#3 Tyrol austriacki – południowy Tyrol we Włoszech

Obudziłem się nieco później niż wczoraj. Nie chciało mi się wstawać. Po prostu było mi wygodnie i ciepło w łóżku. Wiedziałem, że nie będę musiał tracić czasu na składanie namiotu i całego szpeju. Mogłem więc sobie pozwolić na nieco drzemki. No ale w końcu trzeba było się zwlec… Zszedłem na dół do kuchni. Martin był w pokoju obok, więc przywitaliśmy się. Zaproponował kawę i spytał, czy chleb z dżemem na śniadanie może być? A jakże! Jak najbardziej. Zwłaszcza, że jak się okazało, on z Heidi nie jedzą chleba i specjalnie dla mnie przyniósł chleb domowej roboty od sąsiada. Chleb fenomenalny! Ciemny, pełnoziarnisty, ciężki, ale przepyszny. Do tego Martin zaproponował mi konfitury własnej z Heidi roboty. No coś wspaniałego! Jak się okazało, a na co wczoraj nie zwróciłem uwagi, korzystają oni z kuchni kaflowej opalanej drewnem. Także kawa, śniadanie, dolewka kawy i uprzejma rozmowa pobudziły mnie do kolejnego dnia kręcenia pedałami. Spakowałem się na rower, ustawiłem nawigację, jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie i po pożegnaniu mogłem ruszać.

Pogoda piękna! Było jeszcze dość, że tak powiem rześko. Czyli 14 stopni. W nocy z pewnością było chłodniej. Ale za to słońce pięknie oświetlało szczyty i dolinę poniżej. Ruszyłem z wysokości 1088 metrów. Przełęcz Brenner jest jedną z najniżej położonych przełęczy w Alpach na wysokości 1390m. To jest powód dla którego w czasach starożytnych Rzymianie przekraczali alpejskie pasmo właśnie tutaj lub przez Via Claudia Augusta. Niemniej jednak po wczorajszym przeczołganiu mnie podjazdem do Martina i honorowym zacięciu się, że dojadę rowerem, dzisiaj postanowiłem zmienić taktykę. Na dzisiaj zaplanowałem dojechać do Bolzano we Włoszech. Oczywiście to był tylko plan, który mogłem w trakcie dnia zmienić. Mimo tego jednak w Bolzano wiedziałem o kempingu Moosbauer po zachodniej stronie miasta. Nie miałem pewności, że uda mi się tam spędzić noc, bo na moje pytanie o rezerwację, grzecznie acz stanowczo odpisali mi, że takich rezerwacji nie robią. Jak dojadę i będzie miejsce, to spoko. A jak nie, to nie… Żeby jednak dojechać do tego kempingu, musiałem przejechać 125km. I dlatego postanowiłem zmienić taktykę. Zamiast wypruć się z sił na „dzień dobry” postanowiłem wysondować, jak to będzie z tym podjazdem 300m. Jak będzie kiepsko, podjadę pociągiem do przełęczy. Ruszyłem.

Na początku rollercoaster, czyli 50-80m w górę i mniej więcej tyle samo w dół i znów w górę i znów w dół. Tak parę razy. Widoki dookoła fantastyczne. Mijałem malutkie wioski położone wysoko na zboczu gór i większe wioski na samym dole doliny. Temperatura rosła, bo słońce pięknie świeciło. Wspaniale. W trakcie jednego ze zjazdów zobaczyłem po prawej stronie jezdni zaparkowanych kilka elektrycznych rowerów. Stanąłem i ja, ciekaw, co tam takiego się kryje? Dopiero wtedy zobaczyłem tablicę informacyjną o wiszącym moście. Zszedłem nieco ścieżką i dopiero wtedy zobaczyłem ten most i rowerzystów siedzących na ławeczkach i robiących zdjęcia. Piękny widok!

Spotkałem tutaj parę rowerzystów. On jechał gravelem, a ona elektryczną wersją. Ruszyli nieco wcześniej niż ja w tym samym kierunku. Niewiele dalej, gdy Komoot prowadził przez centrum miasteczka Muhlbach a nie dalej drogą dla samochodów, oni się zatrzymali i sprawdzali, czy to na pewno dobry pomysł. Ja nie miałem wątpliwości i minąłem ich skręcając wgłąb urokliwego miasteczka. Wąskie brukowane uliczki, na których z trudem mieścił się samochód dostawczy, więc wymijanie się z nim wiązało się z ustępowaniem sobie drogi. W pewnym momencie moją drogę zagrodziła brama. Robotnicy prowadzili roboty drogowe i nawierzchnia była rozkopana. Sprawdziłem w nawigacji, że powrót i omijanie tego miejsca to spora strata czasu dla mnie, więc podniosłem część ogrodzenia, podszedłem do gościa wyglądającego na kierownika i spytałem, czy mnie przepuszczą? Jasne! Wróciłem po rower i przepchnąłem przez żwir cały swój majdan. Podziękowałem i mogłem lecieć dalej. Szlak prowadził głównie podrzędnymi drogami dla samochodów aż w pewnym momencie mogłem jechać ścieżką rowerową, która była używana też przez mieszkańców dojeżdżających swoimi samochodami do posesji. Wąsko, ale bezpiecznie. Bardziej niż na ruchliwej trasie po której jeździły też ciężarówki.

