Wiało całą noc. Wstałem z budzikiem o 6:40 i nie było najcieplej. Wiało wciąż, choć nieco mniej. Pozbierałem się sprawnie z nastawieniem, że od dzisiaj muszę zmienić nieco sposób postępowania jeśli chodzi o jedzenie i picie. W poprzednich dniach piłem wodę podobnie jak we wszystkich wcześniejszych latach, ze wszystkich możliwych źródeł, że tak to określę. Czyli napełniałem bidony wodą z kranu, z ujęć z wodą pitną na trasie, w toaletach, piłem wodę ze strumyków, źródełek których w Niemczech i Austrii było sporo. Niestety spowodowało to ból brzucha i zatwardzenia. Od dzisiaj więc postanowiłem pić tylko wodę butelkowaną, ewentualnie przegotowaną. Jak się okazało w kolejnych dniach – moja diagnoza była słuszna i dolegliwości ustąpiły. Dziwne to jest dla mnie, bo mój organizm od wielu lat był odporny na tego rodzaju problemy – że wspomnę o braku takich sytuacji w Tajlandii, gdzie higiena miejsc w których jedliśmy pozostawiała wiele do życzenia, czy Egipt, gdzie zemsta Faraona mnie nie dosięgnęła a Patkę tak. Drugim postanowieniem było jeść więcej, a przede wszystkim jeść śniadania. W ostatnich dniach bowiem jakoś tak się nie składało. Jechałem „na oparach”, co nie dziwiło mnie wcale, bo jadłem po prostu za mało. Każdego dnia spalałem ponad 2000 kcal tylko oddychając plus około 3000 kcal jadąc rowerem. A skąd wiem, że tyle? Bo te orientacyjne wartości widzę na Stravie, na której codziennie rejestruję pokonaną drogę i tam właśnie pojawiają się ilości spalonych kalorii. Tak więc powinienem codziennie jeść około 5000 kcal by nie spalać własnego organizmu. Ten kto sądzi, że spalam tłuszcz – myli się, bo w pierwszej kolejności spala się własną masę mięśniową. Tłuszcz dopiero później. Ale dość o tym.
Camping Europa kosztował 27,50 EUR i to mogłem zapłacić kartą. W tym było 25 EUR za camping, a 2,50 EUR było podatkiem turystycznym, który we Włoszech jest naliczany wszędzie do ceny noclegu. Pranie i suszenie 7 EUR gotówką zapłaciłem wczoraj. Spakowałem się i ruszyłem najpierw nad jezioro Garda. Chciałem zobaczyć, jak wygląda ono w świetle dziennym. Jak raz słońce wyszło, więc mimo wiatru było dość ciepło. Ale za to jakie mieli używanie z tego właśnie wiatru wszyscy ci, którzy szaleli na akwenie! Wow! Spory tłum. Nie widziałem za bardzo ludzi z kite’ami, czyli latawcami na krótkich deskach. Widziałem za to ludzi na windsurfingu i czymś, o czym słyszałem przed wyjazdem od Ryszarda – mojego Teścia, który zna się doskonale na wszystkim, czym można się poruszać po wodzie z użyciem wiatru. To coś, to Wing Foil. To coś pomiędzy Windsurfingiem a kitesurfingiem. Deska jest krótka jak w kitesurfingu, ale z hydroskrzydłem, czyli taką płetwą pod deską, dzięki czemu stojący na desce unosi się ponad wodą. Zamiast uprzęży z latawcem na linkach, jak w kitesurfingu, tutaj w Wing Foil, skrzydło wyglądem przypominające latawiec z kitesurfingu trzyma się w rękach. Skrzydło to nie jest przymocowane żadnymi linkami ani uprzężą do pływającego. Wygląda to dość pokracznie, gdy się patrzy na uczącego się, ale imponuje, gdy na takim silnym wietrze jak dzisiaj patrzy się na kogoś, kto umie na tym pływać i wie co robi. Lewituje nad wodą trzymając w rękach latawiec, zmiana kierunku i ewolucje wyglądają naprawdę spektakularnie. Bardzo to ciekawe i powiem szczerze, że zastanawiam się, czy by tego nie spróbować? Gdy już się napatrzyłem, ruszyłem na śniadanie. Wjechałem więc w centrum Torbole rozglądając się za odpowiednim miejscem, ale i tak okazało się, że jednak wcześniej upatrzona w google mapach kawiarnia była najbardziej atrakcyjna z wyglądu. Tuż obok bardzo ruchliwego ronda z ogródkiem na zewnątrz, więc dla mnie idealnie, bo mogłem mieć oko na zaparkowany obok ogródka rower z moim dobytkiem.
