W nocy było zimno. Obudziłem się koło 4 zmarznięty i usłyszałem, że deszcz bębni o namiot. No tak, widziałem te prognozy pogody. Deszcz w nocy a w ciągu dnia ulewy będą mnie ścigać aż do jeziora Garda. Trzymałem kciuki za to, że może jakimś trafem uda mi się dojechać zanim się rozpada. 6:40 budzik wyrwał mnie z drzemki. Wstałem i nie usłyszałem deszczu. To dobrze. Czy namiot zdążył wyschnąć? Wątpię, bo nasze „pole” namiotowe było schowane od słońca pod drzewami. W upalne, słoneczne dni to zaleta. Ale w przypadku nocnego deszczu – niezbyt dobrze. Wygramoliłem się z namiotu i po porannej toalecie stwierdziłem, że nie ma co zwlekać, tylko trzeba gonić przed deszczem. Namiot otrzepałem z kropli wody na nim. Niestety, wciąż nie miałem ręcznika, no bo przecież jakimś trafem go nie spakowałem na wyjazd. Byłem tym faktem tyle wkurzony na samego siebie, co zdziwiony, bo jak dotychczas jeżdżąc od tylu lat nie zdarzyło mi się zapomnieć tak istotnych rzeczy jak nawigacja, uchwyt na telefon i ręcznik. Zaczynałem wierzyć w to, że to wina tego, że w tym roku wyjątkowo nie zrobiłem zdjęcia wszystkich rzeczy jakie biorę przed spakowaniem. No i może trochę tego, że to pierwsza sytuacja, w której pakowałem się w przeddzień wyjazdu, gdy moje Dziewczyny były w domu. Dotychczas wyjeżdżałem gdy byłem sam w domu, a Dziewczyny w USA na wakacjach i pakowałem się i przygotowywałem spokojnie kilka dni.
Wczorajsza kolacja w restauracji kempingowej kosztowała mnie 22,90 EUR, a za sam kemping dzisiaj zapłaciłem 17,05 EUR. To niedużo jak na camping we Włoszech i mogłem zapłacić kartą. Ruszyłem na południe po drodze zatrzymując się na chwilę pod Sparem na szybkie śniadaniowe zakupy. W sklepie wydawało mi się, że ludzie gadają po niemiecku. Albo po włosku z niemieckim akcentem. A może to była jakaś tyrolska gwara? Nie wiem, ale brzmiało to raczej jak niemiecki.
Po wyjechaniu z Bolzano szlak prowadził mnie wzdłuż przepływającej przez to miasto rzeki Isarco-Eisack. Niedługo później rzeka ta łączy się z rzeką Adige-Etsch, która spływa od strony zachodniej. I właśnie wałami przeciwpowodziowymi na których zrobiona jest ścieżka pieszo-rowerowa jechałem już niemal cały dalszy dzień. Rzeka płynie doliną pomiędzy pasmami Dolomitów. Zresztą Bolzano nazywane jest „bramą Dolomitów”. Ścieżka ta, którą jechałem jest szlakiem rowerowym doliny Adygi (Pista Ciclabile Valle dell’Adige). Co chwilę mijałem biegaczy – ultramaratończyków, którzy biegli w tym samym co ja kierunku, czyli południowym. Praktycznie wszyscy mieli na oko ze dwadzieścia lat więcej niż ja. Większość z nich biegła w niemal równych odstępach od siebie. Naprawdę podziwiam tych ludzi, bo ja nie lubię biegać a już zwłaszcza tak długich tras jak oni! Całkiem sporo ludzi poruszało się tym szlakiem. Sporo rowerzystów, z czego zdecydowana większość jechała rowerami elektrycznymi. Pozostali jechali na pusto (więc bez bagaży) rowerami szosowymi lub gravelami. Takich jak ja turystów rowerowych było niewielu. Słoneczko świeciło, zaczęło się robić wręcz gorąco. A ja jechałem tą piękną doliną położoną pomiędzy strzelistymi Dolomitami. W dolinie niemal każdy skrawek przestrzeni był zagospodarowany. Głównie plantacjami jabłek i winorośli. Sama przyjemność!
