Wstałem z budzikiem, Fabian też. Poranna toaleta i mogliśmy zejść na śniadanie na dole. Co ciekawe w hostelu na śniadaniu zobaczyłem większość osób starszych. Hostel kojarzy się jednak raczej z młodymi ludźmi – studentami, backpackerami. Śniadanie w formie szwedzkiego stołu, więc mogliśmy nałożyć sobie jedzenia wedle uznania. I to nie tylko kawę i croissanty, ale też tosty z dżemem i jogurty owocowe, bo musli z jogurtem mnie nie interesowały. Także kawy w opór, sok (a może raczej napój) pomarańczowy, a ja jeszcze kolagen na wytrzymałość kolan.
Najedzeni, spakowaliśmy się w pokoju. Jeszcze tylko trzeba było zapłacić podatek turystyczny w recepcji, bo to jest osobna opłata poza tym, co zapłaciliśmy online poprzez booking.com. Bagaże zapakowane na rowery, nawigacje ustawione, więc mogliśmy ruszyć. Najpierw pojechaliśmy nieco pozwiedzać Ferrarę, a że daleko nie było, to mogliśmy to spokojnie zrobić. Nie chcieliśmy spędzać tutaj zbyt dużo czasu, więc musiało nam wystarczyć przejechanie przez starą część miasta uliczkami, zobaczenie Piazza Ariostea, Via Palestro do Piazza Trento e Trieste przy którym obejrzeliśmy z zewnątrz Duomo di San Giorgio. Już prawie na wylocie z miasta przejeżdżaliśmy przez targ, więc próbowałem znaleźć ręcznik, który muszę już kupić, bo plaże blisko, ale niestety nic odpowiedniego nie znalazłem.








Później ruszyliśmy już w trasę. Ja na początku staram się jechać spokojnie, by rozruszać stawy i mięśnie i dopiero od 20-30 kilometra zwiększam tempo. Widziałem, że Fabian, który jechał o połowę lżejszym rowerem typu gravel, na którym miał duży wór podsiodłowy i wór na kierownicy, jechał za mną, ale nie było to jego naturalne tempo. Gdy więc wyjechaliśmy z miasta i po 20 kilometrach w jakiejś wiosce zatrzymałem się przy sklepiku, by kupić picie i coś do jedzenia, owoce, powiedziałem mu, że ja robię postoje średnio co godzinę, półtorej albo gdy widzę odpowiednie miejsce, czyli jakiś sklep, bar, restaurację, w zależności od tego, co potrzebuję. I jeśli moje tempo jest dla niego za małe, to przecież obaj mamy tę samą trasę wytyczoną i spotykamy się w tym samym miejscu w Ravennie, to nie musimy jechać razem. Dlatego, gdy skończyłem pić i jeść owoce, Fabian pojechał sam szybciej, a ja swoim tempem poturlałem się dalej już sam. Uważam, że tak było lepiej. A w razie, gdyby któremuś coś się stało, to mieliśmy do siebie kontakt i zawsze mogliśmy liczyć na swoją pomoc.
Dzisiaj nie było już wygodnej drogi po wale przeciwpowodziowym. Były to raczej mało uczęszczane drogi wiejskie, a czasami pojawiała się ścieżka rowerowa wzdłuż drogi. Było dzisiaj ciepło, ale niebo zachmurzone, więc można powiedzieć, że idealne warunki do jazdy rowerem. Oczywiście nieco parno, ale przynajmniej nie było mocnego wiatru w pysk. Jechałem głównie przez rozległe pola oprawne. Najwięcej było plantacji pomidorów na oko wyglądających na odmianę rzymską. Bardzo dużo rozmamłanych pomidorów leżało na asfalcie. Podejrzewam, że ciężarówki, którymi zebrane pomidory wieziono nie były odpowiednio zabezpieczone, a skrzynie były wyładowane po brzegi tymi owocami i na nierównej nawierzchni, a asfalt ten był wyjątkowo nierówny, dziurawy i ogólnie w kiepskim stanie, pomidory wypadały z ładunku. Oprócz tego były też arbuzy. Widziałem je na mijanych polach. Niekiedy można było dostrzec rozbite owoce. Środek wyglądał na dojrzały. Droga dłużyła mi się, bo nie była zbyt ciekawa. Ot – kilkanaście kilometrów prosto, później jakiś zakręt, najczęściej pod kątem prostym w prawo lub w lewo i znowu kilkanaście kilometrów prosto. Wysokie drzewa szpalerem ciągnące się wzdłuż drogi, a to po lewej, a to po prawej, czasem po obu stronach. Ale te drzewa nie dawały mi zbyt wiele wytchnienia od gorąca. Zresztą słońce nie prażyło bezpośrednio. Najczęściej było zachmurzone. Ale było duszno i gorąco. A ja jechałem. Zebrane pomidory po lewej i gotowe do zebrania pomidory po prawej. Przez kilkanaście kilometrów. A później zmiana. Niezbyt duży ruch samochodów. Najczęściej ciężarówki albo puste i wtedy mknące z ogromną prędkością, albo załadowane do granic wytrzymałości, wówczas nieco wolniej.




