Chiang Mai – jak tu fajnie!

Dzisiaj żegnamy się z Peace Factory Hostelem. Co prawda przed wylotem z powrotem do Polski będziemy jeszcze na ostatnią noc w Bangkoku, ale nocować będziemy w innej części miasta. Dlatego czas podsumować Peace Factory Hostel. To dobre miejsce, dobrze położone, bo blisko do głównych atrakcji i bardzo blisko do ChinaTown, gdzie jest mnóstwo atrakcji i pysznego jedzenia.

Blisko jest również do stacji metro i kolejki nadziemnej, co przy świetnym skomunikowaniu Bangkoku jest mocnym plusem. Jeśli ktoś z Was potrzebuje minimum trzygwiazdkowego hotelu, to ten hostel nie jest dla niego. My jednak traktujemy takie miejsce wyłącznie jako miejsce do spania i zostawienia bagaży. Jeśli jeszcze jest niedrogie i oferuje śniadanie w cenie lub za niewielką dopłatą, to właśnie tego potrzebujemy. W pokoju czysto, ciepła woda jest, łazienka z prysznicem w pokoju. Nam to wystarcza. Polecamy ten hostel.

Można za hostel zapłacić kartą. Jednak tutaj podobnie jak w wielu innych miejscach do płatności kartą doliczana jest jeszcze prowizja w wysokości 3%. W Polsce i krajach zachodnich prowizję płaci sprzedawca i ma ją wkalkulowaną w cenę. W Tajlandii płatności elektroniczne nie są szczególnie popularne, nawet pomimo naprawdę dużego ruchu turystycznego. Wszędzie jest preferowana gotówka. Nawet w sieciówce 7eleven (odpowiednik naszej Żabki) nie wszędzie można zapłacić kartą. A nawet gdy jest taka możliwość, to płatność kartą jest dopuszczona przy zakupach za nie mniej niż 100, 200, 300 Bahtów. Każdy sklep ma swoje reguły. Często tak też to wygląda w kasach biletowych do Świątyń, muzeów i metro. Nie mniej niż…
Płatności telefonem, GooglePay, Apple Pay – to zdecydowanie zbyt wysokie wymagania względem tajskiego systemu płatniczego! No ale trzeba wziąć pod uwagę, że u nas w Polsce elektroniczne systemy płatnicze są tak doskonale rozwinięte, że zachodnia Europa i USA są za nami w tyle. Dorównuje nam wyłącznie Korea Płd. i Japonia pod tym względem. Ale to temat na osobną historię. Podsumowując, w Tajlandii trzeba mieć gotówkę, albo chociaż dolary czy euro, ale w gotówce. Z bankomatów wybieranie pieniędzy również wiąże się z opłatami i to niemałymi.

Zamówiliśmy jeszcze w naszym hostelu taksówkę do lotniska Don Muang Bangkok, bo jak się okazało – wychodzi ona taniej nawet niż gdybyśmy wzięli Graba. Grab bowiem, podobno do kosztów przejazdu, dolicza opłatę za autostradę (60 Bahtów w jedną stronę i 60BHT na powrót). Za taksówkę również zapłaciliśmy kartą – 500 Bahtów + 15Bahtów prowizji. To jest około 63 zł za cały kurs taksówką. Sporo, ale 45 minut się jedzie, jest dość daleko, więc i cena jak na tajskie warunki wysoka.

Na lotnisku zamówiłem kawę za 95 Bahtów czyli 11,50zł co jak na cenę na lotnisku w Polsce tanio, ale jak na warunki tajskie, to drożyzna, że ho ho! Bilety lotnicze zamawialiśmy o wiele wcześniej będąc jeszcze w Polsce i planując cały wyjazd. Wybraliśmy tajskie linie lokalne Thai Lion. I nie mamy im nic do zarzucenia – wszystko było w porządku. Braliśmy pod uwagę różne alternatywne formy dostania się do Chiang Mai i później z powrotem z Chiang Rai do południowego wybrzeża bliżej wysp. Są pociągi, również nocne. Są autobusy, ale gdy braliśmy pod uwagę o ile dłużej będzie trwała taka podróż, a jak nieduża różnica jest w cenie, to zadecydowaliśmy o wyborze samolotów na najdłuższych odcinkach. Przelot z Bangkoku Don Mueang do Chiang Mai kosztował 2395 BHT, czyli 307,94zł (płaciłem Revolutem, bo taniej) a bilety kupowaliśmy w grudniu 2019.

