#8 i 9 Ravenna – Pesaro

Dzień 8

Dzisiaj zaplanowaliśmy z Fabianem najważniejsze zadanie – dojechać przed ulewą do hotelu Flying w Pesaro. Od rana sprawdzaliśmy prognozy pogody i nic się nie zmieniało. Będzie lało. Zacznie dzisiaj, ale apogeum będzie jutro, gdy burze i ulewy uniemożliwią normalną jazdę rowerami. Niestety. Gdy wczoraj wieczorem szukaliśmy noclegu na trasie, nic sensownego tuż za Pesaro nie znaleźliśmy. I właśnie dlatego dzisiaj mieliśmy do pokonania niespełna 100 kilometrów.

Ponieważ jednak nie dawało mi spokoju zgubienie karty płatniczej ZEN, Fabian ruszył w drogę, a ja popędziłem najpierw do sklepu Conad, w którym zapłaciłem tą kartą. Liczyłem na to, że może jakimś cudem, karta wypadła mi jeszcze w sklepie i ktoś ją tam zostawił. Na miejscu w sklepie Pani kierownik pokazała mi pokaźny plik kart płatniczych, ale niestety mojej karty tam nie było. Pojechałem kawałek drogą, którą przebyliśmy do tawerny, ale szybko stwierdziłem, że to kompletna strata czasu szukanie tej karty w ten sposób. Karta była zablokowana i usunięta, więc ryzyka, że ktoś się nią posłuży nie było. Pokręciłem się więc trochę po Ravennie i ruszyłem na południe do Pesaro.

Za miejscowością Classe, trasa, jaką wytyczyłem w Komoot powiodła mnie przez park. Ogromny teren, ogrodzony, do którego wjazd mieli tylko rowerzyści i piesi. Szutrowe ścieżki, ławeczki i całe mnóstwo roślinności. Bardzo przyjemnie. Gdyby był upał, cieszyłbym się jak dziecko. Ale dzisiaj nie było upału, więc po głowie chodziło mi, że gdybym jechał asfaltem, jechałbym szybciej, a tak – szutrem jadę o wiele wolniej. Jednak nie śpieszyłem się. Miałem tylko 100 kilometrów do pokonania, a hotel miał tą zaletę w porównaniu do innych miejsc noclegowych, że mogłem przyjechać o jakiejkolwiek porze bez ryzyka, że pocałuję klamkę. Cieszyłem się drogą i brakiem presji czasowej. W parku, gdy usiadłem na chwilę na drugie śniadanie, minęło mnie dwóch rowerzystów o słowiańskich rysach. Spotkałem ich, gdy już wyjechałem z parku, jak zastanawiali się, sprawdzając w nawigacji, czy mają przejechać kładkę, czy trzeba jakoś inaczej jechać. Zagadałem do nich. Okazało się, że to dwóch Czechów. Więc gdy tylko się zorientowaliśmy, że nie musimy gadać po angielsku, przeszliśmy na swoje języki. Jadą z Czech rowerami, a ich celem jest Rimini. Kawał drogi przejechali!

Dojechałem do Cervia. Urokliwa nadmorska miejscowość. Wreszcie poczułem się jak na wakacjach. Morska bryza, duża wilgotność powietrza. Ciepło, choć słońce wciąż z uporem schowane za chmurami. Sporo ludzi chodzących nieśpiesznie promenadą, czy wzdłuż portu koło którego przejeżdżałem, co rusz restauracje, kawiarnie. Wczoraj kąpanie się nie miało sensu ze względu na pogodę i presję czasową, ale dzisiaj… Dzisiaj los mi sprzyjał. Postanowiłem, że gdy tylko znajdę odpowiednie miejsce, żeby się zatrzymać na plaży, zrobię to i w końcu popływam w morzu! Gdy więc wyjechałem z miasteczka i moja trasa biegła wzdłuż plaż, szukałem odpowiedniego miejsca.