Tinka Bar Bistrot. Śniadaniownia i kawiarnia. Bardzo popularna. Musiałem więc nieco poczekać na miejsce, ale było warto. Wziąłem śniadanie angielskie. Bo dużo jedzenia, a cena była akceptowalna, czyli 20,20 EUR i płatność kartą. Jajka sadzone z bekonem, kiełbaski, pomidor, fasolka i pieczywo. Do tego pyszna kawa i sok pomarańczowy. Wspaniale.


Najedzony mogłem jechać. Początkowo jechałem drogą, którą poruszały się samochody. Ruch był naprawdę spory. Mnóstwo samochodów, kamperów, aut z przyczepami a do tego jeszcze niemało motocykli i skuterów. Rowerów niewiele, za to całe tłumy pieszych na chodnikach. Wiedziałem, że dla kierujących samochodami na drodze dwupasmowej, na której ledwie wymijają się dwa kampery jadące z naprzeciwka, jestem zwyczajnym zawalidrogą. Typem, który uparł się jechać ulicą rowerem i to do tego nie szybko – elektrycznym, a powoli – wyprawowym z sakwami, z którymi zajmuję prawie pół pasa. Ciężko mnie było wyprzedzić zwłaszcza, gdy się jechało kamperem, ciężarówką lub autobusem. Cisnąłem więc ile sił w nogach zastanawiając się, czy będzie jakiś szlak rowerowy, czy całą drogę wzdłuż jeziora Garda będę musiał przejechać w takim stresie? Zjechałem z drogi w prawo na ciąg pieszo-rowerowy, gdy tylko dostrzegłem taką możliwość – pojawiło się bowiem oznakowanie. Od razu usłyszałem pisk opon zdesperowanych i wkurzonych kierowców, którzy tylko na to czekali by móc przyśpieszyć. Niestety odcinek dla pieszych i rowerzystów szybko się skończył i musiałem wrócić na drogę. Jakieś lekkie podjazdy a chwilę później tunele. Na szczęście niedługie. W tunelach nie ma możliwości wyprzedzania, choć i tak kilku furiatów mnie wyprzedziło. W pewnym momencie wyluzowałem. Nikt bowiem na mnie nie trąbił, nikt nie wyzywał, nie gazował silnikiem tuż za mną. Ta presja była tylko w mojej głowie. Wyłączyłem ją i jechałem swoim tempem.






Co jakiś czas, gdy tylko miałem taką możliwość zjeżdżałem w prawo na chodnik z jezdni albo na ciąg pieszo-rowerowy. Mijałem początkowo niewielu przechodniów. Czasem gdy mijałem szkółki windsurfingu, mijałem ludzi, którzy przygotowywali się do wypłynięcia na akwen. Z biegiem czasu jednak ludzi na tych ciągach pieszo-rowerowych było coraz to więcej. Coraz gorzej się więc jechało, bo nie mogłem gonić, często ludzie ci szli w kilka osób obok siebie tarasując drogę. Zanim reagowali na dźwięk dzwonka, musiałem się zatrzymać i poczekać, aż łaskawie dadzą mi przejechać. Frustrujące. Dostrzegłem sklep, więc zatrzymałem się na chwilę, by kupić wodę, lemoniadę, owoce i jakieś batony (Despar – 5,42 EUR). W środku ludzie kompletnie bez pośpiechu oglądali towar na półkach, dwie babki leniwie rozmawiały przy owocach. Brak presji czasu. Wszak dopiero 10. Po co się śpieszyć? Ruszyłem dalej z mocnym postanowieniem, że jeśli nie będzie to konieczne, jadę drogą. Jezioro Garda po mojej prawej stronie z okalającymi je górami tworzyło mi wspaniałe tło.




