Bienvenido a Puerto Rico

Lecimy do Portoryko z lotniska JFK. Samolot staruje o 10:15, więc normalnie dwie godziny wcześniej trzeba być na lotnisku już by zrobić odprawę i kontrolę. Ale dostaliśmy maila że jest bardzo duży ruch i sugerują być nam lotnisku 3h wcześniej. Dlatego z domu wyszliśmy o 5:30 i pojechaliśmy metro i kolejką nadziemną na lotnisko. 2h zajęło nam dostanie się do JFK Airport. Sądziłem, że czasu mamy tak dużo, że zdążę jeszcze spokojnie coś kupić na bezcłowej strefie, zjeść śniadanie i wypić kawę! Jakże się myliłem! Check-in zrobiliśmy w jednym z takich terminali JetBlue ( bo właśnie tymi liniami lecimy). Szybko i sprawnie, bo wzięliśmy ze sobą wyłącznie bagaż podręczny (walizka kabinowa) i osobisty (czyli torba lub plecak). I wtedy musieliśmy stanąć w ogromnej kolejce do kontroli. Długo trwało zanim mogliśmy wreszcie powsadzac do kuwet naszą elektronikę, ściągnąć buty, pasek od spodni zegarek, buty, wyjąć osobno drona, laptop i powerbanki. Wtedy dopiero pojedynczo stajemy w takiej kabinie-skanerze, w którym na podany sygnał trzeba podnieść ręce i je opuścić. Wszystko zrobiłem jak trzeba, ale coś się nie spodobało kontrolującemu mnie ciemnoskóremu strażnikowi…

Dość głośno całą serią słów wystrzeliwanych niczym z karabinu maszynowego dał mi do zrozumienia, że coś jest nie tak. Odparłem, że nie zrozumiałem? Wolniej zaczął coś o podnoszeniu i opuszczaniu rąk. Odpowiedziałem że zrobiłem tak jak pokazywały sygnały w kabinie! Chłop założył nowe rękawiczki gumowe na ręce i kazał mi stanąć naprzeciw niego i rozłożyć ręce. Stwierdziłem że wykłócanie się o to co zrobiłem, a czego nie, nie ma sensu. On „ma tu władzę”. Powiem Wam, że to ciekawe wrażenie gdy obcy mężczyzna zewnętrzną stroną dłoni przeczesuje wszystkie zakamarki krocza, całe nogi, plecy, brzuch. Z Żoną się tak nie zabawiamy, ale kto wie? Może conieco zmienimy dla złamania rutyny? Dość powiedzieć że już kilka takich sprawdzeń w swoim życiu przeszedłem, ale tak wnikliwej i „dogłębnej” kontroli jeszcze nie miałem. Wręcz trochę się czułem w pewnym momencie skrępowany, gdy zobaczyłem rozdziawione usta Grażyny patrzącej na mnie i kolesia macającego mnie po jajach w kuckach przede mną tak przy wszystkich na lotnisku… „Thank you” powiedział mi gdy skończył. Odpowiedziałem mu jeszcze głośniej „thank YOU!” z akcentem na YOU i z uśmiechem od ucha do ucha. Mam nadzieję że odebrało mu to choć trochę satysfakcji i poczucia władzy nade mną. Żenujące.

Gdy ruszyliśmy do terminala numer 30 gdzie już powinien trwać boarding, wiedzieliśmy że nie mamy czasu na spokojne śniadanie, kawę i zakupy w bezcłowym. Śpiesznym krokiem mijaliśmy kolejne sklepy i bary by nie spóźnić się na boarding. W pośpiechu kupiłem jakiś dwa ciastka i napój, żeby cokolwiek w ramach śniadania zjeść. Kawy nie mieli w pobliżu a nie mogłem już się wracać, bo daleko. Ostatecznie okazało się, że boarding opóźniony tak jak i sam samolot. Lot całkiem spoko, na pokładzie niemal sami Portorykańczycy poprzetykani gdzieniegdzie turystami z USA i my – czteroosobowa ekipa szeleszcząca między sobą po polsku. Samolot gwałtownie zniżał swój lot przed celem naszej podróży przechylając się to w tą, to w tamtą, by znów gwałtownie opaść kilkadziesiąt kolejnych metrów. Nerwowe to było bardzo, a na koniec z głośnym plaśnięciem i ponownym drugim plaśnięciem (bo odbiliśmy się od płyty lotniska jak piłka tenisowa) po hantlach i można było uznać że wylądowaliśmy. Rozległy się gromkie nietrwające długo brawa! Zupełnie jak u nas. Ja też biłem brawo, że jednak udało się pilotowi za pierwszym razem posadzić maszynę, bo nerwowe to było podejście do lądowania bardzo.
Dość długo czekaliśmy w autobusie po wyjściu z samolotu, aż załadują dwoje niepełnosprawnych na wózkach, a tymczasem mieliśmy umówionego kierowcę z autem które wypożyczyliśmy czekającego na nas już ponad godzinę. Dlatego cieszyliśmy się, że nie będziemy musieli czekać na bagaże, tylko od razu do wyjścia i dzwonimy do kierowcy, że jesteśmy i czekamy. I teraz pokażę Wam jakie podejście mają Latynosi i jak bardzo to się różni w stosunku do Europejczyków.