Po wylądowaniu na lotnisku w Chiang Mai, wynajęliśmy taksówkę na lotnisku, która za z góry ustaloną stawkę odwiozła nas do Jimmy And Jeng Homestay. Prawdę powiedziawszy miejsce, w którym Pani taksówkarka się zatrzymała i pokazała, że musimy już dalej dojść pieszo, nie wyglądało zbyt zachęcająco. Wyglądało to jak uboga dzielnica, by nie powiedzieć, że zaciągało z lekka „slumsami”. Wąska dróżka asfaltowa, domki porobione z czego się da. Nie wyglądało to bardzo źle, ale z pewnością nie reprezentacyjnie. Z „pewną taką… nieśmiałością” szliśmy za wskazaniem nawigacji, choć to tylko 150 metrów było. Widzieliśmy bose dzieci biegające i bawiące się wesoło, ludzi siedzących przed wejściami do swoich domków przyglądających się ciekawie nam. Starszych leżących na małych tarasach przy wejściach do domków, którzy drzemali sobie i otwarłszy jedno oko oceniali kim jesteśmy. Doszliśmy do Homestay Jimmiego. Powitał nas Jimmy i jego Żona serdecznie, jakbyśmy byli co najmniej dawno nie widzianą rodziną! Szybko poczęstowano nas zimną wodą, usiedliśmy i rozmawiali. Czym jest Homestay? To kwatery prywatne w domu Jimmiego, czyli taki powiedzmy gościniec. Tak przynajmniej to wygląda dla urzędów Tajskich. W praktyce, Jimmy ze swoim ojcem Jengiem dobudowywali kolejne pokoje do swojego domku. Każdy pokoik miał swoją łazienkę i osobne wejście. W miarę upływu czasu, coraz większej ilości odwiedzających go turystów i pozyskanym w ten sposób pieniądzom, Jimmy podnosił standard pokoi, montował klimatyzatory, podgrzewacze wody i kolejne pokoiki. To prawda – dzielnica w której Jimmy stworzył swój „gościniec” jest uboga, ale dzięki temu jest też prawdziwa. Śpimy obok sąsiada, któremu możemy zaglądać w okno i widzimy co on robi. Przygotowuje posiłek, odpoczywa, słucha radia, czy śpi. Widzimy, kto się zajmuje dziećmi, sprzątające Panie domu, zajmujące się zwierzętami. Trochę jak niegdyś u Babci, czy Cioci na wsi, ale z tą różnicą, że tutaj kontakt jest bliższy niż u nas w Polsce. Dystans jest mniejszy do Sąsiada. Dlatego piszę właśnie, że jest tutaj prawdziwie. A serdeczność, szczera, bezinteresowna chęć pomocy ze strony Jimmiego i jego Żony to atut i ogromna wartość!

Rozpakowaliśmy się, przebrali i już mieliśmy iść na zwiedzanie, gdy ujrzałem dwóch rowerzystów dojeżdżających do wejścia do Homestayu Jimmiego. To był Pierre ze swoim przyjacielem Simonem. To Pierre Duterte, który był u mnie w Kielanówce ponad pół roku wcześniej przenocować w drodze do Litwy, Łotwy i Estonii. Pierre wyruszył z Francji w podróż na rowerze i przejechał całą Francję, Włochy, Słowenię, Węgry, Słowację aż dotarł do mnie. Później pojechał przez Litwę, Łotwę i Estonię, później przez Petersburg do Moskwy, skąd koleją transsyberyjską na wschód – najdalej jak się dało. Dalej już rowerem do końca Rosji, później łódką do Japonii, gdzie dołączył do niego jego przyjaciel ze studiów – Simon. Dalej już razem przejechali Japonię i dojechali do Tajlandii. A ponieważ ja śledziłem trasę Pierre’a, to wiedziałem przed naszym wylotem, że będą w Tajlandii. Tak właśnie się umówiliśmy na spotkanie w Chiang Mai – w górskiej północnej części Tajlandii, do której oni dotarli z Laosu. Dałem mu informację, że zatrzymamy się u Jimmiego. Niesamowicie uradowani byliśmy wszyscy! Jednak ponieważ chłopaki byli po jeździe rowerami w tym skwarze ponad trzydziestostopniowym w górach przy takiej wilgotności, to chcieli się odświeżyć. Umówiliśmy się więc tak, że spotkamy się na mieście i będziemy się łapać na messengerze.