Gdzieś od połowy wysokości jeziora widoki coraz bardziej zaczęły mi przypominać scenerię Lazurowego Wybrzeża (Cote d’Azur). Trzy lata wcześniej jechałem tamtędy rowerem i to co widziałem tutaj momentami do złudzenia przypominało mi tamten fragment mojej wyprawy z Zurichu do Barcelony. Góry wchodziły do wody, dość wąska droga prowadząca wzdłuż zbocza gór powyżej brzegu i te malownicze zatoczki co i rusz. Małe, kameralne, często prywatne plaże przy tych zatoczkach, czasem jakiś jacht zacumowany na bojce w zatoczce. Skały, trochę zielonej roślinności, kamieniste urwiska, czasem kamieniste małe plaże, a to wszystko skąpane w słońcu. Przepiękna sceneria! Widać luksus i bogactwo osadzone w w tej przepięknej scenerii. Słońce dopiekało już mocno, więc cały mokry gnałem przed siebie zachwycając się okolicą.






W końcu dotarłem do południowego krańca jeziora Garda. Wjechałem do Pescheria Del Garda. Port rybacki położony u południowo-wschodniego ujścia jeziora Garda. Tutaj zaczynała się rzeka Mincio, wzdłuż której będę kontynuował swoją podróż rowerem. Ale najpierw obiad! Wszak przejechałem już 60 kilometrów. 60 kilometrów długości jeziora Garda! To pokazuje skale wielkości tego jeziora. Pokręciłem się nieco po starej części Porta Verona, Porta Brescia, aż w końcu znalazłem miejsce – Cafe Bell’Arrivo. Zamówiłem spaghetti carbonara, radlera i colę zero (19,50 EUR i płatność kartą). Poszukałem noclegu na dzisiaj w Mantua. Niestety nie było żadnego hostelu. Jeśli chodzi o campingi, to szukałem ich jeszcze planując trasę. I nic takiego w Mantua ani bliskiej okolicy nie było. Jedyny camping był oddalony od szlaku o jakieś 15 kilometrów, a ja czułem, że przy tak sprzyjającej pogodzie dojadę do Mantua raczej bez problemów. Na AirBnB wszystko było drogie. Zacząłem szukać na CozyCozy – aplikacji, w której oprócz hoteli i hosteli były też pensjonaty i pokoje do wynajęcia. Znalazłem pokój gościnny, nazywany tutaj B&B (czyli z angielskiego Bed and Breakfast) na obrzeżach Mantua ale w dobrej cenie. Nie bez znaczenia było to, że śniadanie było w cenie. Zarezerwowałem więc ten pokój. Kosztował 46,75 EUR. Stwierdziłem, że cena jest dla mnie akceptowalna, a ja nie będę spał dzisiaj w krzakach. Zabrałem się za jedzenie. Była godzina 15, a ja miałem na dojechanie do niego jakieś 50 kilometrów. Wiedziałem, że dalej szlak prowadzi meandrami rzeki Mincio po wale przeciwpowodziowym, więc praktycznie żadnych górek nie będzie. Pogoda sprzyjała.



Jechałem dość wygodną ścieżką pieszo-rowerową. Asfaltową. Był to zarazem lokalny szlak rowerowy jak i ścieżka, którą całkiem sporo ludzi spacerowało z dziećmi, byli biegacze i całkiem niemało rowerzystów. Widać było, że ludzie po skończeniu pracy wybrali się tutaj zażyć nieco aktywności ruchowej. Rowerzyści niemal wszyscy byli lokalni. Minąłem może kilku jadących dalej niż wokół komina. Było ciepło, ale już nie tak upalnie jak wcześniej wzdłuż jeziora Garda. Zrobiłem sobie krótki postój na toaletę i picie przy placu zabaw dla dzieci, bo była kawiarenka. Dużo młodych rodziców z dziećmi. Wokół placu zabaw sporo stołów z ławkami. Przy kilku z nich widać było, że odbywały się urodziny dzieci. Sielsko, przyjemnie, przyjaźnie. Zapłacić musiałem gotówką. Dziwne, bo we Włoszech praktycznie wszędzie można zapłacić kartą. Nie to co w Niemczech. Gospodarz B&B – pokoju, w którym miałem rezerwację na dzisiejszą noc w Matua dopytywał się, o której zamierzam się u niego pojawić? Odpisałem z ostrożnym szacunkiem, że około 18. Trochę dziwiłem się, że gospodarz napisał mi 3 wiadomości, ale wziąłem to na karb tego, że być może ma jakieś inne plany i chce się dowiedzieć dokładniej, żeby się nie spóźnić. Ruszyłem dalej.