Dojeżdżałem do miasteczka Comacchio. Przejechałem mostem zwodzonym przez kanał, który doprowadzał wodę do czegoś, co nie byłem pewny, czy było jeziorem, czy zalewem. To było Valle do Fatibello. Jak się dowiedziałem później, to dolina, a może raczej laguna, która razem z większym zbiornikiem Valle di Comacchio tworzy jeden duży ekosystem laguny, delty rzeki Po, który jest rezerwatem naturalnym ptaków. Ponoć można tu spotkać nawet piękne flamingi. Mnie jednak nie było to dane. Było pochmurno i coraz bardziej wietrznie. A już z całą pewnością byłem głodny i w zasadzie przez ostatnie kilkadziesiąt kilometrów myślałem już tylko o tym, żeby się zatrzymać i zjeść coś ciepłego! Znalazłem takie miejsce w centrum miasteczka tuż nad kanałem. To miejsce, to Locanda la Comacina. Udało mi się znaleźć wolny stolik dla dwojga, bo reszta miejsc wraz ze stolikami na barce zacumowanej na kanale naprzeciw lokalu była zajęta. Zamówiłem picie i tortellini, bo nic innego ciekawego w krótkim menu nie znalazłem, a na owoce morza nie miałem ochoty. Tortellini nie wprawiły mnie w zachwyt i nie było tego jedzenia też zbyt wiele, pozostał mi więc mały niedosyt. Nagrałem krótką relację na media społeczne i zabrałem się w dalszą drogę. Tymczasem Fabian napisał mi, że jest już na plaży i poszedł trochę popływać. Zmotywowało mnie to do pokonania tych 6 kilometrów do plaży z nadzieją, że i mnie uda się przywitać z morzem. Tymczasem pogoda zaczynała się zmieniać w sposób, który coraz mniej mi się podobał. Wyobrażałem sobie, że jak w końcu dojadę do włoskiego wybrzeża, to przywita mnie pełne słońce, upał i ciepła woda w Morzu Śródziemnym. Tymczasem im bliżej mi było do plaży, tym bardziej wiało i tym więcej było chmur.






Zaobserwowałem jednak coś ciekawego. Wzdłuż kanałów porozmieszczane były, podobnie jak to widziałem wczoraj przed Ferrarą, domki rybaków. Były one podobne do siebie, ale mimo wszystko widać było, że robione według innych pomysłów. Domki te były pobudowane po obu stronach kanału. Każdy taki domek był wyposażony w wysięgnik, żuraw na którego końcu, mniej więcej na wysokości środka kanału, zawieszona była duża siatka zwisająca z żurawia na linie. Siatka rozpościerała się w kształt kwadratu. Czasem zamiast żurawia, były przeciągnięte liny pomiędzy słupami po obu stronach kanału na których te siatki do połowu były zamocowane. Widziałem kilka razy, jak ludzie przyjeżdżali do tych domków, robili tam grilla i spuszczali siatkę do wody, później rzucali w miejsce siatki zanętę, a gdy pojawiały się tam ryby, siatkę wyciągano, by złowić ryby. Zaciekawiło mnie to, bo nie spotkałem się z czymś takim w Polsce. Tutaj jednak widać było, że cieszy się to popularnością, bo tych domków rybackich było naprawdę sporo.


Dojechałem do Porto Garibaldi. Szlak poprowadził mnie wzdłuż kanału niemal do końca. Że jestem bardzo blisko morza, stwierdziłem nawet nie tyle na podstawie widoku morza, bo jeszcze nie było go widać, co mijając zacumowane wzdłuż kanału kutry rybackie. No i po zapachu. Zapach ryb był bardzo intensywny. Nie było się co dziwić, bo przecież między drogą którą jechałem a kutrami po prawej, załoganci kutrów krzątali się z sieciami, linami, pojemnikami i innymi atrybutami rzemiosła rybackiego. Pomyślałem, że może tutaj pójdę popływać w morzu? Ruszyłem więc wzdłuż promenady. Widać było, że to typowo turystyczna miejscowość. Co 50~100 metrów wejście do plaży opatrzone było innym szyldem, nazwą i kolorami parasoli na plaży. Niestety pogoda sprawiła, że prawie nikt się nie opalał ani nie odpoczywał na plaży. Było trochę turystów siedzących w barach, kawiarniach. Doszedłem więc do wniosku, że nie będę tracił przynajmniej pół godziny na siłę idąc się wykąpać, bo i tak nie da się wyschnąć w tych warunkach stosunkowo szybko. Ruszyłem spowrotem w kierunku kanału, by go przekroczyć i ruszyć dalej.