Na etapie przygotowań do wyjazdu do USA i Portoryko, wiedzieliśmy, że chcąc możliwie dużo zobaczyć na wyspie i na dwóch wyspach podległych Portoryko, to będzie nam potrzebny samochód. Transport publiczny jest tutaj słaby, więc wszyscy polecają wypożyczyć samochód. To prawda! Szukaliśmy w wypożyczalniach, ale po lockdownie i pandemii nie tylko ceny biletów lotniczych poszły mocno w górę! Ceny wypożyczenia samochodów również! Pati robiąc przygotowania, zapisała się do grup na Facebooku z informacjami o turystyce w Portoryko i stąd dowiedziała się, że jest firma carsharingowa lokalna, w której można wynająć auta nieco taniej niż w wypożyczalni i cała kasa trafia do mieszkańców Portoryko, którzy w tym biorą udział, a nie do międzynarodowych firm z oddziałami w każdym kraju. Aqui Coqui nazywa się to przedsięwzięcie. Rezerwowaliśmy auto w styczniu. Założyłem konto, wybrałem auto, termin, miejsce gdzie chcę auto odebrać, oraz gdzie chcę auto oddać. Wyszła jakaś kwota i okazało się, że chcąc mieć pełne ubezpieczenie samochodu, najlepiej mieć kartę kredytową, a już w ogóle amerykańska karta kredytowa ma w sobie ubezpieczenie i to jest najlepsze rozwiązanie. Dlatego podałem dane amerykańskiej karty kredytowejGrażyny, ale nie przeszło, bo konto moje, płatnik inny, więc musiała Teścióweczka założyć swoje konto itd. Rezerwacja zrobiona, kasa zapłacona, super! Mija trochę czasu. Do naszego wylotu do USA zostało dwa tygodnie, a tu nie mamy nadal potwierdzenia że ta rezerwacja auta to jest na pewno zaklepana. Jedynie co mamy, to pewność że kasa do nich poszła. W natłoku wszystkiego, przed wylotem do USA wysyłamy pytania o rezerwację. Dostajemy informację, że najpóźniej 48h przed terminem odbioru auta, oni się odezwą. Żeby być pewnymi że nie ma pomyłki w terminach (co się zdarza) chcemy sprawdzić tę rezerwację. Okazuje się że przez te kilka miesięcy Aqui Coqui zmieniło swoją stronę i już nie mamy możliwość zalogować się do panelu by cokolwiek sprawdzić. Na mailu zaś nie mamy z ich strony potwierdzenia że rezerwacja zaakceptowana, że kasę otrzymali itd. Dzień przed wylotem do Portoryko w nocy drukujemy jakieś dokumenty które nam wysłali w końcu (z błędem, bo to ja jestem kierowcą, a Grażyna wyłącznie płatnikiem i to musi być wpisane ze względu na warunki ubezpieczenia w jej karcie kredytowej). Oni na wszystkie nasze nerwowe pytania reagują zdziwieniem, że to ma dla nas znaczenie, „wszystko będzie dobrze, nie martwcie się, do jutra” Hasta Mañana. Ostatecznie koło 23 przed wylotem do Portoryko klepnęliśmy z Grażyną to co nam podesłali mailem niby poprawione i poszliśmy spać. I teraz wracamy historią do lotniska w San Juan już w Portoryko gdzie czekamy na kierowcę…