Przejechałem kilkadziesiąt kilometrów w dość dobrym tempie, gdy nagle ni z tego ni z owego, poczułem, że na przełamaniach asfaltu dobijam felgą do ziemi. Mam flaka… Zatrzymałem się i sprawdzam, co się stało? Nie przypominam sobie, bym najechał na rozbite szkło czy coś podobnego. No ale trzeba działać. Doszedłem do wniosku, że szkoda czasu na dopompowanie koła, bo skoro jakieś trzydzieści kilka kilometrów temu koło było pełne, to raczej dziura musi być na tyle duża, że nie przejadę tych ośmiu kilometrów do celu za Mantua. Trzeba wymienić dętkę. I to szybko, bo zaraz znów dostanę wiadomość, o której będę? Wysłałem więc wiadomość, że niestety złapałem gumę i potrzebuję pół godziny więcej. Ściągnąłem sakwy, rower do góry nogami, odkręciłem koło, ściągnąłem oponę, wydarłem dętkę. Szukałem dziury, ale kompletnie nic podejrzanego nie zobaczyłem. Założyłem więc nową dętkę, oponę i złożyłem wszystko spowrotem jak trzeba. Z tej adrenaliny dobiłem moją małą pompką koło na tyle mocno, że nie trzeba było nić dobijać. Goniłem przy zachodzącym słońcu.
Przed Mantua jest Lago Superiore. Ścieżka którą jechałem jest poprowadzona wzdłuż drogi dla samochodów, ale od niej oddzielona. Coraz więcej pieszych mijałem. Żałowałem jedynie, że nie mam czasu, by skręcić do centrum miasteczka i coś pozwiedzać, zatrzymać się na lody i kawę. To te wiadomości od gospodarza B&B tworzyły mi presję. Nie wiedziałem, z czego to wynika? Czy on tylko się dopytywał, chcąc zaspokoić swoją ciekawość, czyli z nudów, czy też może się powtórzyć sytuacja z Bolzano i jeśli się spóźnię, to nie będę miał gdzie spać, bo gospodarz anuluje rezerwację nawet mimo jej opłacenia? Nie chciałem ryzykować, bo tanich alternatyw w Mantua nie widziałem, gdy szukałem noclegu, a już na tyle się przyzwyczaiłem do świadomości, że dzisiaj będę spał w wygodnym łóżku i rano będę miał śniadanie, że nie chciałem już spać w krzakach.
Przejechałem więc przez Mantua omijając centrum, jadąc przez całe miasto, by dojechać do dzielnicy kompletnie na obrzeżach gdzie były już tylko pola i grunty orne. Dojechałem do przejazdu kolejowego. Szlaban zamknięty i po jednej i drugiej stronie torowiska po kilka osób. Większość była na rowerach. Po 5 minutach zacząłem się niecierpliwić. No bo wszyscy stoimy, a pociągu uporczywie nie ma. Myślę, że w Polsce część tych ludzi już dawno by przeszła ostrożnie przez tory na drugą stronę. A tutaj – wszyscy grzecznie stoją. Nawet młode chłopaki w dresach słuchające z głośnika bluetooth jakiegoś chyba włoskiego rapu z piłką nożną w plecaku. Niebywałe! Pociąg pojawił się dopiero po kolejnych 10 minutach. Mi w głowie przelatywał scenariusz, że za 2 kilometry dojadę do pokoju i będzie za późno. A ten pociąg, który pojawił się nagle, to był szybki pociąg, który do złudzenia przypominał mi z wyglądu nasze Pendolino. Przeleciał jak strzała! Zrozumiałem więc, dlaczego wszyscy grzecznie czekali na podniesienie szlabanu i nikt się nie odważył przejść przez tory wcześniej. Mimo wszystko jednak zamknięcie szlabanów 15 minut przed przejazdem pociągu uznałem za grubą przesadę.
