#6 Mantua – Ferrara

miasteczko w Veneto

Ależ się wyspałem! Wygodne łóżko, to jest to, gdy tyrasz codziennie tyle kilometrów rowerem… Poranna toaleta i zszedłem na dół ciekaw, jakie to śniadanie Al przygotował? Al powitał mnie uśmiechnięty, jak to on – od ucha do ucha. Cafe? Si! Molto cafe! Na stole były dwa nakrycia, więc wywnioskowałem, że dzisiejszą noc u niego spędziłem ja, drugi rowerzysta ale poza nami nikt więcej. Wskazywał na to również drugi rower stojący w tym pokoju obok mojego. Był to gravel. Chwilę po tym, gdy Al przyniósł kawę pojawił się dość wysoki, na oko, może nieco młodszy ode mnie gość. Sebastian. Austriak. Zaczęliśmy jeść śniadanie. Typowo włoskie, czyli croissanty – takie duże i nadziane. Do tego był dżem, jogurty. Generalnie śniadanie raczej na słodko. Al doniósł jeszcze jakieś wędliny i ser w plasterkach i nieco chleba. Jedliśmy popijając kawę i rozmawiając. Sebastian przyjechał ze Strasburga, w którym mieszka i planuje dalej pojechać w taki sposób, by zrobić kółko i wrócić do siebie do Austrii z tego co pamiętam przez Wenecję. Rozmawialiśmy o naszych wyprawach rowerowych, o tym, czym się zajmujemy w życiu i trochę o życiu. To zawsze dla mnie jest ciekawe, gdy spotyka się dwóch nieznajomych i bariery znikają z ciekawości drugiej osoby. Otwartość, ciekawość i zainteresowanie. Fajne to! Lubię poznawać nowych Ludzi na trasie. Nigdy bowiem nie wiem, czy nie będzie nam dane znów się zobaczyć, a z doświadczenia wiem, że to się zdarza. I takie ponowne spotkania są już zupełnie innym wymiarem znajomości. Pokazuje mi to, że poznawanie ludzi jest jedną z najfajniejszych rzeczy jakich można doświadczyć podczas tego rodzaju podróży. Ale też to, że mimo pochodzenia z różnych stron świata – wszyscy w jakiś sposób jako ludzie jesteśmy połączeni. I jeśli tylko otworzymy się na innych, stajemy się bogatsi o nowe możliwości, relacje i wspomnienia.
Wymieniliśmy się kontaktami na Facebooku i ponieważ obaj mieliśmy na dzisiaj zaplanowane niemałe trasy, dopiliśmy drugą kawę i poszliśmy się spakować. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie z Gospodarzem Alem i mogliśmy się rozjechać – każdy w swoją stronę.

Ja, Al i Sebastian
Ja, Al i Sebastian

Wczoraj wieczorem, gdy siedziałem przy stoliku w restauracji czekając na jedzenie i sprawdzając w telefonie informacje ze Świata i z Polski, pisałem też z Reinerem na Whatsappie. Reiner napisał mi, żeby nie jechać z Mantua dalej szlakiem rowerowym na południe, bo są to bagna i trzeba je ominąć asfaltem. Miałem to z tyłu głowy, ale nie wiedziałem, gdzie te bagna są. A dzisiaj rano kompletnie o tym zapomniałem. Dlatego ruszyłem tak, jak to miałem zaplanowane według Komoot. Gdy przejechałem przez Curtatone, trafiłem w jakiś rejon przemysłowy, aż do miejsca, w którym droga była zagrodzona szlabanem. Widziałem w nawigacji, że dalej jest szlak rowerowy. Na szlabanie nie było jakiegokolwiek znaku, czy napisu świadczącego o tym, że dalej rowerem nie wolno jechać. Ruszyłem więc myśląc, że szlaban jest tylko po to, żeby samochody tam nie wjeżdżały. Jakieś półtora kilometra dalej już zrozumiałem swój błąd. To były właśnie te bagna, o których napisał mi Reiner! Droga przeszła w ścieżkę przez właśnie jakieś takie podmokłe tereny otoczone przez bagna. I droga ta się skończyła kanałem w poprzek i nie widać było jakiejkolwiek kładki, czy mostu. Dziwne to bardzo, bo Komoot się upierał, że to jest przejezdne i że to jest szlak rowerowy. Nie chcąc marnować czasu, ruszyłem spowrotem do głównej drogi – asfaltowej, wyzywając siebie samego od głąbów i głupków, bo przecież Reiner mi o tym napisał, a ja zapomniałem. To było tylko 2 kilometry straty w jedną stronę i początek dnia, więc nie był to problem. Nawigacja jednak wciąż była innego zdania. Gdy więc dojechałem do głównej drogi, a nawigacja wciąż nie potrafiła znaleźć alternatywnej trasy, musiałem się zatrzymać i od nowa wytyczyć szlak. Niestety, ponieważ nie znałem tego Edge 830 Garmina, to nie widziałem innej możliwości niż zakończenie nawigowania, co wiąże się z zakończeniem rejestracji śladu GPX. I to jest właśnie powód dla którego na Stravie zamiast jednego śladu od początku do końca, jest dwa – jeden ma 9 kilometrów i jest do miejsca, w którym właśnie musiałem zakończyć nawigowanie i drugi od tego miejsca do końca, gdy udało mi się wytyczyć nową trasę do hostelu w Ferrara.