Wychodzimy przed budynek i uderza nas gorące wilgotne powietrze. 34 stopnie w cieniu. To w słońcu nie chcę nawet wiedzieć ile jest! Widzimy postój taksówek i gdzie iść do wypożyczalni samochodów. Dzwonimy i piszemy do naszego kierowcy pytanie, gdzie mamy się spotkać? W końcu dostajemy odpowiedź zdjęcie ze strzałką. Idziemy tam. Czekamy. W końcu po jakiś dwudziestu minutach zajeżdża nasza szara strzała! Młoda dziewczyna za kierownicą. Wysiadła I zaczęła trajkotać: to wasze auto, niestety klucz jest zepsuty i zamek centralny nie działa, to znaczy działa, ale nie da się go otworzyć kluczem, tylko musisz otworzyć auto kluczem i wtedy dopiero da się otworzyć resztę drzwi, czyli otwierają się tylko drzwi kierowcy i w nich można otworzyć resztę drzwi, dlatego nie dam Wam tego klucza bo nie działa. Laska pyta się mnie czy zrobiłem zdjęcia samochodu? Nie? To zróbmy zdjęcia. Idę więc dookoła i robię zdjęcia tego mocno sfatygowanego auta. Tylny zderzak wklęśnięty, maska przednia całą matowa bo lakier zszedł. Rysy na drzwiach pasażera… I w tym momencie usłyszeliśmy sygnał ostrzeżenia radiowozu policyjnego (syrena z klaksonem w takim zestawie), który stanął za samochodem który chcemy wziąć. „You got to go, we cannot stay here, it’s police, go go go!” (musicie jechać! nie możemy tutaj stać, to jest policja, jedźcie! Jazda!) rzuca Latynoska oddająca nam auto.
„But I don’t have keys! We’re not packed!” (ale ja nie mam kluczy! I nie jesteśmy jeszcze spakowani do auta)
– You got to go now! Keys inside! (musicie teraz odjechać! Klucze są w środku)
Wziąłem więc klucz ze stacyjki, wysiadłem i widzę, że moje Dziewczyny trzymają walizki czekając aż otworzę im bagażnik, policja co chwilę syreną mi grozi żebym się sprężał. Otworzyłem bagażnik, ładuję z Patką nasze trzy walizki i co się da do bagażnika, resztę do tyłu, wsiadamy a ja uświadamiam sobie, że nie mam żadnego protokołu, żadnych dokumentów samochodu, nic. Widzę tylko że bak niemal pełny, że to automatyczna skrzynia biegów, więc włączam silnik i ruszam pokrzykując że nawet nie wiem gdzie mam jechać, nawigacja nieustawiona, itd. No nerwowo na całego! A Latynos na to by tylko rzekł: Ayyy! Tranquillo! (ej! Spokojnie, powolutku!) Tak to zostałem rzucony w gwałtowny sposób wprost na drogę w Portoryko…

Następnego dnia się dowiedziałem że dokumentów nie potrzebuję, a jeśli tak bardzo chcę, to są w schowku (ubezpieczenie tam było wyłącznie), generalnie się nie przejmować, jeździć i cieszyć życiem! A ja pytań mam więcej. Zapłaciliśmy za specjalny karnet żeby nie trzeba było płacić dodatkowo za autostrady. W tym całym pośpiechu nie dowiedziałem się tego również. Ale- „no problemo!” Po trzech dniach już wyluzowałem i podchodzę teraz w ten sposób, że to przecież nie mój problem. A Latynosi jakoś sobie załatwią jeśli coś będzie trzeba!

Okazało się, że na czuja całkiem dobrze jechałem i zanim mój telefon złapał internet, to Grażyny już go miał i Pati jako mój pilot kierowała mnie już do Luquillo za nawigacją gdzie czekał na nas nasz letni domek wynajęty na Bookingu. Luquillo oddalone od San Juan jest o jakieś 50 minut samochodem. Droga znośna choć nie była to główna trasa. Początkowo raczej nadmorska wąska o dość dużym ruchu widokowa, a dopiero później szybszy odcinek. Szara strzała to po prostu Hyundai Accent z automatem. Bez problemów dojechaliśmy do celu, którym okazał się zamknięty ośrodek domów letniskowych i apartamentów Solimar. Rampa, brama wjazdowa i budka ochrony. Pan ochroniarz kazał nam wypełnić formularz, zadzwonił do właściciela domu, by upewnić się że wszystko dobrze, po czym dał nam kartkę którą kazał dać za szybę auta by móc wjeżdżać i wyjeżdżać i powiedział, że druga w prawo alejka i dom z marlinem numer 151. Tyle. Niby dom wynajęty na Bookingu, a zabawa trochę jak w Escape Room. Wjechaliśmy, zaparkowaliśmy auto na podjeździe domku z marlinem i szukamy klucza. Na drzwiach kłódka z szyfrem, ale my szyfru nie mamy, bo go nie dostaliśmy. Próbowałem kilka szyfrów ale mi się nie udało. Jagoda próbowała minutę może i nagle krzyczy że udało jej się otworzyć kłódkę i ma klucz. Okazało się, że szyfrem było 0 0 0 0.

Wypakowaliśmy się więc, odświeżyli, przebrali i pojechali do „kioskos” z jedzeniem które minęliśmy wjeżdżając do miasteczka. To takie budyneczki „kioski” z restauracjami, sklepikami z myślą głównie o turystach, bo stojące blisko plaży. Usiedliśmy w jednej z nich na kolację, ale o tym i innym jedzeniu już później!

Zostaw komentarz