Po falstarcie, który kosztował nas stracone półtora dnia, sporej dawki stresu i dodatkowe 3000 zł, z nieocenioną pomocą Opcia, Taty i przyjaciół udało nam się dotrzeć do Gudauri w Gruzji. W skrócie, musieliśmy Flixbusem wrócić do Rzeszowa, taksówką z całym majdanem do domu. Wyspaliśmy się i o 14:30 mój Tato zawiózł nas na lotnisko w Jasionce. Celowo chcieliśmy mieć duży zapas czasu na ewentualne rozwiązanie problemów z bagażem. Jak się okazało na miejscu, niepotrzebnie. Kupiliśmy bowiem bilety LOTem z Rzeszowa do Tbilisi z międzylądowaniem w Warszawie. W odróżnieniu od WizzAir w LOT możemy mieć walizkę kabinową i plecak jako bagaż osobisty, byleby nie przekraczały razem 8 kg. Wsadziliśmy więc do walizki kabinowej najcięższe buty narciarskie Patki, które dotychczas były w bagażu sportowym. W ten sposób bagaż sportowy już nie ważył 35 kg jak twierdzili w Warszawie a dokładnie 27,8 kg gdy go położyłem na wadze na check-in (choć w domu na wadze pokazywał 30,5 kg). Gdy poprawiłem jeszcze raz całą tą długą torbę, waga wskazała 29 i jeszcze jeden pomiar pokazał 30,5 kg. Same buty ważyły 2,5 kg. Dlatego jestem pewien, że to co się wydarzyło w Warszawie było jednym wielkim przekrętem i krzywdą nam wyrządzoną. Oczywiście przy nadawaniu bagażu miłej spokojnej Pani z LOTu powiedzieliśmy dlaczego tak dokładnie ważymy tę torbę.
Ogólnie mieliśmy jednak wrażenie że wszystko odbywało się spokojnie i bez niespodzianek. Nadaliśmy dużą walizkę, tą małą kabinową też jako bagaż rejestrowany, zostawiliśmy bagaż sportowy w odpowiednim miejscu i poszliśmy na kontrolę bezpieczeństwa. Małym Embraerem dolecieliśmy do Warszawy. Wiatr rzucał tym naszym niedużym samolotem przy podejściu do lądowania dość niepokojąco, ale wszystko poszło dobrze. Wynudziliśmy się 5h na lotnisku i w końcu weszliśmy na pokład samolotu. Po wylądowaniu w Tbilisi oboje z Patrycją zgodziliśmy się, że w LOT w odróżnieniu od WizzAir na każdym etapie był spokój, wszystko było przewidywalne i nie było żadnej dziwnej sytuacji jak wczoraj.
A teraz, jak się dostać z lotniska w Tbilisi do Gudauri? Wczoraj rozkminialiśmy ten temat. Z lotniska Kutaisi mieliśmy kilka miesięcy wcześniej zarezerwowany Georgian Bus, który nas miał zawieźć na miejsce docelowe. Rezerwacja była na podróż tam (do Gudauri) 3 lutego i spowrotem (na lotnisko w Kutaisi) 10 lutego. No ale nie polecieliśmy, więc też nie mogliśmy tym busem dojechać. Bardzo miła Pani obsługująca Georgian Bus mailowo uspokoiła nas, że nie ma problemu z anulowaniem biletu 3 lutego i niestety okazało się, że nie mają oni połączeń z lotniska w Tbilisi do Gudauri. Wiemy, że pieniądze za niewykorzystany przejazd dostaniemy dzień po tym jak wrócimy Georgian Busem do Kutaisi. Szukaliśmy więc dalej. Niestety okazało się, że z Tbilisi mamy do wyboru: marszrutkę, która nic nam nie ułatwi, bo bagaże mamy za duże, taksówka (która będzie kosztowała zbyt dużo, bo ponad 150$) i transport „prywatny”, czyli ktoś, kto nie jest taksówkarzem, ale nas zawiezie za odpowiednią kwotę gdzie trzeba. Przeciętnie kosztuje to 120$ z lotniska do Gudauri. Znajomy Kuby zgodził się nas zawieźć za 115$. Patka znalazła jednak coś, co nas zainteresowało i okazało się strzałem w dziesiątkę! Gotrip.ge to taki transport prywatny, w którym możemy wybrać auto, którym chcemy żeby nas ktoś zawiózł w Gruzji i widzimy ustaloną cenę zależną od trasy i standardu auta. Oprócz tego widzimy jeszcze opinie o kierowcy. Nasz wybór padł na Shio, który miał nas zawieźć do Gudauri swoją Toyotą Avalon za 77$. Po zarezerwowaniu samochodu i podaniu naszego kontaktu telefonicznego, Shio zaskoczył nas totalnie swoim przygotowaniem i zaangażowaniem. Napisał do nas na Whatsapp z pytaniem o rozmiar naszego bagażu, ilość nart, bo on ma bagażnik dachowy i tam może wziąć nasz sprzęt. W naszej konwersacji przewinął się temat bagażu, że on nas zawiezie gdzie można korzystnie wymienić dolary, spytał jeszcze o numer lotu i na koniec wysłał nam swoje zdjęcie jak trzyma kartkę z napisanym „PIOTR”, żebym wiedział, jak go rozpoznać na miejscu. Urzekł nas całkowicie! Tymczasem Shio się dopiero rozkręcał…