No bo zapomniałem o tym napisać, że wczoraj wieczorem w tej restauracji tak długo czekałem na obsługę i zamówienia, że zdążyłem też znaleźć bardzo tani hostel w centrum Ferrary. I to ze śniadaniem! Za jedynie 22,50 EUR. Absurdalnie tanio. Podejrzewałem, że po prostu hostel starał się po kosztach sprzedać miejsca, żeby interes się kręcił. Tym lepiej dla mnie.

W końcu trafiłem na szlak. Początkowo jechałem wzdłuż drogi, później drogą, aż w końcu dojechałem do rzeki Po. Tam wzdłuż rzeki biegł po wale przeciwpowodziowym szlak rowerowy. Był on jednak na tyle szeroki, że od czasu do czasu mijałem na nim jakieś pojedyncze samochody, czy motocykle. Nawierzchnia asfaltowa. Początkowo dość stara nawierzchnia. Ale z biegiem czasu pojawiać się zaczęły coraz to nowsze odcinki asfaltu, więc gładko i równo jakby się jechało po stole. Jechałem szlakiem „Via Argine Po”.

Pejzaż przypominał mi najbardziej tereny lubelszczyzny i mazowiecczyzny w Polsce. Płasko, dookoła tereny rolnicze. Rzeka, czasem jej rozlewiska, meandrująca w naturalny sposób. Co chwilę kanały do rzeki wpadające. Gdzieniegdzie drzewa, ale mało ich. Nie ma lasów, za to są takie zagajniki większe lub mniejsze, w których posadzone są w regularnych odstępach drzewa liściaste. W równych rzędach i odstępach. Nie ma to nic wspólnego z naturalnością. A z góry słońce piecze, smaży i nieubłagalnie strzela promieniami. Gorąco. Nie ma lasów, które dałyby choć trochę cienia, wytchnienia od tego upału. Cieszę się więc z każdej chmurki, która chociaż na chwilę przysłania nieco słońce i daje namiastkę schronienia. Zatrzymałem się w małej restauracyjce przy szlaku, by wypić coś zimnego, może coś zjeść. Niestety, restauracja zamknięta, przygotowuje się do jakiejś imprezy zamkniętej, więc mogę się tylko napić. Dobre i to. Szlak po wale przeciwpowodziowym jest fajny, bo równy – nie ma wzniesień, podjazdów. Ale minusami są – otwarta przestrzeń, więc gorąco w takie dni jak dzisiaj i gdy wieje, to wieje bardziej, bo szlak jest wyżej niż reszta terenu. Jednak największą wadą szlaku po wale przeciwpowodziowym jest to, że najczęściej nie ma infrastruktury turystycznej w jego pobliżu. Wyjątkiem był szlak Odra-Nysa, gdzie można było co jakiś czas znaleźć kawiarnię lub bar, w którym można było się napić i zjeść. W innych miejscach i krajach, w których jechałem takim szlakiem, niestety było podobnie jak tutaj we Włoszech. Chcąc cokolwiek zjeść, trzeba było zjechać ze szlaku i szukać w mijanych miasteczkach lub wioskach, bo ta restauracyjka w której się napiłem coli zero, jak się później okazało, była jedynym punktem gastronomicznym przy tym szlaku na całej przejechanej przeze mnie długości.

