, zauważyłem, że autobusy te mają z tyłu bagażniki do przewozu rowerów! Przyjrzałem się rozkładowi jazdy i okazało się, że mogę dojechać do St. Peter autobusem…
W głowie jednak tłukło mi się to, co wczoraj usłyszałem od Opcia. Stary, pojechałeś na wyprawę rowerową, a nie podjeżdżanie pociągiem. No cóż, była to racja. Wczoraj nie miałem innego wyjścia – musiałem podjechać pociągiem, żeby zdążyć na camping. Ale dzisiaj powinienem zacisnąć zęby i pedałować. Ruszyłem. Zaraz pod wiaduktem z autostradą nade mną okazało się, że jest zjazd na drogę lokalną prowadzącą właśnie do tych wiosek położonych wysoko na zboczach gór. Zaczął się bardzo ostry podjazd. Prę przed siebie. Droga wąska. Spory ruch samochodów. Nie spodziewałem się, że aż tak duży ruch. Co jakiś czas mija mnie a to autobus, a to ciężarówka, dla których jestem ślamazarzącą się zawalidrogą. Podejrzewam, że nikt tędy rowerem w takim tempie nie jeździ, bo jeśli już mijali mnie jacykolwiek rowerzyści, to elektrykami a raz grawelkiem myk myk bez obciążenia rowerem, który ważył pewnie nie więcej niż 8 kg… Mój rower – sam, bez bagaży i reszty waży 22 kg. Prę pod górę. Spociłem się całkiem, dyszę, ale wciąż naciskam na pedały.
Gdy wyłaniam się zza winkla, licząc na to, że zobaczę mniejsze nachylenie, droga robi się jeszcze bardziej stroma i to wbrew temu, co pokazuje mi nawigacja. W pewnym momencie pękam. Zsiadam z rowera. Nie dam rady utrzymać równowagi jadąc tak wolno z sakwami i z takim wysiłkiem naciskać na pedały, gdy co chwilę jakieś auto mnie mija zwłaszcza, że niektórzy pokazują mi swoją irytację mną wyprzedzając mnie na pełnym gazie bardzo bardzo blisko mojego lewego łokcia. Nie ma pobocza, jest tylko dość wysoka banda i krawężnik. Jeśli stracę równowagę, mogę polecieć ku środkowi jezdni. Pcham rower. Jeśli komukolwiek wydaje się, że pchanie napakowanego roweru jest lżejsze niż pedałowanie pod górę siedząc na nim, to zaręczam, że wcale tak nie jest. Zaletą pchania jest to, że mogę stanąć, by złapać oddech. Nie dziwię się irytacji kierowców, bo droga jest kręta, odcinki, na których mogą mnie wyminąć są krótkie i widoczność jadących z góry naprawdę szybko samochodów jest słaba.
Nagle przede mną po prawej stronie zamajaczyła sylwetka skoczni narciarskiej. Zobaczyłem miejsce do zaparkowania na ostrym zakręcie, więc postanowiłem zrobić krótki postój w tym miejscu. Napisałem do Martina, że zbliżam się, ale z pewnością będę nie wcześniej niż o 20, bo mam jeszcze sporo do podjazdu. Robi się szarówka, bo słońce już zaszło. Prę dalej powtarzając sobie w głowie najczęściej powtarzaną komendę w Formule 1 „push push push”. Pasuje to do mojej obecnej sytuacji jak ulał. Zaczynam myśleć o poddaniu się i złapaniu autobusu, ale zastanawiam się, czy kierowca zatrzyma się, wysiądzie i pomoże mi zapakować rower na bagażnik, gdy mu powiem, że chcę podjechać raptem 10 km? Wątpię. Zwłaszcza, że nie ma na tej drodze zatoki autobusowej, więc autobus się zatrzymując blokuje ruch. Push push push. Robi się ciemno. Martin odpisał, że są w domu i czekają na mnie. Odpisuję mu, gdzie jestem i że ten podjazd to hardcore. Troszeczkę liczyłem na to, że zaproponuje, że podjedzie po mnie samochodem i mnie zgarnie 🙂 Ale nic takiego nie było. Odpisał chwilę później, że to już bardzo blisko i że czekają z kolacją. Super! Trzeba jednak w końcu się tam dowlec. To jadąc, gdy nachylenie na to pozwala, to pchając rower, gdy nachylenie przekracza 14% prę dalej. Już jest całkiem ciemno.