Chwilę później dojechałem pod dom, który miałem w rezerwacji jako adres dzisiejszego mojego noclegu. Kręciłem się trochę rowerem, bo nie widziałem numeru na domu. A to była dzielnica domów jednorodzinnych. Nie było żadnej tabliczki informującej, że jest tu jakieś B&B. Ani numeru na kilku budynkach. Już miałem nawrócić, by sprawdzić przedostatni dom w szeregu, gdy właśnie z tego który stał na rogu wyszedł gość i zaczął do mnie coś mówić uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. Dobrze trafiłem. To był mój niecierpliwy gospodarz – Al. Przeprosiłem za spóźnienie, spytałem, gdzie mogę schować rower i okazało się, że dzisiaj nocuje u niego jeszcze jeden rowerzysta, ale on dojedzie nieco później… Ech… Czyli jednak mogłem odbić do centrum Mantua pozwiedzać nieco…
Al – gospodarz, uśmiechał się niemal przez cały czas i dużo gadał. Z angielskim nie było u niego najlepiej, ale dało się zrozumieć. Gdy już pokazał mi wszystko i przeniosłem sakwy do pokoju, podpowiedział mi, gdzie warto pójść na kolację. O tej porze nie było już zbyt dużego wyboru, więc poszedłem się wykąpać, przebrałem i wtedy usłyszałem, że do pokoju obok mojego wszedł ktoś – pewnie ten drugi rowerzysta. Ruszyłem do restauracji Ca Nova. Trochę ponad kilometr ode mnie. Człapałem w klapkach, bo na wyjazd doszedłem do wniosku, że nie będę brał innych butów niż rowerowe z zapięciami SPD. Tylko że te buty nie nadają się na chodzenie zbyt długich odcinków. Są bardzo twarde i mają w podeszwie metalowy klips do zapięcia pedałów. Miałem wygodne klapki, które jak stwierdziłem pakując się, będą musiały mi wystarczyć zarówno na plażę, do kąpieli pod prysznicem, jak i do chodzenia na zwiedzanie. Okazało się, że Curtatone w którym byłem, to nawet nie dzielnica Mantua, a po prostu małe miasteczko – wioska na obrzeżach. Gdy wyszedłem z dzielnicy domków jednorodzinnych, skończył się chodnik, bo zaczęła się dzielnica przemysłowa z halami i magazynami do których prowadziły tylko jezdnie samochodowe. Zdziwiłem się, gdy w końcu trafiłem do restauracji. Była bardzo duża. Przed nią dużo samochodów zaparkowanych na parkingu. A mimo rozmiaru, w środku nie było ani jednego stolika wolnego! Na zewnątrz przy stolikach też dużo ludzi. W wejściu kilkanaście osób czekających na kelnerkę, która by ich posadziła przy odpowiednim stoliku. Część miała rezerwację. Ja nie miałem. Trwało to dobre 20 minut, zanim w końcu podszedł do mnie azjata, ale gdy tylko usłyszał ode mnie pytanie po angielsku, wycofał się. Przyprowadził innego azjatę, który już po angielsku gadał. Spytałem, czy jest dla mnie szansa usiąść i coś zamówić do jedzenia? Tak. W międzyczasie zorientowałem się, że w restauracji są trzy imprezy. Jakieś urodziny, czy coś podobnego. Po kilkanaście osób. A przy stolikach na zewnątrz ludzie siedzą bez jedzenia czekając na obsługę. Nie byłem pewny, czy uda mi się tutaj coś zjeść… Po kilkunastu minutach wrócił mój gadający po angielsku wysoki azjata i wskazał mi stolik na zewnątrz. Usiadłem. Kątem oka obserwowałem, jak przy stoliku obok kobieta w na oko moim wieku rzuca się głośno rzucając półsłówkami i żywo gestykulując do siedzącego pewnie w moim wieku gościa siedzącego naprzeciw niej. Wywnioskowałem, że chodzi o to, że mają menu, ale nie mają jedzenia. A siedzą tam od momentu, gdy ja wszedłem i zacząłem czekać na posadzenie przy stoliku, czyli już ponad pół godziny. Jedzenia ani picia nie ma i dlatego ona się wkurza, żeby jej partner coś zrobił. Początkowo spokojnie jej odpowiadał, ale z biegiem czasu i on zaczął coraz żywiej gestykulować i odparowywać.