Odebraliśmy bagaże i ruszyliśmy do wyjścia. Niestety wychodząc nie dostrzegliśmy Shio, za to co chwilę ktoś mnie zaczepiał, że może nas zawieźć gdzie tylko potrzebujemy. Ja zacząłem szukać punktu z kartami SIM, żeby mieć internet. I wtedy gdy zaczęliśmy wracać w kierunku wyjścia z przylotów, dostrzegłem naszego sympatycznego Gruzina. Serdecznie się z nami przywitał, a na pytanie, gdzie dobre karty SIM wskazał czerwony punkt. Ja jednak stwierdziłem, że nie potrzebuję internetu na miesiąc a na tydzień i obok był punkt, w którym Shio stwierdził, że „ta sieć też jest dobra i ma dobry zasięg”, a oferuje zamiast za 60 lari na miesiąc, internet na tydzień za 35 lari i to bez limitów. Wymieniłem jeszcze 200$ na gruzińskie lari, bo Shio powiedział, że kurs właśnie w tym jednym z chyba sześciu czy więcej kantorów na lotnisku jest najlepszy, coś tam szepnął Dziewczynie w kantorku i rzeczywiście kurs był bardzo dobry. Z pewnością lepszy niż w Gudauri. W końcu dostałem kartę SIM i internet zaczął działać, więc mogliśmy wsiąść do auta i ruszyć w drogę.
Jechaliśmy przez Tbilisi, w którym jeszcze nigdy nie byliśmy, więc możliwość obejrzenia chociaż części miasta nocą była atrakcyjna. Niestety, ponieważ na nogach byliśmy już niemal dobę, to ja zacząłem coraz bardziej przysypiać. A w tym czasie Shio opowiadał nam historię Gruzji, sporo rzeczy z historii najnowszej, anegdoty. Wspaniale! W pewnym momencie na pytanie Patki o pogodę, włączył w telefonie aplikację pogody. Logo tej aplikacji przypomniało mi rosyjski portal Yandex, dlatego spytałem się go, czy to rosyjska aplikacja? Shio się zmienił i kategorycznie zaprzeczył. No cóż, odniosłem wrażenie, że nie pała zbytnią sympatią do Rosji. Mimo to, rozmawialiśmy też o kwestii obecności rosyjskich turystów w Gruzji, uchodźców z Ukrainy. Słowem, Shio, to przemiły, świetny rozmówca o dużej wiedzy, znajomości historii Gruzji, który lubi się tą swoją wiedzą dzielić. Na koniec, gdy dojechaliśmy pod nasz apartamentowiec, pomógł mi przenieść sprzęt, choć wcale nie musiał, ani od niego tego nie oczekiwałem. To po prostu miły, fajny Gość! Zapłaciłem mu nieco więcej niż było to uzgodnione w aplikacji gotrip.ge, serdecznie się pożegnaliśmy i obiecałem mu, że jeśli pojawimy się znów w Gruzji, dam mu znać. A jeśli ktoś z Was będzie potrzebował transportu, wpiszcie sobie na stronie gotrip.ge termin, destynację i imię Shio, to możecie go znaleźć. Jeździ dużą, wygodną Toyotą Avalon i gorąco Shio Wam polecam!
Zmiana czasu spowodowała, że wylądowaliśmy w Tbilisi o 5:35 mimo że wylecieliśmy z Warszawy o 22:55 a lot trwał 3 godziny. Brzmi jak zadanie z matematyki z klasy 7. Żeby jeszcze Wam utrudnić, to ruszyliśmy w drogę 3 lutego, w nocy z 3 na 4 wracaliśmy do Rzeszowa autobusem i 4 wylecieliśmy z rzeszowskiej Jasionki do Warszawy. Dolecieliśmy 5 lutego. Shio dowiózł nas do Gudauri koło 9 rano. Gdy tylko daliśmy znać naszym Przyjaciołom, że oto dojechaliśmy, dostaliśmy odpowiedź, że mamy godzinę, żeby się zabrać z nimi na wycieczkę, bo dzisiaj pogoda niekorzystna do jeżdżenia na nartach – sypie intensywnie śnieg i nic nie widać na stokach.
Szybki prysznic, zmiana ciuchów i zjawiliśmy się przy terenówce Kuby. Ruszyliśmy w kierunku góry Kazbek! Kuba tym razem przyjechał swoją terenówką Mitsubishi Pajero. A jako że było nas cztery osoby dorosłe i troje młodzieży 14-15 letniej, to dwoje z nas musiało usiąść w bagażniku, gdzie była dodatkowa ławka na dwie osoby właśnie. Mimo, że my byliśmy świeżo po późnym śniadaniu i zarazem pierwszym normalnym posiłku po ponad 12 godzinach, to i tak decyzją Kuby – kierownika – w drodze zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji na przepyszne chinkali. To takie sakiewki z ciasta niemal identycznego jak w naszych pierogach, wypełnione mięsem i bulionem. Trzeba się w taką sakiewkę wgryźć, wyssać bulion i zjeść zawartość a zostawić „ogonek” czyli górę tej sakiewki. Jak zwykle, Kuba zamówił tego tyle, że ledwie daliśmy radę zjeść, a popijaliśmy oczywiście lemoniadą „tarhun”, czyli zielonym napojem gazowanym o smaku estragonu. Uwielbiam! Ten napój jest dla mnie jak sentymentalna podróż do przeszłych czasów ZSRR!