Nie było to jednak łatwe znaleźć takie miejsce i to pomimo tego, że przez kilka a może nawet kilkanaście kilometrów mijałem ciąg różnych „bagno”, nie wiem jak to nazwać, może kąpielisko, więc przyjmijmy „oddzielnych plaż”. Chodzi o to, że z drogi wzdłuż piaszczystej plaży można wejść na ogrodzony teren na którym najczęściej jest jakiś budynek z restauracją, barem, są przebieralnie, prysznice, a później bliżej morza są leżaki i parasole. Każde takie miejsce ma swoją nazwę i stara się wyróżnić czymś od pozostałych. Jedne są większe, inne mniejsze. Jedne mają dodatkowe atrakcje typu baseny, zjeżdżalnie dla dzieci, jakieś boiska, tory do gry w bule itp. Ja szukałem miejsca, w którym mógłbym schować przed wzrokiem ludzi idących tą ulicą, jadących czymkolwiek – rowerami, skuterami, samochodami, mój rower z dobytkiem. Nie chciałem ryzykować, że pójdę popływać, a jak wrócę, roweru, albo czegoś na nim już nie będzie, bo ktoś ukradł. Słyszałem o takich kradzieżach we Włoszech i dlatego byłem ostrożny. Gdy w końcu znalazłem miejsce, w którym mogłem schować rower za żywopłotem, ucieszyłem się. Zaparkowałem rower i poszedłem do restauracji spytać, czy mogę tutaj zostać popływać i czy bezpiecznie będzie jeśli zostawię tutaj rower? W dwóch wcześniejszych miejscach nie czułem się bezpiecznie w kwestii roweru, albo usłyszałem, że to prywatna plaża tylko dla gości hotelowych. Na szczęście „Sette Nove” mnie ugościło. Właściciel i chłopak który mu pomagał, powiedzieli, że nie ma problemu, niestety nie mają teraz jedzenia, bo kuchnia ruszy dopiero po 16, ale picie z lodówki jest, rower będzie bezpieczny i żebym cieszył się plażą. Wspaniale!

Przebrałem się w przebieralni w kąpielówki, wziąłem mój nowy ręcznik i poszedłem „przywitać się z morzem” 🙂 Woda w temperaturze idealnej! To uczucie, gdy na coś długo czekasz i wreszcie możesz tego doświadczyć jest absolutnie nie do podrobienia! Dojechałem do Morza Śródziemnego i mogłem w nim popływać, ponurkować, cieszyć się tym. Cudownie. Położyłem się na ręczniku, bardziej żeby wyschnąć niż się opalać, bo słońce wciąż schowane, ale i tak morda mi się śmiała. Ciepło. Można odpocząć. W pewnym momencie się obudziłem… Na szczęście okazało się, że zdrzemnąłem się tylko na 15 minut. Wypiłem kawkę i colę zero, poprawiłem jeszcze moim nowym ulubionym włoskim napojem „soda lemon”, który z lodówki smakuje wybitnie, pogadałem chwilę z chłopakiem z „Sette Nove”, że to już właściwie koniec sezonu i dlatego coraz więcej tych „prywatnych oddzielnych plaż” już jest zamknięta i mogłem iść się przebrać, żeby ruszyć dalej.

Przyjemnie się jedzie wzdłuż wybrzeża. Jest co oglądać, można powdychać jod, coś się dzieje dookoła, a nie jak w ostatnich dniach tylko pola i pola, jakieś wsie i generalnie monotonia. Minąłem Cesenatico, Bellaria Igea-Marina, Viserba aż wjechałem do Rimini. Jadąc przez tę miejscowość zastanawiałem się nad tym, co właściwie przyciąga tutaj turystów? No bo Rimini, to miejsce, które nie tylko Włochom kojarzy się z wakacjami, plażą i morzem. Jeśli ktoś się wybiera do Włoch na wakacje na plaży z zagranicy, to także Rimini będzie najczęstszym wyborem. Pamiętam, że będąc nastolatkiem byliśmy tu z moimi Rodzicami i Siostrą. Jednak gdy tędy jechałem, wszystko wyglądało obco – inaczej niż to zapamiętałem. Dopiero gdy usiadłem na lody w mijanej kawiarence dotarło do mnie, że przecież myśmy mieli być w Rimini, ale ostatecznie spędziliśmy wakacje w Misano Adriatico. Czyli nieco dalej. To było początkiem lat dziewięćdziesiątych. Przyjechaliśmy tutaj wycieczką młodzieży z rodzicami autobusem firmy Jelcz z Rzeszowa. Z tego co pamiętam, to mieliśmy mieć noclegi w Rimini właśnie, ale coś poszło źle i się okazało na miejscu, że nie ma dla nas miejsca. Udało się nas jednak ulokować w Misano Adriatico w dość dużym budynku prowadzonym przez siostry zakonne. Budynek ten był tuż przy plaży. Pamiętam, że z okien pokoju, w którym spaliśmy widać było chodnik i główną dwupasmową ulicę wzdłuż plaży po której wieczorami zwłaszcza gdy próbowaliśmy zasnąć, jeździły skutery, samochody z głośną muzyką. Ogólnie, jak to we Włoszech w takich miejscach, wieczorami kwitło życie nocne i po całych dniach upałów, ludzie wychodzili z domów spotkać się ze znajomymi i poimprezować. Minęło jednak jakieś trzydzieści lat. Zamiast dwupasmowej drogi, teraz jest ścieżka rowerowa i jeden pas jednokierunkowej drogi po której rzadko ktoś jedzie. Budynki wyglądają inaczej. Dużo się zmieniło, a ja nie poznawałem już otoczenia zestawiając je z tym co pamiętam z lat szczenięcych.
Chciałem się na chwilę zatrzymać w tym miejscu sentymentalnym dla mnie, więc stanąłem na lody w „Gelateria Creperia Dolomiti„. Pistacjowe. Pyszne! Ale sposób ich podania bardzo mi się spodobał. Rodzinna lodziarnia. Myślę, że obsługiwała mnie Mama z Synem. Jak będziecie w Rimini – sprawdźcie lody w tym miejscu, bo warto.