czas na odpoczynek
czas na odpoczynek

Czas mijał, kilometry znikały za mną, a ja byłem coraz bardziej głodny. Zjadłem już wszystko co miałem ze sobą. Coraz pilniej potrzebowałem miejsca, w którym mogłem coś zjeść. Wypatrywałem restauracji jak zbawienia. Niestety nic takiego się nie działo. Za to pojawiły się objazdy. Na szczęście niezbyt duże, więc nie traciłem czasu ani energii zbyt wiele. W końcu wypatrzyłem odpowiednie miasto na trasie, sprawdziłem, że powinno być trzy restauracje, bary w nim czynne, więc zjechałem ze szlaku w poszukiwaniu jedzenia. Niestety, pierwsza knajpa – wesele – zamknięte. Pizzeria zamknięta, bo albo siesta, albo nie chce się im robić dzisiaj. Kręcę się po mieście i szukam czegokolwiek. Tymczasem ani żywego ducha. Nie ma ludzi. Miasto wygląda na puste. Nie opuszczone, bo widać zaparkowane samochody, uchylone okna w kamienicach. Ale na ulicach i chodnikach jest pusto. W końcu trafiam pod bar. Zaparkowałem rower. W środku za ladą siedzi znudzony Azjata wpatrzony w telefon. Jedynie co do zjedzenia mógł mi zaproponować była drożdżówka półfrancuska z jakimś dżemem i picie. Wziąłem i zapłaciłem kartą. Poszedłem do toalety i mocno się zdziwiłem. Zamiast muszli klozetowej, była dziura w ziemi do załatwiania się na narciarza. Im głębiej we Włochy wjeżdżałem, tym częściej ten wynalazek kojarzący mi się raczej z Azją spotykałem. Usiadłem pod arkadami przed barem. Fajnie, bo w cieniu. Chwilę później pojawił się jakiś miejscowy dziadek rowerem. Najpierw dokładnie obejrzał mój rower, po czym usiadł przy stoliku obok i zaczął się mnie po włosku pytać. Skąd jestem, gdzie jadę i takie tam. Google translator daje radę, więc mogliśmy w miarę swobodnie porozmawiać. Miasteczko nazywa się Revere i prawdopodobnie dlatego wyglądało na opustoszałe, że 13:20, to raczej czas siesty.

Ruszyłem spowrotem na szlak. Podjąłem jeszcze dwie próby znalezienia jedzenia na trasie, niestety bezskuteczne. Jechałem więc przed siebie z przekonaniem, że jak dojadę do Ferrary, to na pewno tam będę mógł się najeść. Zastanawiałem się, dlaczego nie widzę praktycznie w ogóle nowego budownictwa? Same stare zabudowy typowo wiejskie z zabudowaniami gospodarczymi, jeśli gospodarstwo rolne było większe. Bardzo dużo opuszczonych budynków. Gdy zaś mijałem miasteczka, to były one malutkie. W każdym był kościół z wysoką dumnie sterczącą ponad pozostałymi budynkami dzwonnicą. Widać było jednak, że wszystko to miało wiele lat. Kościoły kilkaset lat, a pozostałe budynki na oko grubo ponad 100. Mijana infrastruktura wodna, czyli wszelkie śluzy, czy ujęcia wody były z XIX wieku. Najczęściej z 1815-18 roku, więc wywnioskowałem, że wówczas na tych terenach pobudowano te wszystkie elementy gospodarki wodnej. Nie było żadnych nowych, albo chociaż XX-wiecznych zabudów. Podejrzewam, że w środku urządzenia mogły być nowe, ale z zewnątrz zostało tak jak było. Zachowane w dobrym stanie, działające, ale stare. I to jest właśnie dla mnie ciekawe, bo Włochy są uznawane za kraj wysoko rozwinięty, należący do państw z grupy G8 a obecnie G7 – tych najbogatszych w Świecie. Tymczasem jadąc przez ten kraj wcale bym nie powiedział, że wygląda on na bardziej rozwinięty i nowoczesny niż Polska.

Od miejscowości Bondeno jechałem wzdłuż kanału, na którym widać było porozciągane siatki do połowu ryb. Szlak zmienił się w szutrowy, a w miarę zbliżania się do Ferrary, mijałem coraz więcej ludzi. Spacerujących, biegających, jeżdżących rowerami, czy po prostu, którzy przyjechali samochodami i zrobili sobie piknik nad kanałem. Kanał co chwilę był przecinany śluzami. Za jedną z takich śluz, stanąłem przy pompie z pitną wodą, by się nieco schłodzić i obmyć. Minął mnie rowerzysta na gravelu z rozchełstaną koszulką w kwiaty. Nieco dalej, ja go minąłem, a przed wjazdem do Ferrary znów on mnie wyprzedził. Nie było to trudne, bo ja miałem już ponad 100km w nogach i jechałem na oparach licząc na jedzenie lada moment. Gdy więc zobaczyłem McDonalda, nie zastanawiałem się długo, tylko skręciłem do niego. Zjadłem, wypiłem i mogłem ruszyć do hostelu już najedzony. Hostel był położony w centrum miasta. Nie mogłem zrazu znaleźć do niego wejścia, bo dojechałem jakby od jego tyłu. A że zobaczyłem obok „Charme Cafe”, to wstąpiłem wypić zimną colę zero i spytać o jedzenie. Sympatyczny barman powiedział, że nie mają teraz jedzenia, ale żebym wrócił tu później, to będzie promocja, że jak zamówię drinka, to dostanę kubańskie jedzenie gratis. Obiecałem, że wrócę jak się wykąpię i przebiorę.