Niedługo potem dojechaliśmy do miejscowości Stepantsminda z rosyjskiego zwanej Kazbegi i dojrzeliśmy jeden z najwyższych szczytów Kaukazu – Jego Wysokość Kazbek! Dość „terenową” i krętą drogą wdrapaliśmy się terenówką na parking u podnóża wzniesienia na którym stała cerkiew Trójcy Świętej – Cminda Sameba. Podchodząc do niej wciąż po prawej stronie miałem widok na Kazbek. Wiało niemiłosiernie i było wyraźnie zimniej niż na dole – w dolinie. Ach! Gdybym wiedział, co Kuba szykuje, z pewnością wziąłbym drona! Ale czy Bronek poradziłby sobie z tym wiatrem? Nie wiem… Pewnie niestety nie, bo jest dość mały. Cerkiew jest położona na wysokości 2170 m n.p.m. Dzwonnica i cerkiew prawdopodobnie powstały w XIV w. W XV wieku dobudowano do niej przylegający budynek. Ciekawostką jest, że z racji popularności cerkwi w czasach Związku Radzieckiego (bo cerkiew jest niemal obowiązkowym punktem podczas podejścia na Kazbek), w 1988 roku władze zbudowały do niej z miejscowości Stepantsminda w dolinie, kolejkę linową. Mieszkańcy nie byli jednak z tego zadowoleni i kolejkę rozebrano. Została tylko dolna stacja, w której obecnie jest muzeum.