Lody z Gelateria Creperia Dolomiti
Lody z Gelateria Creperia Dolomiti

Zobaczyłem na zakręcie coś wyglądającego jak bar z dużym szyldem „Piadineria I Love Piadina„. Postanowiłem się zatrzymać, odpocząć nieco, napić a może i zjeść? To był dobry pomysł. Piadine jadłem pierwszy raz w życiu. Tutaj na miejscu wyrabiają placki pomiędzy które wsadzają to co sobie wybierzesz. Ja wybrałem salami i ser. Gdy placki się wypieką, pomiędzy dwa wsadzany jest farsz, po czym placki są składane i cięte na kawałki. Jakie to było smaczne! Pyszne! Szkoda, że w Polsce nie ma czegoś takiego, bo bym z pewnością czasami sobie coś takiego jadł…

Jak okiem jednak sięgnąć, odnosiłem wrażenie, że sezon już się skończył. Sporo pozamykanych sklepów, restauracji, kawiarni. Ludzi też mało. Nie było to miejsce tętniące życiem, pełne zgiełku turystów. Za to przyjemnie się jechało rowerem przez te na wpół wymarłe turystyczne miejsca. Aż dojechałem do Pesaro. Zatrzymałem się dosłownie na chwilę na Piazza del Popolo i dojechałem do hotelu Flying. Fabian czekał tam na mnie. Recepcjonista nie był zbyt pomocny, odniosłem wrażenie, że brakowało mu kompetencji. Uparłem się, że chcę gdzieś na terenie hotelu schować rowery a nie przypinać je na zewnątrz. Dopiero po 20 minutach po konsultacji z właścicielem, recepcjonista zgodził się, byśmy schowali nasze rowery w garażu podziemnym hotelu na te dwie noce. Pokój wyglądał całkiem w porządku, łazienka też, za to widok z balkonu bardzo mi się spodobał! Bo hotel stał tuż przy plaży. Szkoda tylko, że pogoda miała nam uniemożliwić skorzystanie z niej…

Na kolację poszliśmy naprzeciw hotelu do restauracji L’Artista. Raz, że blisko, a dwa, że Recepcjonista powiedział nam, że mają dobre jedzenie i rabat dla gości hotelu (jeśli się o tym wspomni obsłudze restauracji). Zamówiliśmy sobie po piwie Birra Moretti i czekaliśmy na zamówione jedzenie rozmawiając. Co ciekawe, we Włoszech duże piwo butelkowe występuje nie tylko w 0,5 litrowych butelkach, ale jak właśnie wspomniane piwo, w butelkach 0,66 litra. Nie spotkałem się w innych krajach Europy z taką pojemnością butelek. No ale przecież to logiczne! Małe piwo 0,33l a duże powinno być właśnie 0,66l, czyż nie?
Fabian zamówił Spaghetti alle Vongole (czyli z takimi małymi muszlami), a ja wziąłem Tagliatelle al Ragu, czyli z sosem bolońskim. Bardzo to było smaczne! Makaron idealnie zrobiony, porcje akuratne. Byliśmy zadowoleni. Nie chciało nam się już nigdzie chodzić, nawet pomimo tego, że widzieliśmy przygotowania do jakiegoś koncertu tuż obok naszego hotelu. W pokoju położyliśmy się w łóżkach i sprawdzaliśmy w telefonach, co tam słychać w Świecie. Miałem założone słuchawki wygłuszające, dlatego dopiero gdy je ściągnąłem usłyszałem ten koncert obok hotelu… Było już po 23, a impreza wcale nie wyglądała jakby miała się za moment skończyć. Mimo tego byłem tak zmęczony, że niebawem zasnąłem.