Dostałem kartę menu i od razu poprosiłem o radlera. Tylko że menu przyniosła młodziutka skośnooka dziewczyna. I chyba mnie nie zrozumiała. W każdym razie znikła tak szybko jak się pojawiła. Gość ze stolika obok mnie zaczął głośno krzyczeć za nią, aż wstał, dogonił ją, złapał za rękę i już grzecznie o coś poprosił. Zacząłem z nudów sprawdzać, czy może jest jeszcze czynna jakaś inna restauracja czy coś innego w okolicy. Niestety nie.
Zacząłem czytać wiadomości od Reinera. Napisał mi, że wczoraj dojechał prawie na sam południowy koniec jeziora Garda. W pierwszym kempingu nie mieli dla niego miejsca (jak u mnie), a w drugim dużym kempingu miejsce się znalazło, ale kosztowało go 50 EUR! Strasznie drogo… Wkurzył się tym, bo taka cena za kemping dla rowerzysty, to przesada i postanowił, że dzisiaj zmieni taktykę i być może będzie spał gdzieś na dziko, czyli w „krzakach” jak ja to mówię. A skoro zapłacił za kemping 50 EUR, to przynajmniej sobie dłużej pospał żeby to skompensować 🙂 Za to dzisiaj pojechał na południe, bo znalazł hostel w Pisa i kieruje się już na Rzym. Jeszcze na trasie okazało się, że Reiner będzie również szukał noclegu w Montova (czyli Mantua). Myślałem, że może uda nam się znów spotkać, ale Reiner stwierdził, że skoro ja zrobiłem dzisiaj 60 kilometrów więcej niż on, to pojedzie dalej. No i stanął jakieś 16 kilometrów za Mantua. Żałował tego później, że nie poczekał na mnie w Mantua, bo rzeczywiście mogliśmy się znów zobaczyć. Co ciekawe, on podobnie jak ja, też dzisiaj złapał „kapcia” i musiał naprawiać koło – z tą różnicą, że przednie.
W międzyczasie pojawił się przy moim stoliku starszy azjata, który sprawiał wrażenie, jakby był właścicielem tej restauracji. Spytał się mnie, czy złożyłem zamówienie? Nie, ale chętnie bym to zrobił, bo na zamówionego radlera czekam od 20 minut. Przeprosił i znikł zanim zdążyłem powiedzieć, co chcę zamówić. Chwilę później pojawiła się młoda dziewczyna, która położyła przede mną papierową kartkę pełniącą funkcję serwety, sztućce, przyprawy i dwie paczki grissini. Zacząłem zajadać te cienkie paluszki, bo byłem poważnie głodny. Pojawił się znów starszy skośnooki jegomość i przyjął moje zamówienie. Tagliatelle z kaczką (!), duży radler i czerwone wino lokalne w karafce – poprosiłem. Kątem oka jednak dostrzegłem zazdrosne spojrzenie kobiety przy stoliku obok – takie spojrzenie na granicy wybuchu (coś w stylu „oczy napłynęły jej krwią a z nozdrzy zaczęła buchać para”). Powiedziałem starszemu Azjacie, żeby przyjął zamówienie od stolika obok, pokazując o którym stoliku mówię, bo ci ludzie siedzą tu bardzo długo czekając na zamówienie i byli tutaj pół godziny przede mną… Podziękował i podszedł tam właśnie przyjąć zamówienie. Gdy odszedł, kobieta spojrzała na mnie i powiedziała „grazie mille”. Niedługo później na moim stoliku pojawiły się jeszcze cztery paczki z grissini (bo te dwie już zjadłem), radler i wino. Gdy pociągnąłem pierwszy łyk piwa, przy stoliku obok pojawiła się butelka wina i dźwięk