W hostelu pokazali mi miejsce na parterze, gdzie mogłem zostawić rower. Były tam już dwa elektryczne rowery trekkingowe i gravel. Wziąłem więc sakwy i poszedłem do pokoju 8-osobowego, w którym miałem spędzić dzisiejszą noc. W pokoju były cztery piętrowe łóżka, szafki do zamknięcia swoich rzeczy. Tylko jedno łóżko było zajęte. Gdy zacząłem się rozpakowywać, zauważyłem, że na wieszaku obok zajętego łóżka wisiała kwiecista koszula, która mignęła mi dzisiaj dwa razy na trasie. Byłem już niemal pewny, że to gravelowiec, którego minąłem. Poszedłem się wykąpać. Gdy wróciłem gravelowiec był już w pokoju. Hej! Jestem Piotr! – A ja Fabian! No i tak się poznaliśmy. Zaproponowałem mojemu nowemu szwajcarskiemu koledze, że będę szedł coś zjeść i się napić do Charme Cafe tuż obok hostelu i może chce do mnie dołączyć? Jasne! Więc poszliśmy.

historyczny pokój w hostelu
historyczny pokój w hostelu

Ja wziąłem radlera, Fabian po prostu piwo i do tego dostaliśmy ryż z kurczakiem. Ten ryż był zrobiony na dwa sposoby, ale oba smakowały mi wyśmienicie. Usiedliśmy w ogródku, gdzie zaczęło się pojawiać coraz więcej ludzi a z głośników po bokach didżejki przystrojonej kubańską flagą sączyła się muzyka. Fabian jak się okazało, przyjechał tutaj ze Szwajcarii. Jest młodszym ode mnie sporo Chłopakiem, który postanowił zrobić sobie dłuższy urlop w pracy i wyruszyć w długą podróż rowerem. Okazało się, że częściowo nasze zaplanowane trasy się pokrywają. Obaj jedziemy bowiem do wschodniego wybrzeża Włoch i później wzdłuż wybrzeża na południe. Ja w pewnym momencie zaplanowałem odbicie na zachodnie wybrzeże do Neapolu i stamtąd do Rzymu z którego będę wracał samolotem do domu, a Fabian też będzie chciał zobaczyć Neapol, ale stamtąd chce pojechać do Palermo a może i dalej. Było to zaskakujące chyba dla nas obu, że przez następne kilka dni zmierzamy bardzo podobnie. W miarę rozmów, pojawiły się jednak różnice. Fabian nie planował robić dziennych tras 100, czy więcej kilometrów. Pokazałem mu więc, jaki plan ja zrobiłem i dlaczego. W międzyczasie przy trzecim piwie i kolejnej porcji ryżu z kurczakiem zauważyliśmy, że w ogródku i knajpce ludzi jest już niemały tłum. Muzyka zaczęła grać coraz głośniej, a DJ coraz żwawiej zagrzewał gości do tańca.