Dojechałem do Steinach Am Brenner. Traf chciał, że zaraz przy szlaku było przejście pod torami na perony. Niestety żadnej windy, schody strome, ale jakoś wgramoliłem się z rowerem. Już po drugiej stronie torów, tu gdzie był budynek dworca kolejowego była winda. Sprawdziłem rozkład jazdy pociągów i kupiłem bilet dla mnie i rowera na pociąg do Brenner. Miałem trochę czasu, więc stwierdziłem, że skoczę jeszcze kupić coś do picia i jedzenia w miasteczku. Zauważyłem na pierwszym peronie właśnie tę parkę na rowerach. Czyli nie tylko ja się lenię dzisiaj… 🙂

Aż się zsapałem wdrapując się do piekarni w Steinach. Ale ostro! Drożdżówka, kanapka z szynką i serem, bułka i jakieś picie. Pojechałem na dworzec. Jakieś pół godziny później przyjechał pociąg. Tym razem udało się zapiąć rower w stojaku ale nie było miejsca by usiąść. Sporo ludzi. I ku mojemu zdziwieniu, kilka osób z rowerami. W tym również ta parka. Okazało się, że są oni studentami z Wiednia i to ich pierwszy wyjazd na rowerach. A ponieważ nie czują się zbyt silni, to podobnie jak ja stwierdzili, że skrócą sobie męki podjeżdżając pociągiem. Nie był to długi odcinek – może 15 kilometrów. W Brenner życzyliśmy sobie miłego dnia i się rozjechaliśmy. Oni szukali miejsca na popas, a ja ruszyłem w dół przekraczając granicę austriacko – włoską.

Jechałem ścieżką rowerową. Asfaltową, równą jak stół. Cieszyłem się jak dziecko tym, że pogoda piękna, widoki fenomenalne, a ja jadę w dół! Przed Gossensass było troszkę podjazdu i piękne serpentyny w dół. Dojechałem do Vipiteno które jak to w południowym Tyrolu, używa też niemieckiej nazwy Sterzing. A więc Sterzing-Vipiteno. Wjechałem do starówki i zacząłem się rozglądać za odpowiednim miejscem na obiad i krótki postój. Trochę się pokręciłem, bo jakoś nic mnie nie przekonywało. Chciałem miejsca, najlepiej z ogródkiem, żebym mógł mieć oko na swój rower i gdzie stosunkowo szybko dostałbym jedzenie. Niestety nie było miejsc wolnych by usiąść. A obłożone knajpy długo realizują zamówienia, więc szukałem dalej. W końcu się poddałem i wybrałem restaurację KolpingHaus, która była też pizzerią. Wszedłem w bramę, a tu tabliczki, żeby nie stawiać rowerów. Poczekałem w kolejce, by spytać się o wolny stolik. Kelner powiedział, że owszem, mają dużo gości, ale pizzę zrobią mi w 20 minut, a rower mogę zostawić w bramie obok wejścia do ogródka piwnego restauracji. Zamówiłem radlera, kawę i pizzę. Jeszcze tylko restauracja, żeby się poczuć jak człowiek i mogłem usiąść. Ruch w restauracji spory, ale obserwowałem, jak sprawnie obsługa realizuje zamówienia, więc uspokoiłem się, że nie stracę tutaj niepotrzebnie zbyt dużo czasu. Faktycznie pizzę dostałem po 20 minutach, więc już po kawie i części radlera. Pizza wyglądała dobrze, ale nie była najsmaczniejsza. Moim zdaniem była bardziej austriacka niż włoska. Mimo tego się najadłem i mogłem ruszać dalej, bo trasy sporo było jeszcze przede mną.