nalewanego trunku. Ileż było radości! Włosi tą swoją żywiołowością są doprawdy ujmujący! Nalałem sobie wina, żeby spróbować, czy dobre, zamieszałem w kieliszku i spojrzałem na stolik obok. Oboje patrzyli się na mnie uśmiechnięci od ucha do ucha i trzymający swoje lampki. Krzyknęli „Salute!” nachylając się do mnie. Odparłem „Cin Cin!”, czym wywołałem ich serdeczny śmiech. Stuknęliśmy się lampkami. „Americano?” No, Polonia! – odparłem. Aaa! Polonia! Roberto Lewandowski! 🙂 No – odparłem – Pietro! Pietro Setlak! Czym wywołałem kolejną salwę serdecznego śmiechu. Przedstawili mi się, ale nie zdążyliśmy nic pogadać, bo właśnie wjechało jedzenie. Jednocześnie do mnie i do nich. „Bon Apetito!” – rzuciłem do nich i zajęliśmy się pałaszowaniem zawartości naszych talerzy. Świetnie zrobiony makaron i wyjątkowy smak kaczki… Wciąż nie jestem przekonany, że kaczka z makaronem w ogóle występuje w kuchni włoskiej jako normalne połączenie? Wydaje mi się, że kaczka bardziej jest popularna w kuchni azjatyckiej… Ale co ja tam wiem! Była pyszna!
Gdy skończyłem pić radlera, popijałem wino sprawdzając w internecie, czy przypadkiem w Polsce nie zmienił się system i ogólnie, co słychać w świecie? Zapłaciłem w tej „restauracji Ca Nova Curtatone” 29 EUR za kolację i „pijaństwo”. Gdy to zrobiłem, dostrzegłem, że atmosfera przy stoliku obok z nerwowej zmieniła się już w całkiem romantyczną, więc dyskretnie wstałem kierując się do wyjścia. Słyszę, że ktoś woła za mną. Odwróciłem się, by sprawdzić, co się stało, a to mój stolikowy sąsiad wyciąga do mnie rękę na pożegnanie i mówi „Grazie Pietro! Bye Bye”.
Wracałem do pokoju już po zmroku. Jednak cała karafka wina po radlerku nie była dobrym pomysłem. Czułem działanie alkoholu. Nie żebym się zataczał, czy bełkotał, ale po prostu czułem jego działanie. Jednak wysiłek dzień po dniu, do tego jeszcze dzisiaj w słońcu potrafi sprawić, że głowa jest mniej odporna na działanie alkoholu. Była sobota wieczór. Nie zdziwiła mnie więc dość głośna muzyka dobiegająca z mijanego przeze mnie parku. Bardziej mnie to zaciekawiło, że w google mapach nie widziałem, by była tutaj jakaś knajpa, ale coś ewidentnie musiało być, bo słychać było muzykę i gwar ludzi po lewej stronie. Po prawej stronie zaś słychać było dudnienie muzyki. Gdy minęło mnie trzy samochody z młodymi ludźmi, doszedłem do wniosku, że z całą pewnością musi być tam jakaś dyskoteka. Ja jednak nie miałem już ochoty na pląsy. Gdy doszedłem do pokoju i położyłem się w wygodnym łóżku w rozmiarze XXL, zasnąłem niemal natychmiast.
Tego dnia przejechałem łącznie 111 kilometrów. Ślady pokonanej przeze mnie trasy znajdziecie w dwóch częściach na Stravie: TUTAJ i tutaj.
A w kolejnej relacji, opiszę Wam dość nudną trasę z Montova/Mantua do Ferrary, ale też o dwóch poznanych tego dnia rowerzystach – Austriaku i Szwajcarze. Całe szczęście, że ten dzień skończył się w kubańskich, podrygujących rytmach i świetnej atmosferze! Ale o tym niebawem…
Tymczasem, dziękuję Wam za uwagę.
Piotr