Okazało się, że mogę kanał przepłynąć małym promem za niewielką opłatą. Kanał nie był wielki. Miał może 50 metrów szerokości. Gdy już mieliśmy odbić od brzegu, zauważyłem że kanałem od strony morza wpływa kuter rybacki. Ilość ptactwa, głównie mew, jaka pływała blisko kutra była zastanawiająca. Doszedłem do wniosku, że tym, to chyba połów się udał, bo ptaki nie latały przy innych kutrach widocznie pustych. Gdy jeszcze zobaczyłem uśmiechnięte twarze załogantów kutra Dumbo z dumnie podniesionymi brodami, chętnie machających do mijanych ludzi, byłem już pewny, że tym, to na pewno połów się dzisiaj opłacił!
Po przepłynięciu promem kanału, znalazłem kilka sklepów z typowym badziewiem dla turystów. Dla mnie najważniejsze było, czy mają ręczniki z mikrofibry? Mieli. Wybrałem więc lekki, ale duży ręcznik za niewielkie pieniądze i cieszyłem się, że wreszcie będę mógł normalnie zacząć funkcjonować. Dalsza droga do Ravenny nie była szczególnie spektakularna. Wiało bardzo i przez spore zachmurzenie robiło się coraz ciemniej. Dlatego skupiłem się na tym, by jak najszybciej dojechać do celu.


Gdy minąłem tablicę informującą mnie, że wjeżdżam do Ravenny, dostrzegłem spore fabryki, jakiś zakład energetyczny, czy elektrociepłownię. Kluczyłem ulicami miasta omijając spore korki – w takich sytuacjach rower ma niewątpliwe zalety. Gdy miałem już raptem 15 minut do celu, odezwał się Fabian informując mnie, że właśnie dojechał do celu i że na mnie poczeka. W końcu trafiłem pod wskazany w AirBnB adres. Powitał mnie młodszy ode mnie dobrze mówiący po angielsku Włoch – Marco. Pokazał nam, gdzie możemy schować rowery – w takim zamykanym na klucz garażu pod domem. Pokazał mi, gdzie mogę umyć swój rower – bo już dość brudny i chciałem to zrobić, gdy tylko się rozpakujemy w mieszkaniu. Mieszkanie było na pierwszym piętrze. Wyglądało lepiej niż na zdjęciach. Wybrałem sobie łóżko jednoosobowe a duże małżeńskie odstępując Fabianowi. Marco pokazał nam wszystko w mieszkaniu, gdzie jest i jak włączyć, po czym obiecał podesłać nam informacje, gdzie warto pójść dzisiaj na kolacje i się ulotnił. Umyłem rower, po czym nastawiliśmy pranie i po kąpieli i przebraniu się poszliśmy na miasto.
Wyszło nam, że lepiej jeśli najpierw pójdziemy do sklepu, bo sklepy będą zamknięte, gdy będziemy już po kolacji, a chcieliśmy zrobić zakupy na śniadanie i jutro. Szybkie zakupy, bo gdy byliśmy przy kasie, to sklep już był zamykany. Ze sklepu ustawiłem w telefonie nawigację, żeby poprowadziła nas do jednego z poleconych przez Marco miejsc. Co jakiś czas wyciągałem z kieszeni spodni telefon i sprawdzałem, czy dobrze idziemy, po czym chowałem telefon do kieszeni. I wówczas nie zorientowałem się, że popełniam błąd. Nie miałem bowiem ze sobą żadnej torebki, nerki, sakiewki – słowem nic takiego, do czego można schować pieniądze, kartę i klucze. Jak istotne jest odseparowanie takich rzeczy od kieszeni z której co chwilę wyciąga się telefon w silikonowym etui, przekonałem się później.
Pierwsze miejsce okazało się być pełne gości – nie było dla nas miejsca. Trafiliśmy do La Taverna del Molino. Miejsce ładne, klimatyczne, ale gospodarze nie zachowywali się, jakby cieszyli, że ich odwiedziliśmy. Być może przez to, że obaj szliśmy z dość dużymi torbami zakupów z logo Conad. Wypytali się, co chcemy zjeść, jak zapłacić. Generalnie wzięli nas chyba za jakichś gołodupców, których nie stać na taki „ekskluzywny lokal”. Na szczęście posadzili nas przy stoliku dla dwóch. Zamówiliśmy po piwie i po zapoznaniu z niezbyt dużą kartą, wybraliśmy jedzenie. Ponieważ już na wejściu uderzył mnie mocny zapach trufli, to jak zobaczyłem pozycję z truflami, byłem mocno zainteresowany. Gdy jednak spytałem, co to takiego te „passatelli asciutti”, bo google translate nie dało sobie z tym rady, to Pan dość pokrętnie tłumaczył coś o jakichś kluskach. Stwierdziłem, że zaryzykuję. Nie pamiętam, co wziął Fabian. Dostaliśmy do piwa jakieś „gryzaczki” i zadowoleni zaczęliśmy pić piwo i radlera. Fajnie nam się gadało obmyślając plan na jutro i kolejne dni. Wjechało jedzenie. Było przepyszne! Ja wreszcie dostałem coś, co przypominało Spatzle, czyli kluski lane, ale w wersji włoskiej. Pyszny sos, intensywny w smaku, no i trufle! Całe płatki trufli – bardzo intensywne.