Spytałem Fabiana, czy ma zarezerwowany jakiś nocleg na jutro? Okazało się, że jeszcze nie. Zaczęliśmy więc pokazywać sobie, co ciekawego i gdzie znaleźliśmy. Początkowo Fabian optował za campingiem gdzieś na wybrzeżu. Ja celowałem dalej – w Ravennie. W pewnym momencie znalazłem na AirBnB mieszkanie – w pełni wyposażony apartament praktycznie w centrum miasta. Inne opcje były droższe i to o wiele. Nie było możliwości znalezienia taniego hostelu. Te mieszkanie z pralką i suszarką, co miało duże znaczenie, kosztowało 273,11 zł. Spytałem więc Fabiana wprost, czy zdecyduje się wziąć ze mną te mieszkanie razem? Wszak dopiero co się poznaliśmy. Fabian się zgodził, więc wziąłem się za zarezerwowanie tego mieszkania. I w tym momencie dwie dziewczyny ze stolika obok naszego podeszły do nas i zaproponowały nam taniec… Odpowiedziałem, że mam żonę, a poza tym właśnie robimy rezerwację, więc dziękujemy. One nalegały, więc ja obiecałem, że za chwilę, jak omówimy z Fabianem plan na jutro, zatańczę z nimi. Fabian chyba nie miał ochoty na taniec. Rezerwacja się udała, płatność przeszła, a Fabian od razu oddał mi połowę w gotówce – wyszło 32 EUR. To była jedna z najtańszych opcji i co ważne z możliwością wyprania rzeczy, co miało dla nas spore znaczenie. Rozmawialiśmy z Fabianem o naszych stylach jazdy rowerem. Fabian nie był przekonany do robienia dziennie ponad 100km. Zapewniałem go, że spokojnie da sobie radę, bo to moim zdaniem przekuwanie czasu na kilometry. Więc jeśli wyjedzie się wcześnie i będzie dbało o postoje na regenerację, posiłki na trasie i picie, nie będzie problemu, by przejechać ponad 100km dziennie i dotrzeć do miejsca docelowego przed zmierzchem. Nie był z początku przekonany, ale umówiliśmy się, że jutro spróbujemy, bo przecież do Ravenny do tego mieszkania nie musimy dotrzeć przed określoną godziną. Nie ma stresu.

Tymczasem na parkiecie ogródka Charme Cafe impreza się rozkręcała! Szczególnie duże wrażenie wywierał na mnie starszy dziadek, który bardzo ładnie i z gracją tańczył te latynoskie tańce z młodymi dzierlatkami. DJ, który jak się okazało, prowadził też kursy tańca latynoamerykańskiego, pokazywał swoje umiejętności i zagrzewał całe towarzystwo. Poczułem się jakbym był nie we Włoszech w Ferrara, a gdzieś w kubańskiej knajpce. Luźna atmosfera, przy barze gdy zamawiałem picie i jedzenie, byłem zagadywany o to skąd jestem, czy mi się podoba, czy czegoś mi nie trzeba? Sympatyczny barman, który zachęcił mnie do wizyty tutaj, lał mi od serca, a starszy gość z którym rozmawiałem, zaproponował oryginalny kubański rum. No jasne, że nie odmówiłem! Opowiedział mi swoją historię, że jest Włochem, który związał się z Kubanką. Wyglądał na Kubańczyka 🙂 Świetna atmosfera, że aż chciało się tutaj zostać jak najdłużej. No ale musiałem dotrzymać słowa, więc zaprosiłem po kolei nasze sąsiadki ze stolika obok do tańca. Nie jestem najlepszym tancerzem tańców latynoamerykańskich, ale ponoć nadrabiałem zaangażowaniem. Dość powiedzieć, że gdy schodziłem z parkietu, DJ mi bił brawo (na pewno nie za umiejętności taneczne, a za odwagę 🙂 ). Chwilę później zaczęły się tańce osobno w rzędach, a układ taneczny pokazywał nam DJ stojący na przedzie. Potańczyłem chwilę i wróciłem do Fabiana. W końcu udało się i jego wyciągnąć na parkiet. Bawiliśmy się świetnie, no ale jutro trzeba było wstać wcześnie, bo umówiliśmy się, że pójdziemy na śniadanie o 7 rano. Pożegnaliśmy się niemal ze wszystkimi i poszliśmy do pokoju.

A w pokoju okazało się, że oprócz nas jest tam jeszcze jedna osoba, która chrapała w najlepsze. Zmęczony zasnąłem niemal od razu. Trochę się krępowałem, że zacząłem chrapać w nocy, więc się przebudziłem. Chwilę nasłuchiwania jednak mnie uspokoiło. Chrapaliśmy wszyscy trzej. Tak więc nikt rano nie będzie miał prawa czynić wyrzutów pozostałym o chrapanie. Zasnąłem.

Dzisiaj przejechałem 108,5 kilometra z Mantua do Ferrary. Ślad GPX możecie pobrać ze Stravy, ale tak jak pisałem wcześniej są dwie części – do bagien i od bagien do końca, dlatego ślady są TUTAJ i tutaj.

A w kolejnej relacji ruszam z Fabianem do Ravenny, czyli dojeżdżam do wschodniego wybrzeża Włoch. No i dobrze, bo jednak te tereny które dzisiaj pokonałem rowerem nie były zbyt interesujące z perspektywy roweru. Wybrzeże jednak to zupełnie inna perspektywa i inne doznania. Ale o tym niebawem!

Piotr

Zostaw komentarz