Zatrzymałem się przy ławeczce obok szlaku, by zjeść śniadanie i odpocząć, nagrać relacje na Instagrama i Facebook. Ponieważ nie mijałem żadnych sklepów, ani barów, zastanawiałem się, czy coś takiego będzie na mojej trasie, czy też będę musiał zjechać ze szlaku, by coś takiego znaleźć? Okazało się, że oprócz Trento – sporego miasta przez które wiedzie szlak, przy trasie powinny być też jakieś „bicigrill”, czyli takie bary dla rowerzystów jadących tym szlakiem. Jak się niewiele dalej okazało, przy szlaku były tablice z informacją, za ile kilometrów będzie „bicigrill”. To bardzo dobrze. Infrastruktura dla rowerzystów jest kompletna! Zrobiłem zdjęcie przy tablicy oznajmiającej, że wjeżdżam do regionu Trentino, który kojarzy mi się z nartami, bo właśnie w tym rejonie parę dobrych lat temu byłem tutaj na nartach w Dolomitach i mam z tego wyjazdu sporo miłych wspomnień!
Zatrzymałem się w „bicigrill” przy szlaku na postój i jedzenie. Ten bar – restauracja położony jest poniżej wału po którym biegnie szlak rowerowy. Są stojaki dla rowerów osłonione siatką od słońca, żeby się rowery nie nagrzewały za bardzo. Sporo ławek ze stołami na zewnątrz, ale i w środku sporo miejsca żeby usiąść i spokojnie zjeść. Sporo ludzi. Na oko ponad 40 osób. W gwarze słychać język włoski i niemiecki. Średnia wieku tego towarzystwa, to grubo po 60-tce. Ale i część rodzin stanowili młodzi dość ludzie, na oko 30-latkowie z dziećmi. Najpierw toaleta, a później mogłem zamówić picie i jedzenie. Postawiłem na grillowane panini. Jeśli jakimś cudem nie wiesz, co to jest, to jest to grillowana kanapka typu ciabatta, w której w środku najczęściej jest ser, pomidor i szynka. Właśnie takie coś zamówiłem. I kawa. Kawa musi być! Nie kosztuje to dużo, obsługa sprawnie i szybko przygotowuje i obsługuje klientelę. Odpocząłem trochę, to mogłem ruszyć dalej, bo prognoza pokazywała, że między 15 a 16 będzie ulewa dość gwałtowna, choć przelotna.
Szlak doliną Adygi wiódł cały czas wzdłuż rzeki, ale żeby nie było zbyt monotonnie, co jakiś czas był poprowadzony a to wschodnią a to zachodnią stroną. Wówczas trzeba było przejechać mostami na drugą stronę. Przez Trento – stolicę tego regionu, czyli Trentino (po polsku – Trydent, a region nazywany jest Górną Adygą, bądź Południowym Tyrolem), szlak wiódł stroną wschodnią, a więc od strony miasta i wówczas jechałem nabrzeżem pieszo-rowerowym. Widać było zamek położony na skalistym wzniesieniu po drugiej stronie rzeki. Ponieważ dostrzegłem sklep i serwis rowerowy, spróbowałem ponownie kupić uchwyt na telefon. Niestety podobnie jak we wcześniejszych dniach, okazało się, że nie mają nic takiego, co byłoby odpowiednie dla mnie. Podobnie jak z nawigacją – okazuje się, że wszyscy kupują tego rodzaju rzeczy online a sklepy czy serwisy nie mają takich rzeczy na stanie.