Szlak – ścieżka rowerowa biegła wzdłuż rzeki Eisack-Isarco to jedną, to drugą jej stroną. Mijałem wioski i miasteczka a co jakiś czas zamki stojące na stromych wzgórzach. Rzeka biegła doliną przecinającą strzeliste góry po obu jej stronach. Wszędzie były niemieckie i włoskie oznaczenia miejscowości. Niemiecko brzmiące nazwy firm, niemieckie napisy na samochodach. Słowem, bardziej niemiecko niż włosko w tym włoskim południowym Tyrolu. Wszystko sprawiało wrażenie bardzo dużego podobieństwa do austriackich czy południowo – niemieckich terenów. Domy, zabudowy gospodarcze i wszechogarniający porządek. Do tego jak dodamy podobieństwo krajobrazu, to naprawdę jadąc zastanawiałem się, czy to już Włochy, czy jeszcze Austria? Aż dojechałem do Franzensfeste-Fortezza. Rzeczywiście minąłem fortecę, ale jeszcze przed Aicha-Aica moja ścieżka rowerowa nagle została zagrodzona znakiem zakazu wjazdu, siatką i tablicą informującą, że droga jest remontowana i konieczny jest objazd. Wiedziałem, że za dobrze mi idzie i coś musi się spierd….

Co z tego, że jest jakiś qr kod z trasą GPX, jak ten objazd przebiega, skoro zasięgu tu nie ma w ogóle… I co z tego, że remontowany jest odcinek 2 kilometrów, skoro na oko było widać, że zamiast jechać prosto, muszę jechać naokoło jakieś 10-15 kilometrów. No ale co zrobić. Ruszyłem licząc na to, że oznakowanie objazdu będzie zrobione dobrze. W Aicha-Aica okazało się, że niestety oznakowania miejscami nie ma w ogóle. Nie wiadomo jak jechać. Gdy więc zobaczyłem bar przy drodze, zatrzymałem się na toaletę, radlera i złapanie zasięgu, żeby sprawdzić, jak to jechać dalej, bo Garmin cały czas mi marudził, żebym zawrócił…

Wspinaczka. Tylko dlatego że jadę objazdem. Szlag mnie trafiał. Miałem naprawdę sporo kilometrów do pokonania i to stosunkowo płaskim terenem, a tu taka niespodzianka i muszę się wspinać, by za kilka kilometrów zjechać w dół aż do Brixen-Bressanona i wrócić na mój szlak. Tereny piękne, pojawiły się winnice, słońce świeciło a ja gnałem przez ten dziwny, niby włoski, a jakże zgermanizowany teren.

Takich objazdów na trasie było jeszcze dwa. Niestety. Bo to strata czasu na kluczenie na czuja przy nawigacji która ciągle nakazuje zawrócić, więc nie ma pewności, że dobrze jadę, bo w trakcie objazdu oznakowania najczęściej nie było. Przed 18:00 gdy byłem już coraz bliżej Bolzano, słońce schowało się już za górami, zaczęło się robić chłodniej a droga którą jechałem coraz bardziej przypominała torowisko zamienione na szlak rowerowy. Nie zmyliła mnie intuicja! Gdy zobaczyłem pierwszy tunel, byłem już tego pewny. Co ciekawe, niektóre z tych tuneli, które na drodze przejeżdżałem raz po raz były w środku oświetlone. Gdy stanąłem za jednym z nich na chwilkę odpocząć, przeszło mi przez myśl, że w sumie, to mógłbym tutaj postawić namiot i spędzić noc. Rzeka obok – mógłbym się umyć. Ludzi nie było prawie wcale. Nikt by mi tutaj nie przeszkadzał, a rano mógłbym ruszyć dalej. Zarzuciłem jednak ten pomysł. Widziałem szansę na dojechanie do kempingu Moosbauer za Bolzano, kąpiel w ciepłej wodzie a może nawet jakąś ciepłą kolację? Podczas jednego postoju sprawdziłem prognozę pogody i byłem już pewny, że w nocy będzie padał deszcz. Dlatego sprawdziłem, czy byłaby szansa na przenocowanie pod dachem. Znalazłem niedrogi hostel w centrum Bolzano. Zrobiłem rezerwację, ale nie mogłem zapłacić dopóki hostel nie potwierdził rezerwacji. Czekałem 10 min, aż w końcu musiałem ruszyć dalej. Zatrzymałem się na picie przy drodze jakiś czas później i sprawdziłem telefon. Niestety okazało się, że dostałem maila z potwierdzeniem rezerwacji, kolejnego maila, że mam 45 minut na opłacenie rezerwacji. Od razu więc kliknąłem w linka do płatności i okazało się, że nie mogę tego zrobić. Wtedy zobaczyłem kolejnego maila o anulowaniu rezerwacji. Spóźniłem się o 4 minuty. Byłem wściekły. No bo przecież napisałem im, że jadę rowerem i nie wszędzie mam zasięg. Traf chciał, że gdy jechałem wąwozem w tych tunelach, naprawdę zasięgu często nie miałem. Inna sprawa, że miałem wyciszone powiadomienia. No i to był mój błąd. Zostałem więc skazany na nocleg na kempingu, albo gdzieś na dziko, jeśli mnie nie przyjmą…