Poszliśmy do baru z Pad Thai’em który polecił nam Jimmy. To miejsce bardzo blisko Jimmiego, więc piechotką, to rzut beretem. Rzeczywiście był to jeden z najlepszych Pad Thai jakie miałem okazję zjeść w Tajlandii! Charakterystyczna była spora ilość kiełków fasoli mung (które dają specyficzny aromat potrawie) oraz jakieś trawy i cebulki (smakujące czosnkowo). Do tego zamówiłem zieloną fantę (smakującą anyżowo). Kolor dobrze mnie naprowadził, że będzie to odpowiednik znanego mi jeszcze z czasów Związku Radzieckiego „tarhuna”. Teraz można tę oranżadę o anyżowym posmaku dostać jeszcze w gruzińskich restauracjach. Patrycja zamówiła w tym miejscu omleta z pad thaiem w środku. Jedzenie tutaj było niedrogie, świeżutkie, dość duże porcje i naprawdę pyszne! Warte każdego wydanego Bahta! Gorąco polecamy!

Najedzeni już i jako że było po 15, to ruszyliśmy na zwiedzanie Chiang Mai. Gościniec Jimmiego oraz knajpka z Pad Thaiem były przy ulicy Ratchawong Lane nieopodal murów starej części Chiang Mai po wschodniej stronie. To bardzo stare miasto a ponieważ przez wiele stuleci w tym rejonie o swoje wpływy walczyły różne sąsiadujące grupy etniczne, to wpisane w kwadrat mury obronne starówki były jak najbardziej uzasadnione. Te historyczne mury nie zostały rozebrane i z tego powodu poruszanie się skuterem, czy samochodem w tym mieście jest dość specyficzne. Sporo tu ruchu jednostronnego, bo ulice historycznie są za wąskie na dwa pasy w różnych kierunkach. Oprócz tego mury, które trzeba objeżdżać dookoła, żeby się gdzieś dostać – uwierzcie mi, na początku trzeba zrozumieć ten mechanizm, to dopiero wtedy można się przyzwyczaić i poruszać się w miarę intuicyjnie. Mam na myśli, że żeby skręcić w lewo i przejechać przez mury do starówki (w środku), trzeba nawrócić w prawo wykonać kilka manewrów, odstać swoje na światłach i dopiero wtedy można wjechać przez mury do centrum. Nie wiem, czy dobrze to wyjaśniłem, ale zaufajcie mi – tak jest!

Idąc do pierwszej Świątyni, Wat Chiang Man już nam się zaczęło w tym mieście podobać! Może trochę przez to, że w Bangkoku smog jest tak ogromny, że słońce nie przebija się przez niego prawie w ogóle. Ma to swój plus, że nie było tak gorąco jak tutaj, bo tutaj było i gorąco i duszno ze względu na dużą wilgotność. Z drugiej strony jednak, mimo że słońce ostro zaczęło nas opiekać, to kolory wszystkiego co nas otaczało były inne, jakoś tak weselej się zrobiło. Oprócz tego ten wszechogarniający luz i spokój. Wszystkiego – ludzi, ruchu ulicznego, mniejszego hałasu. Mniej wszystkiego! Mniejsze tempo, ciszej, mniej bodźców, bo mniej neonów, reklam, sklepów, sprzedawców, krzyczących Chińczyków. Patka była zachwycona! A gdy już weszliśmy do Świątyni, to zorientowaliśmy się, że również w Świątyniach wszystko spokojniej, nawet Turyści jacyś tacy bardziej wyluzowani, wolniejsi, bardziej kontemplujący. I ta kojąca cisza… Słychać szum wiatru. W Bangkoku – to nie do pomyślenia! Tam syreny, hałas ruchu ulicznego, wszyscy gdzieś pędzą, każdy coś chce, turyści nawet też szybko, szybko zaliczają kolejne punkty programu i gonią dalej! Fajny kontrast…

A w Wat Chiang Man w tym błogim spokoju w alejkach pomiędzy świątynią buddyjską, słoniowym Chedi i dwoma klasztorami buddyjskimi w różnych zaskakujących miejscach, poumieszczane są na tabliczkach różne sentencje. Najważniejsza, to „Low Ego” i inne sentencje na poziomie Paulo Coelho. To w Chiang Man zauważyłem po raz pierwszy, że przy Świątyniach często są wyznaczone miejsca, gdzie każdy może przyjść i pogadać z mnichami. Podyskutować na tematy metafizyczne i trochę mniej poważne. To świetny pomysł! Ciekawe, czy nasi księżulkowie w Polsce by się odważyli na taką otwartość wymiany myśli i dialogu z bardziej i mniej wierzącymi? Czy też może to właśnie oni powinni sobie częściej powtarzać „Low Ego” i jeśli rzeczywiście są z powołania, dawać możliwość dyskusji w otwarty sposób jak to jest tutaj w Chiang Mai?