Poniżej, w dolinie widzę światła miasteczek, samochodów jadących drogą i w tle ciemne sylwetki ogromnych majestatycznych gór. Droga, którą jadę, idę jest nieoświetlona. Mam światełka włączone, ale nie czuję się zbyt bezpiecznie. Nogi zaczynają protestować, robi się chłodno. Wreszcie droga prowadzi w dół. Zjeżdżam tylko po to, by po 200m znów spowrotem wspinać się i to wyżej niż gdy zaczynałem ten krótki zjazd. Morale spada okrutnie. Żałuję teraz, że nie kupiłem jednak nic do jedzenia w Lidlu w Innsbrucku. A nie kupiłem, bo nie chciałem pchać tego pod górę. Wyobrażałem sobie, że muszą być jakieś sklepiki w tych wioskach, miasteczkach na trasie. Nie było. Prę przez noc. Moje światełko jak na takie mroki daje zdecydowanie za mało światła. Zostało mi 3 km. Psiakrew – tak blisko… Push push push. Pcham pod górę. Dojeżdżam w końcu do miasteczka przed St. Peter. Pfons. Wszystko pozamykane na cztery spusty. Nawet stacji paliw żadnej, żeby cokolwiek kupić. Dostrzegam drewnianą budkę z wyrobami regionalnymi. Zatrzymuję się.


Ten mały drewniany budyneczek otwarty jest całą dobę. W środku jest jedno pomieszczenie. Na półkach stoją oleje, soki, kasze, mąki. Są też jajka, owoce i warzywa. A w dwóch lodówkach mięsa i wędliny. Osobno mleko i wyroby mleczne. Wziąłem jogurt z malinami. Spory szklany słoiczek z malinami na dnie. Przy każdym produkcie jest cena. Są kamery w środku i na zewnątrz. Są też pojemniki na szklane butelki i słoiki które można tutaj zwrócić po opróżnieniu zawartości. Wszystko opisane na ścianach. A na stole zeszyt, długopis i obok drewniana skrzyneczka z otworem do wrzucania monet i banknotów. Trzeba zapisać co się wzięło, jaka cena, ile się wrzuciło do skrzyneczki I ewentualnie ile zostało reszty, której oczywiście nie ma jak wydać. Jogurt wyszedł dość drogo. Oczywiście tylko gotówka… Ale nie ma to znaczenia. Mam coś na kolację i pewnie na śniadanie zostanie. Chciałbym zwrócić tutaj ten słoiczek ale jutro nie będzie mi się chciało tutaj wracać pod górę. Trudno. Jadę do Martina.