Uzgodniliśmy z Fabianem, że ponieważ na jutro zapowiadane są opady deszczu wieczorem, a kolejnego dnia praktycznie przez cały dzień będzie deszcz w rejonie Pesaro i okolicach, a właściwie ogromna ulewa, to dobrze by było znaleźć nocleg pod dachem i przeczekać jeden dzień ulewy. Idąc tym tropem, szukaliśmy odpowiedniego, taniego miejsca, najlepiej ze śniadaniem w cenie. Nasz wybór padł na Hotel Flying w centrum Pesaro – tuż przy plaży. Było tanio, ze śniadaniem i możliwe do zarezerwowania na dwie noce. Idealnie! Za nas dwóch wyszło 156 EUR, czyli 39 EUR za osobę za noc ze śniadaniem – doskonale! Zadowoleni, że udało się nam znaleźć rozwiązanie na kolejne dwie noce, poprosiliśmy o rachunek. I wtedy zbladłem. Okazało się, że trzymanie w jednej kieszeni karty płatniczej ZEN z telefonem w silikonowym etui, to jednak nie był najlepszy pomysł. Nerwowo szukałem po kieszeniach, pod stolikiem, w torbie z zakupami karty. Niestety okazało się, że jej nie ma. Zapłaciłem ZENem w telefonie, ale przejąłem się zgubieniem karty. Zanim więc wyszliśmy, zablokowałem kartę w aplikacji i ustawiłem wirtualną jako domyślną. Poszliśmy do naszego mieszkania częściowo po naszych śladach wypatrując zgubionej karty. Niestety nic…
Po powrocie do apartamentu, musieliśmy puścić jeszcze raz program suszenia naszych wypranych i raz wysuszonych rzeczy, bo okazało się, że jeden cykl suszenia nie wystarczył. Sprawdziłem w ZEN, co dalej i okazało się, że generalnie, to nie ma się czym przejmować, bo oprócz fizycznej karty, mam jeszcze wirtualną, którą mogę się posługiwać z telefonu. Oczywiście miałem jeszcze fizyczną kartę Revoluta – na wszelki wypadek, ale generalnie okazało się, że obecnie rzadko trafiają się sytuacje, w których fizyczna karta jest niezbędna, żeby wykonać płatność. Jeśli już można zapłacić kartą, to niemal zawsze można zapłacić zbliżeniowo. Później jeszcze się okazało, że niepotrzebnie się przejąłem zgubieniem karty, bo gdy tylko będę chciał, mogę zlecić wyrobienie nowej i wysyłkę i to prawdopodobnie bez opłat w ramach planu PRO który mam w ZEN. No ale to pierwsza sytuacja, w której zgubiłem kartę i dlatego tak się przejąłem.
Tego dnia przejechaliśmy ponad 111 kilometrów. Przewyższeń tyle co nic, czyli ledwie 120 metrów. A jeśli chcecie zobaczyć, czy pobrać trasę, którą przebyłem z Ferrary do Ravenny, to możecie to zrobić na Stravie TUTAJ
Tymczasem dzisiaj dziękuję Wam za przeczytanie mojej historii i zapraszam na kolejną już niebawem.
Piotr