Wat Chiang Man jest najstarszą Świątynią w tym mieście i powstała w 1296 roku – w tym samym czasie, co miasto Chiang Mai. Słynie ona przede wszystkim z wielkiej Chedi, która w kwadratowej podstawie ma 17 słoni, stąd nazywana jest „słoniową chedi”. Oprócz tego najcenniejsze są w tej Świątyni figurki Buddy – kamienna i kryształowa mająca ponoć moc wywoływania deszczu. Ciekawostką jest mniejsza viharna (coś jak mały kościółek) do której wstęp mają wyłącznie mężczyźni. No Patka była trochę zawiedziona taką segregacją. Ciekawe, że nie było też nigdzie żadnego wyjaśnienia, dlaczego Kobietom tam wejść nie można?

A my idąc w kierunku kolejnej Świątyni – Wat Chedi Luang mijaliśmy pomnik Trzech Królów, który powstał w celu upamiętnienia trzech Królów – założycieli miasta Chiang Mai. Widać tu jeszcze oprócz pomnika charakterystyczną na tego rejonu Tajlandii pseudotaksówkę, czyli Songthaew (Road Daeng, Red Taxi). To pickup przerobiony w ten sposób, że na pace są dwie ławki po bokach (song-dwie thaew-ławki) i zadaszenie. To tańsza alternatywa taksówki. Często jedzie tam gdzie chcesz, po drodze zabierając jeszcze innych pasażerów i wypuszczając ich po drodze. Czasami takie SongThaew jadą dłuższy dystans do oddalonej atrakcji turystycznej lub miasta. Koszt – między 30 a 150 Bahtów.

Przy wyjściu z tej Świątyni spotkaliśmy już odświeżonych, najedzonych i przebranych Francuzów – naszych chłopaków na rowerach. Poszliśmy więc już razem zwiedzać dalej to miasteczko. Oni się cieszyli, że dla odmiany na spokojnie idą zwiedzać atrakcje turystyczne, a nie tylko przejazdem na rowerze, a my cieszyliśmy się ich sympatycznym towarzystwem i rozmową z nimi. Tak doszliśmy do Wat Chedi Luang. Świątynia ta powstała końcem XIV wieku. Kiedyś mieścił się w niej Szmaragdowy Budda (o którym już opowiadałem przy okazji Pałacu Królewskiego w Bangkoku). Świątynia ma charakterystyczną Chedi z częściowo uszkodzonym czubkiem. Uszkodzenie to powstało wskutek trzęsienia ziemi w XVI wieku. Tutaj również można usiąść i porozmawiać nie tylko na tematy egzystencjalne z buddyjskimi mnichami.

Spokojnym spacerkiem poszliśmy jeszcze zanim zamkną do Wat Phra Singh – Złotej Świątyni (Gold Temple) słynnej z całkowicie pokrytych złotem Chedi. To również bardzo stara Świątynia, bo również z XIV wieku! Możecie pomyśleć, że nic innego w Chiang Mai nie ma, skoro robimy „tour de Świątynie buddyjskie”. No ale tutaj po prostu co krok jakaś Świątynia. Nie bez powodu Chiang Mai jest nazywane miastem 300 świątyń!

Ponieważ słońce zaczęło chylić się już ku zachodowi w niesłychanie szybkim tempie, a my zgłodnieliśmy, to udaliśmy się w kierunku „Chiang Mai Night Bazar”. To był bardzo dobry pomysł, bo na miejscu było wiele różnych rodzajów jedzenia i mnóstwo stolików i krzesełek. Pan Taj przygrywał na gitarze śpiewając różne standardy rockowe i bluesowe, co prawda tak zniekształconym angielskim, że słów nie w sposób było pojąć, ale przynajmniej nie fałszował. Za to my rozbiegliśmy się po stoiskach z jedzeniem. Każdy wziął (w sposób niezamierzony) coś innego, do tego piwo i jakieś drinki i usiedliśmy dzieląc się ze wszystkimi tym co tam każdy „upolował”. W ten sposób każde z nas miało możliwość spróbowania wielu różnych potraw. W taki miły sposób spędziliśmy wieczór w doskonałym towarzystwie jedząc, pijąc, śmiejąc się i rozmawiając. Później wróciliśmy piechotą do Jimmiego, mijając zasypiających po sąsiedzku obok jego gościńca sąsiadów – Tajów.

A już w następnej relacji – jedziemy skuterem! Zatrzymuje nas policja, zwiedzamy różne Świątynie w górach, idziemy szlakiem turystycznym i widzimy dziko rosnące bananowce.

Piotr

Zostaw komentarz