Znalazłem odpowiedni adres. Furtka była otwarta. Wjechałem więc rowerem po schodkach i wtedy wyszło ze mnie polskie przyzwyczajenie. Wyszedłem bowiem z założenia, że furtkę Gospodarze zostawili otwartą dla mnie i podłożyli kamień, żeby się nie zamknęła. Przestawiłem więc kamień i zamknąłem furtkę. Podszedłem do drzwi by zadzwonić dzwonkiem i gdy tylko sięgałem palcem, by zadzwonić, otworzyły się drzwi. Heidi aż krzyknęła przestraszona gdy stanęła oko w oko ze mną! Guten Abend. Ich bin Pieter. Ach so! Zaczęliśmy się śmiać. Heidi pokazała mi, gdzie mogę zostawić rower, po czym podeszła do furtki i zaczęła majstrować przy kamieniu, żeby furtka się nie zamknęła… Zrozumiałem swój błąd i przeprosiłem, że się tak poszarogęsiłem. Spytałem tylko, czy mogę zostawić tutaj przed domem bezpiecznie rower, nie artykuując jednak, że przy otwartej furtce. No cóż – Austria – a ja mam polskie nawyki, że okazja czyni złodzieja. Tymczasem tutaj po prostu nic nie ginie. Ściągnąłem z bagażników sakwy, zapiąłem jednak ukradkiem rower linką (bo nie zasnąłbym ze świadomością, że chociaż tego nie zrobiłem), przywitałem się z Martinem, który właśnie stanął w drzwiach i poszedłem schodami na piętro do pokoju w którym miałem spędzić dzisiejszą noc.
Moi Gospodarze powiedzieli, że przygotowali dla mnie jedzenie wegańskie, bo oni są weganami. Poprosiłem ich jednak, by dali mi możliwość się wykąpać i przebrać uprzednio, bo po całym dniu jazdy czułem się mocno nieświeży. Było późno, bo prawie 21. Gdy zszedłem na dół do kuchni, Heidi pożegnała się ze mną życząc dobrej nocy, bo jutro z rana jedzie do pracy w szpitalu. Ja tymczasem usiadłem w kuchni, gdzie Martin nałożył mi sporą porcję gorącej potrawy z warzyw, która była dość pikantna. Tą ostrość łamałem posilając się jogurtem dopiero co kupionym, który okazał się być przepyszny! Popijając herbatę zaczęliśmy rozmawiać z Martinem. Byłem bardzo ciekaw, czy przypadkiem Martin nie miał polskich korzeni, bo na nazwisko ma Woznica. Okazało się jednak, że dziadek Martina był Czechem z Ostrawy. Martin jednak nie zna języka czeskiego. Ale po angielsku udawało nam się sprawnie porozumiewać.
Było późno, więc zbyt długo nie chciałem trzymać mojego Gospodarza w swoim towarzystwie, a szkoda, bo to bardzo ciekawy człowiek. Opowiedział mi o swojej dziennej rutynie. Jutro rano przed śniadaniem on i Heidi medytują w pokoju przylegającym do sypialni, w której będę spał. Mają jednak wejście do pokoju medytacji z zewnątrz, więc nie będą mnie budzić. Widziałem, że dla Martina już było późno, więc podziękowałem za rozmowę i poszedłem na górę. Bardzo się cieszyłem, że dzisiejszą chłodną noc będę mógł spędzić pod dachem w łóżku! Leżąc, poustawiałem nawigację nieco bardziej pod siebie. Ale też podjąłem decyzję, że jutro zmienię nieco zaplanowany o wiele wcześniej przebieg trasy, bo dzisiejszy mocny podjazd na koniec dnia dał mi bardzo mocno w kość. Ponad 500m podjazdu na odcinku 10 ostatnich kilometrów, zwłaszcza taką ruchliwą jak się okazało ulicą, to nie było komfortowe. Poza tym to już drugi dzień jazdy a ja zdecydowanie za mało jem. Mam świadomość, że jadę jeszcze na zapasach energetycznych sprzed wyjazdu, ale one też się wyczerpią lada moment – co właśnie ostatnie kilometry mi wyraźnie pokazały. Wymyśliłem więc, jak jutro to zorganizować, żeby było lepiej i zasnąłem.
Dzisiaj przejechałem ponad 103 kilometry a przewyższeń wyszło ponad 1140m przez cały dzień. Ślad GPX przebiegu mojej dzisiejszej trasy możecie zobaczyć na Stravie TUTAJ
A w kolejnej relacji przejeżdżam przez alpejską przełęcz Brenner, wjeżdżam do Włoch i kończę w Bolzano!
Piotr