Cisnę dalej zatrzymując się raz na godzinę, czy półtorej by nieco odsapnąć na ławeczce przy szlaku. Od pewnego momentu zorientowałem się, że minąłem się trzeci raz z gościem, który jedzie rowerem górskim z sakwami. To on mnie wyprzedził, gdy ja odpoczywałem, to znowu ja go wyprzedziłem, gdy on odpoczywał. Machaliśmy sobie rękami pozdrawiając się. Jednak przy kolejnym moim postoju, doszedłem do wniosku, że najwyższy czas na nieco dłuższy popas najlepiej w jakimś bicigrillu, by zjeść obiad, bo pora odpowiednia. Sprawdziłem więc w telefonie, że za jakieś 4-5km będzie miejscowość Rovereto, obstawiałem więc, że będzie tam odpowiednie miejsce by się zatrzymać. Jakiś kilometr dalej zobaczyłem tego rowerzystę z którym mijaliśmy się na ostatnich kilkudziesięciu kilometrach. Zatrzymałem się i powiedziałem mu, że „Stary! Nie ma sensu tutaj odpoczywać, bo za kilka kilometrów na pewno będzie miejsce, gdzie będzie się można napić radlera i zjeść coś ciepłego!”. Na co on, odpowiedział, że spoko – jedźmy tam!
Ruszyliśmy razem. Z rozmowy wynikło, że on nazywa się Reiner i jedzie z Niemiec, gdzie mieszka we Freiburgu przy granicy ze Szwajcarią a jedzie do Rzymu… Już myślałem, że jedziemy w ten sam sposób, ale okazało się, że on będzie jechał zachodnim wybrzeżem przez Pisę a ja od jeziora Garda odbijam w kierunku wschodniego wybrzeża. Niemniej jednak docelowo kończę swoją wyprawę w Rzymie, skąd wracam samolotem do Polski. Reiner, co wynikło z rozmowy jest ode mnie nieco starszy, ale dobrze wygląda, bo podobnie jak ja robi użytek z żelastwa w klubie fitness. Z tą różnicą, że on jest też instruktorem fitness. I tak jadąc, rozmawiając i poznając się dojechaliśmy do Rovereto. Gdy tylko zobaczyłem kawiarnię z lodami, zaproponowałem mojemu nowemu koledze kawę i lody. Zatrzymaliśmy się. Lody we Włoszech smakują wybitnie. Wszędzie! To jest dla mnie zagadka, z czego to wynika, ale jest to fakt – gdzie bym nie spróbował lodów we Włoszech – wszędzie są lepsze niż w najlepszych miejscach w Polsce. No może te najlepsze lody w Polsce smakują chociaż tak dobrze jak w najsłabszych miejscach we Włoszech… Tak bym to określił. I to jest dla mnie zagadka – jak to się dzieje i z czego to wynika?


Pojechaliśmy dalej. Okazało się, że Reiner jedzie bardziej na czuja i kierując się drogowskazami niż nawigacją w telefonie. Czasem sprawdza w telefonie, jak jechać. Ja mam inny system – wytyczam szlak korzystając z Komoot, by był to możliwie jak najczęściej szlak rowerowy, ścieżka rowerowa, a tam gdzie czegoś takiego nie ma, by jechać podrzędnymi drogami publicznymi. Reinerowi nie sprawia to problemu i za to go podziwiam. Dojechaliśmy do bicigrill nad rzeką. Zatrzymaliśmy się. Już wtedy zamajaczyły ciemne chmury nadciągające z północy. To był ten deszcz który nas gonił. Ale tak byliśmy pochłonięci rozmową i cieszyliśmy się z naszego towarzystwa, że na chwilę o tym zapomnieliśmy. Reiner zamówił nam dwa duże radlery. Wypiliśmy je wciąż rozmawiając. Niestety okazało się, że kuchnia nie ma dla nas nic sensownego do jedzenia. W ogóle okazało się, że ten lokal mimo iż nazywał się bicigrill, to w sumie nie miał nic do jedzenia dla rowerzystów. Nawet wyglądał ten lokal ekskluzywnie w porównaniu do tych bicigrilli jakie minąłem dzisiaj. Trudno. Gdy wróciłem z ubikacji, okazało się, że Reiner zamówił drugie radlery. Na szczęście do radlerów we Włoszech podają przekąski – jakieś czipsy, słone precelki, orzeszki. Nie skończyłem drugiego radlera, gdy zerwał się bardzo mocny wiatr i nagle zrobiło się ciemno. Reiner szybko wstał i powiedział, że musimy się zbierać, bo zaraz będzie padał deszcz. Miał rację. Dopiłem piwo i poszedłem do rowera. Wymieniliśmy się kontaktami na whatsapp, bo mój niemiecki kumpel zaproponował, żebym się odezwał do niego, jak będę dojeżdżam do Rzymu, bo może byśmy wyskoczyli na miasto? On bowiem będzie w hotelu z jego Ojcem spędzał wakacje, więc powinno się udać skoordynować czasowo, żeby to zrobić. Dobry pomysł! Pojechaliśmy jeszcze jakiś odcinek razem. Wiatr na szczęście wiał nam w plecy. Bardzo mocny wiatr. Gdy jednak dojechaliśmy do miejsca, w którym Reiner jechał dalej na południe, a ja odbijałem na wschód w kierunku jeziora Garda, wyściskaliśmy się jak najlepsi kumple i rozdzieliliśmy się.