Lubię klimat półmroku takich starych cerkwi, kościołów. Im są to starsze budowle, tym bardziej można poczuć mistycyzm tych miejsc. Jest on niemal namacalny. Tu, w cerkwi Trójcy Świętej z półmroku wyłaniały się piękne ikony na tle czarnych, chyba okopconych kamiennych ścian. Zapaliliśmy świeczki w intencji bezpiecznej podróży i czasu w Gruzji. Dostrzegłem mnicha, który w kuckach, w skupieniu i ciszy studiował ogromną księgę. Zdawał się kompletnie nie zwracać uwagi na nas i kilkoro innych osób kręcących się po wnętrzu kamiennej budowli. Jestem jednak pewny, że miał baczność na nas. Zadzierając głowę w górę z perspektywy wnętrza, miałem wrażenie jakby budowla była znacznie wyższa niż gdy patrzyłem na nią z zewnątrz, a zwłaszcza podchodząc do niej. Wówczas wydawała się taka mała…



Zmarzliśmy tam na tyle, że Kuba zabrał nas w Kazbegi (to jeszcze radziecka nazwa) a właściwie Stepantsminda do Rooms Hotel. Tam usiedliśmy w ciepłej kawiarnio-restauracji. Miejsce urządzone stylowo! Trochę Loft z wykorzystaniem starych elementów kojarzących się ze schroniskiem górskim, ale nie to było w tym miejscu najważniejsze. Widok jaki rozpościera się z całkowicie przeszklonej części od strony Kazbeku i cerkwi Świętej Trójcy – Cminda Sameba – to jest to, co przyciąga tutaj ludzi! Do tego jest jeszcze taras, na którym w ciepłe dni można nie tylko cieszyć się dobrą kawą, czy jedzeniem, ale przede wszystkim kontemplować widoki. Taki instagramerski spot – można takie foty palnąć, że szok!


Gdy ogrzaliśmy się nieco i nacieszyli widokami ruszyliśmy do twierdzy, zamku Sno – nieopodal Kazbegi. Ponieważ tereny te były regularnie w odległych wiekach najeżdżane przez różne wojska, powstała tutaj twierdza w XVI wieku, z której lokalna ludność mogła się bronić przed napastnikami. To kolejne miejsce, które najczęściej można spotkać na pocztówkach (kiedyś), albo na instagramie (obecnie). Malownicze miejsce, choć nam dzisiaj pogoda nie sprzyjała zbytnio w zrobieniu spektakularnie pięknego zdjęcia…

Ruszyliśmy w drogę powrotną, zatrzymując się jeszcze na obiado-kolację w tym samym miejscu co wcześniej na Chinkali, czyli Tsanareti Restaurant Mają tutaj naprawdę smaczne regionalne jedzenie, obsługa jest sprawna, a porcje spore. Warto tutaj się zatrzymać na jedzenie.


Wieczorem pobiesiadowaliśmy razem w apartamencie w Gudauri, a następnego dnia zaczęliśmy to, co nas w to miejsce ściągnęło, czyli szaleństwa w białym puchu, którego nasypało przez dwa dni naprawdę sporo! Co ciekawe, w tym samym czasie znajomi, którzy wybrali się na narty i deski w Alpy, niemal wszyscy skarżyli się na brak śniegu. Wychodzi więc na to, że efekt cieplarniany, którym mnie straszą od połowy mojego życia, chyba naprawdę zaczyna działać. Włochy, Austria, a nawet Szwajcaria czy Francja mają problem z małą ilością śniegu, wysokimi temperaturami, co powoduje, że nawet sztuczne naśnieżenie nie daje rady i poza małą ilością śniegu na stokach, w górach jest go mało albo wcale. Można więc powiedzieć, że wygraliśmy los na śnieżnej loterii.
A w kolejnej relacji o ośrodku narciarskim Gudauri, Nowym Gudauri, czyli skupisku apartamentowców na stoku, jedzeniu, koncertach i kosztach ferii narciarskich w gruzińskim Gudauri. Do zobaczenia!
VLQ
