Czwartego dnia wreszcie skręcamy na południe

Ja się wyspałem wyśmienicie. Opcio niestety nie. Opowiadał, że prawie całą noc coś go budziło za oknem. A to ciężarówki jadące po kostce brukowej za oknem, a to dwóch pijanych typów drących się pod oknem. Zrobiłem jajecznicę z 10 jaj i 200 gram wędzonego boczku. Do tego kawa i herbata. Witaminy, piguły i w drogę. Prognozy pogody na dzisiaj były kiepskie.

Wiedzieliśmy że idzie front z zachodu i około 19 będzie gruba ulewa z burzą i prawdopodobnie gradobiciem w Wigrach. Tymczasem my mając niedosyt po wczorajszym dniu, gdy mieliśmy zamiar rozbić namiot nad jeziorem Gołdap i się w nim wykąpać postanowiliśmy dzisiaj zrobić to w Wigrach. Ruszyliśmy szlakiem Green Velo. W Gołdapi ścieżek rowerowych jest dużo i ciągną się one do rogatek miasta. Stamtąd już lecieliśmy drogą szutrową przez las przecinkami miejscami utwardzonymi.

Niestety z każdym kolejnym kilometrem droga się pogarszała. Robiło się coraz bardziej piaszczysto na drodze szutrowej a miejscami tak grząsko że ryzykowaliśmy upadkiem z rowera. Jest to niebezpieczne gdy rozpędzasz się przed podjazdem a tu na dole w niecce niespodzianka w postaci głębokiego na pół koła piasku. Nie bardzo wiem jak auta przez to przejeżdżają, pewnie na dużej prędkości, bo widzieliśmy dwóch szaleńców dzisiaj – Yaris jadący ponad 70km/h i Audi 80 wzniecając tym ogromną chmurę pyłu. W tym wszystkim jeszcze na tej drodze szutrowej występuje tzw. zjawisko tarki. Więc albo Cię całego terepie na tarce, albo grzęźniesz  w piasku aż się wywalisz… Ciężko się tym jedzie i wolno. W każdym razie dojechaliśmy do mostów w Stańczykach.

Jadąc od mostów w Stańczykach, przemierzaliśmy tereny będące obrzeżami Puszczy Rominckiej. No i te wyjątkowe nazwy mijanych miejscowości… Nas bardzo rozbawiła nazwa SKAJZGIRY. Chyba nie tylko nam się kojarzy to ze sztuczną skórą zdartą z nogi, hę?
Poza tym, to naprawdę malownicze tereny, zresztą – sami zobaczcie:

Stamtąd ruszyliśmy do trójstyku. Trójstyk, to miejsce gdzie stykają się granice 3 krajów. Tutaj są to Polska, Litwa i Rosja.

Cały dzień dzisiaj aż do Suwałk świeciło, a raczej wręcz smażyło słońce. Dlatego jechaliśmy bez koszulek chcąc wyrównać opaleniznę. Na tym odcinku między Stańczykami a Suwałkami pięknie wyglądające polodowcowe pagórki z kamieniami narzutowymi i oczywiście krowy skubiące trawę na pastwiskach ogrodzonych drutem pod niskim napięciem, czyli pastuchem elektrycznym.

Przed Suwałkami zaczął się  wyścig z czasem, bo widać już było ciemne chmury idące na nas z zachodu. Tymczasem ja miałem za mało postojów, za mało wody i nie zjedzony posiłek koło 13-14. Zaczęło mnie odcinać. Koło 15 wypiłem ciepłego radlera z lodówki w napotkanym sklepie. Tak! To taki wynalazek, kupujesz radlera z lodówki która jest za ladą, myśląc że dostaniesz zimny napój. Pani kasuje Ci należność i wtedy łapiesz puszkę która jest w temperaturze pokojowej. Bierzesz? Ciepłe piwo czy radler- bleeee… Ja biorę, bo nie minęliśmy żadnego sklepu od przeszło 50 km. Ale to dalej mało. Potrzeba odpoczynku, dużo picia, najlepiej zimnego, bo jestem cały spocony, klejący, zdyszany i muszę się jakoś schłodzić, zwłaszcza że mam już sucho w ustach. I jeszcze dobrego jedzenia. I to kalorycznego, bo przecież codziennie palę ponad 4000 kalorii. A tu trzeba cisnąć do Wigier mimo głodu. Bo burza idzie. Podjęliśmy decyzję, że w Suwałkach zjemy w McDonald’s, bo wyjdzie nam o wiele szybciej niż w jakimś barze czy restauracji. Zagryzamy więc głód żelkami, jakimiś batonikami i zasuwamy dalej.

…ale że w Polsce??? chyba nas trochę poniosło 🙂

Kiepsko było ze mną, ale dojechałem te 100 km do McDonald’s w Suwałkach na oparach. Zjadłem burgery, loda i popiłem pół litrem coli zero. Odpocząłem. Jednak widzieliśmy, że nie zdążymy dojechać do Wigier przed ulewą, bo już zaczynało kropić. Obdzwoniliśmy sporo miejsc aż w końcu udało mi się znaleźć miejsce dla nas tuż przed Wigrami.
Zrobiliśmy zakupy w Lidlu i ponieważ już zaczęło padać, to w deszczu ruszyliśmy w nasze ostatnie 10 km na dzisiaj.
Pani z noclegów nad Wigrami czekała na nas. Okazało się że dzisiaj w Wigrach był maraton i dlatego zero miejsc. Na szczęście nie musieliśmy dzisiaj rozkładać namiotu, bo gdy tylko po kąpieli poszliśmy do knajpy 300 metrów obok zjeść , rozlało się bardzo mocno, błyskało do tego i było bardzo nieprzyjemnie. Naprawdę zerwała się gruba nawałnica!
Mam nadzieję że jutro będziemy mogli coś popływać, bo mimo naszych planów popływania w wigierskim jeziorze, nie mieliśmy jeszcze szczęścia tego zrobić.

zasłużona obiado-kolacja

Tutaj możecie zobaczyć ślad z dzisiejszego dnia na Stravie.
A w kolejnej relacji będziemy drałować dalej na południe, licząc na to że nie będzie padać, a wiatr będzie w plecy.
Dziękuję Wam za uwagę!
VLQ

Zostaw komentarz