Niewiele dalej lunął deszcz. Wyglądało to bardziej na oberwanie chmury. Założyłem kurtkę przeciwdeszczową. Kupiłem ją przed wyjazdem. Ma parametry 30 000/30 000, więc praktycznie goretex, choć to nieco inna membrana od firmy Dare2be. Jak się jednak okazuje – doskonale robi swoją robotę. Nie przemaka i oddycha. Oczywiście z tym oddychaniem to jest w pewnym zakresie i przez pewien czas, ale i tak spełnia swoje zadanie. W pewnym momencie w miejscowości Mori miałem przejazd podziemny pod ruchliwą drogą. Zatrzymałem się tam, by schronić od deszczu. Okazało się, że tamże schowały się też dzieciaki z nauczycielami, którzy przenieśli tutaj stoły z lemoniadami, jakimiś ciasteczkami i swoim rękodziełem. Dzieciaki zbierały kasę na jakąś wycieczkę. Kupiłem od nich lemoniadę, wrzucając do skarbonki nieco więcej pieniędzy. Dzieciaki jeszcze nie wiedziały, gdzie będzie wycieczka, bo jak to powiedziała nauczycielka – wszystko zależy od funduszy.
Gdy deszcz nieco zelżał, ruszyłem dalej. Zaczął się podjazd. Musiałem się wspiąć na górę, która otaczała jezioro Garda. Był to szlak Adige-Garda. Momentami podjazd był bardzo ostry. Jednak mimo iż w nogach miałem przejechane już niemal 100km, to było to po płaskim. Siła więc była. A i nie bez znaczenia było też to, że był to już czwarty dzień, więc nogi były już nieco przyzwyczajone do wysiłku. Parłem pod górę. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że deszcz zamienił się już w mżawkę, więc lepiej było ściągnąć kurtkę przeciwdeszczową, w której było mi zbyt gorąco, a to co leciało na mnie z nieba nie moczyło mnie tak bardzo, bo byłem zgrzany. Miałem więc wrażenie, że wysycham szybciej niż moknę.
W końcu przekroczyłem punkt krytyczny i mogłem zacząć zjeżdżać. Szlak prowadził bardzo wąskimi drogami dojazdowymi do posesji aż w końcu stanąłem na tarasie z którego rozpościerał się widok na potężne jezioro Garda okolone strzelistymi górami. Dojechałem tam w dobrym czasie, miałem więc pewność, że dzisiaj nie będzie jak poprzednio, że recepcje campingów będą już zamknięte. Musiałem tylko zjechać bardzo stromą drogą w dół do jeziora, gdzie w miejscowości Torbole jest 3 większe campingi i jeszcze kilka mniejszych. Przy wjeździe do Torbole droga robi się bardzo wąska. Może się w niej zmieścić tylko jeden samochód. Droga jest między budynkami a wysokim kamiennym murem od strony jeziora. Pod koniec jest ostry zakręt przed którym jest ruch wahadłowy regulowany sygnalizacją świetlną. Jechałem starą brukowaną drogą i minąłem Pud Cutty Sark. Wiedziałem już, że wrócę tu do tej tawerny gdy tyko rozbiję namiot.