Zmierzch zapadał coraz bardziej. Przez Bolzano jechałem już z włączonymi światłami w rowerze. Dzięki nawigowaniu przez Komoot przebijałem się sprawnie przez te niemałe miasto. W końcu mogłem zjechać ze ścieżki na drogę, która prowadziła do winiarni z kempingiem. Było już ciemno, więc jechałem przez ciemną winnicę w kierunku majaczącego gdzieś w oddali światła kempingu. Niestety recepcja była już zamknięta. Spóźniłem się raptem parę minut. Poszedłem do czynnej gwarnej restauracji. Starszy kelner mówił wyłącznie po niemiecku i nie mógł mnie zrozumieć, więc poprosił swoją młodszą koleżankę. Mogę zostać! Jest dla mnie jeszcze miejsce. Stwierdziła tylko, że jestem ostatni, bo więcej miejsca dla namiotów już dzisiaj nie mają. Cudownie. Dałem jej mój dowód osobisty, ona spisała moje dane, a później pokazała mi na mapie, gdzie mogę się rozbić.

Okazało się, że rzeczywiście, na małej parceli, która wystarczyłaby może na maksymalnie dwa kampery stłoczonych było kilkanaście namiotów. Znalazłem miejsce na skraju, tuż przy wjeździe na to „pole” namiotowe. Szybko rozstawiłem namiot, wypakowałem, zapiąłem rower i poszedłem od razu do restauracji, żeby coś zjeść i się napić. Ten sam starszy kelner, który okazał się być dusza-człowiekiem od razu pokazał mi, gdzie mogę usiąść i krótko spytał – które piwo się napiję? Roześmiałem się i poprosiłem o radlera. Szybko przyniósł mi w schłodzonym kuflu. W karcie nie mogłem znaleźć nic interesującego mnie. Same wyszukane rzeczy z opisami po niemiecku, że ciężko było zrozumieć, co to jest. Wiecie – w stylu Kotlet szlachecki z dzika lasów Szwarcwaldzkich, tuczonego wyłącznie żołędziami dębowymi podanego na puree z batatów hodowanych na łąkach Bali, okraszonych złocistą szkloną cebulką itd. Tymczasem to zwykły schabowy z ziemniakami. Spytałem się, czy mogę prosić o spaghetti carbonara? Oczywiście – zaraz spytam się kucharza! Wrócił chwilę później i z uśmiechem powiedział, że kucharz, aż zapiał z zachwytu, bo to jego popisowe danie, a nikt do tej pory o to się tutaj nie spytał… No to jeszcze colę zero! Dokładnie tego mi było trzeba. W końcu przejechałem ponad 115 km dzisiaj. Gdy skończyłem swoją ucztę, obsługa już zaczynała sprzątać lokal a komary ciąć coraz bardziej.

Moosbauer, to dobrze zorganizowany kemping. Nie musiałem czekać na wolną kabinę prysznicową, więc sprawnie mogłem się wykąpać, umyć i przebrać. Jedyna rzecz, jaka przeszkadzała mi w zaśnięciu, to oświetlenie „pola” namiotowego, które świeciło blisko mojego namiotu i przez to nie było zbyt ciemno w środku. Było chłodno, choć i tak zauważalnie cieplej niż w Austrii czy Niemczech w poprzednie wieczory. Cieszyłem się, że znów mi się udało dostać na kemping i położyć spać będąc najedzonym. Jutro mam do przejechania też niemały odcinek do jeziora Garda. Ale cieszyłem się, że Alpy mam już za sobą a jechać będę we Włoszech. Napisałem raz jeszcze do trzech kempingów nad jeziorem licząc, że może zrobią mi rezerwację na jutro i w końcu zasnąłem.

Dzisiaj pomimo podjechania pociągiem krótkiego odcinka i tak pokonałem 115km. Ślad mojej trasy możecie sprawdzić i pobrać (jeśli potrzebujecie) TUTAJ.

A w kolejnej relacji opiszę Wam trasę włoskimi dolinami, o tym, jak poznałem Reinera i czy uda mi się znów znaleźć miejsce na kempingu – tym razem nad jeziorem Garda? Tymczasem dziękuję za Waszą uwagę i do następnego!

Piotr

Zostaw komentarz