Tego dnia przejechaliśmy ponad 97 kilometrów i ślad naszej trasy możecie sobie sprawdzić na Stravie TUTAJ

Dzień 9

Obudziliśmy się nieco później niż wczoraj, ale nie miało to znaczenia, bo za oknem widać było, że pada deszcz. Poszedłem na śniadanie, bo Fabian jeszcze nie wstał. Miałem widok na „bagno”, czyli plażę hotelową z poskładanymi parasolami. Wszystkie leżaki były schowane. Na maszcie przed plażą smutno powiewała zmoknięta jak pies flaga Ferrari. Fabian dołączył do mnie i jedząc śniadanie, zastanawialiśmy się, co by tu począć z tym mokrym dniem? Doszliśmy do wniosku, że poczekamy, jak deszcz nieco zelżeje i wtedy spróbujemy się ruszyć i zobaczyć, co Pesaro w sobie kryje? Tymczasem ulewa to się wzmagała, to nieco odpuszczała, wiatr wiał dość mocno i generalnie przez okno nie było widać zbyt wielu ludzi chodzących na zewnątrz w taką pogodę. Po jakimś czasie jednak doszliśmy do wniosku, że ubierzemy się w przeciwdeszczowe ubrania i pójdziemy chociaż do sklepu na małe zakupy.

Tuż obok hotelu, gdzie wczoraj był koncert jest okrągły plac Piazzale Gabriele D’Annunzio, a na nim od strony hotelu Flying jest pomnik w kształcie kasku motocyklowego upamiętniający legendarnego motocyklistę Valentino Rossi. Zobaczyliśmy sporo straganów ustawionych wzdłuż ulicy, więc poszliśmy przed siebie oglądając, co mają do zaoferowania. W większości byli to lokalni wytwórcy rękodzieła, wyrobów regionalnych, słodycze, wędliny, wina – słowem jarmark. Nie wiedzieliśmy z jakiej to jest okazji. Doszliśmy do ciekawej kulistej rzeźby, która nazywa się „Sfera Grande di A. Pomidoro”. W deszczu wyglądała średnio, ale podejrzewam, że w słoneczny dzień, robi wrażenie. Kręciliśmy się na „czuja” i trafiliśmy w to samo miejsce, w którym byłem wczoraj, czyli Piazza Del Popolo na którym też jest pomnik-instalacja artystyczna w kształcie kuli nazywana „Biosfera”. Kula ta wyświetla różne animacje, napisy, które wciąż się zmieniają.
Schowaliśmy się przed kolejną falą ulewy w cukierni na lodach. To ciekawe, bo w każdym miejscu we Włoszech, nawet zupełnie przypadkowym i wcale nie wyglądającym na superpopularne, lody smakują równie dobrze, jak najlepsze lody w Polsce, albo nawet lepiej! Uwielbiam lody pistacjowe i najczęściej właśnie takie zamawiam i uwierzcie mi – we Włoszech każde lody pistacjowe smakują doskonale! Lepiej niż w Polsce. Nie wiem, na czym polega ich sekret, ale to doprawdy zastanawiające…

Nie będę Was zanudzał zakupami, obiadem niezbyt udanym w restauracji Famila, zwłaszcza, że już jej nie ma, bo zmieniła właściciela i nazwę, a makaron był tak niedorobiony, że zjadłem, ale z uczuciem rozczarowania. A poza tym przez resztę dnia lało jak z cebra i liczyliśmy na to, że jutro już będzie sucho i słonecznie. Prognozy najczęściej to potwierdzały, ale to co widzieliśmy za oknem wprowadzało niepokój. Zregenerowaliśmy się z pewnością i umówiliśmy, że jutro będziemy chcieli dojechać do Campingu Bellamare za Anconą, bo dalej nie widzieliśmy w rozsądnej odległości sensownych pól namiotowych. Przemyślałem sprawę dalszej mojej trasy i wiedziałem, że gdzieś w rejonie Pescara będę chciał skręcić, by dostać się do Neapolu. Fabian zaś planował pojechać jeszcze nieco na południe i również skręcić na Zachód, ale celować nie tylko w Neapol, a dalej aż do Palermo!

Ale o tym wszystkim dowiecie się z kolejnych relacji. Tymczasem dzisiaj już dziękuję za Waszą uwagę i zapraszam niebawem!

Piotr

Zostaw komentarz