Dojechałem do pierwszego wybranego przeze mnie przez Internet campingu i po odstaniu swojego w kolejce dowiedziałem się od Pani, że nie ma dla mnie miejsca. Podjechałem do Camping Europa. Nie było problemu. Dostałem czipa do furtki do jeziora, kartę do łazienek i wykupiłem jeszcze żetony do pralki i suszarki, bo pranie trzeba było już zrobić. Miejsce na namiot nie było jakieś rewelacyjne, ale to przecież tylko na jedną noc. Pod płotem z dala od wszystkiego. Camping spory – mnóstwo kamperów, przyczep. Generalnie praktycznie komplet. Szybko rozbiłem namiot i obok recepcji nastawiłem pranie moich rowerowych ciuchów i tych ciepłych, które po deszczowych dniach też wymagały prania. Wiał wiatr, ale przynajmniej nie padało. Przygotowałem w namiocie wszystko do spania, wykąpałem się i po przebraniu mogłem wrócić do pralni. Ustawiłem suszenie wypranych ciuchów. Miałem dwie godziny, może mniej zanim skończy się suszenie rzeczy, a ja byłem bardzo głodny. Poszedłem najpierw do jeziora zobaczyć, jak wygląda w tej już nocnej scenerii i później do centrum miasteczka.


W wielu miejscach wszystkie stoliki były zajęte. Na szczęście w Ristorante Pizzeria Al Pescatore (u Rybaków) był dla mnie wolny stolik. Zamówiłem spaghetti carbonarę i radlera. Makaron był przepyszny, jak dotychczas najlepszy. Z całą pewnością był z guanciale a nie boczkiem, więc wszystko tak jak być powinno. Po kolacji ruszyłem do tawerny pubu Cutty Sark. A tam impreza! Mały zespół grał jakieś jazzowo-bluesowe standardy. Wziąłem colę zero i posłuchałem ich chwilę. Byłem zmęczony, więc niedługo później ruszyłem spowrotem do campingu po drodze tylko zahaczając na lody. Znowu pyszne!




Gdy dotarłem do pralni w moim campingu Europa, okazało się, że ubrania nadal były wilgotne. Nastawiłem więc jeszcze na godzinę suszenia licząc na to, że tym razem uda mi się je wysuszyć. Musiałem tylko tu wrócić. Tymczasem w namiocie czekając aż suszenie ubrań się zakończy widziałem, że wiatr się wzmaga. Poprawiłem więc napięcie linek, żeby w nocy nie było konieczności tego robić. Wreszcie ciuchy wysuszone, więc mogę położyć się spać. Sprawdzałem, gdzie zatrzymać się na nocleg jutro? Nie było idealnej odpowiedzi. Problemem było to, że jeszcze będąc w Polsce i wytyczając trasę zdałem sobie sprawę z tego, że od jeziora Garda aż do momentu, gdy dojadę do wybrzeża, będzie cały trzydniowy odcinek, gdzie nie ma campingów. Są jakieś pojedyncze gospodarstwa agroturystyczne ale dość oddalone od mojej trasy. Jeśli zaś chodzi o alternatywy, to w Mantua, Ferrara czy innych miejscach hotele są dość drogie. Spanie na dziko brałem pod uwagę, ale raczej jako ostateczność. Nadchodziły bowiem upały. W końcu jednak udało mi się znaleźć jakieś Bed&Breakfast w Mantua. Nieco oddalone od szlaku, ale w akceptowalnej cenie, na pewno niższej niż w hotelach, bo hosteli albo nie było, albo nie było w nich miejsc w Mantua. Póki co nie zabookowałem tego miejsca myśląc, że jutro podejmę decyzję. W końcu położyłem się spać.
Dzisiaj przejechałem 112 kilometrów i to dość sprawnie, bo dojechałem przed 19 do celu. Ślad GPX i pozostałe szczegóły z trasy możecie zobaczyć i pobrać ze Stravy TUTAJ tutaj i TUTAJ bo niestety przez moje nieobycie z tą nową nawigacją, przy każdej zmianie czegokolwiek, kończyło mi zapisywanie śladu. Dlatego jest to w trzech częściach.
A już w kolejnej relacji, napiszę Wam jak się jechało wzdłuż długiego jeziora Garda i dalej na północ, gdzie gór już nie ma a zaczynają się dość monotonne scenerie wzdłuż rzeki aż do Mantua.
Piotr





