Dzień 1 – Z Liberca CZ do Haltepunkt Rosenthal DE

W Szklarskiej Porębie pojawiliśmy się koło 8:50. Nasz pociąg odjechał o 8:30. Mieliśmy więc czas poczekać na następny o 9:30. Tuż obok dworca postawiono kontener bistro. Siedziały tam dwie młode dziewczyny. Spytałem, co by mi zaproponowały na śniadanie? Ytk… Słucham? Yyyt. Nie rozumiem. Noooo… frytki! rzuciła jej koleżanka… Frytki? Na śniadanie? No nie… A czy mogę prosić tosta? Tak. Dobrze. I kawę jeszcze – americano. Dobrze. Poczułem się staro, że nie jest dla mnie oczywistym, że frytki można jeść na śniadanie…

Zaczęło się chmurzyć. W końcu też kropić. Cieszyliśmy się, że jedziemy pociągiem. Nasza radość jednak nie trwała długo, bo już w pociągu przeczytałem komunikat na wyświetlaczu o jakiejś „autobusova doprava”. Spytaliśmy o to konduktora i niestety… Powiedział, że w Tanvald musimy jechać rowerami do Smržovki bo autobus nie weźmie naszych rowerów…

Co robić? Przygód ciąg dalszy… Wysiedliśmy w Tanvald i ruszyliśmy przy zachmurzonym niebie. Jednak z każdym metrem było coraz więcej podjazdów. Deszcz się pojawił i wzmagał. Najpierw lekki kapuśniaczek. A przed Smržovką już był mocny kapuśniak, który przed dworcem przeszedł w regularny deszcz. W Smržowce pod dachem dworca poczekaliśmy na nasz kolejny pociąg. I tak dojechaliśmy do Liberca.

Liberec ładny, bo odbiliśmy od szlaku do starej części miasta. Niestety żadna restauracja nie przypadła nam do gustu na tyle, żeby zjeść obiad. Dlatego ruszyliśmy szlakiem. Po drodze zaliczyliśmy sklep na piwo i radlerka (to nie to samo). Dopiero w Hradek nad Nisou zjechaliśmy ze szlaku na obiad. Bardzo to było dobre! Tomek zaryzykował i wygrał pyszne kluski – dropsy z sosem „bryndzowo jakimśtam” z kiełbasą myśliwską. Ja wziąłem spaghetti bolognese i ciasto, a pozostali dwaj poszli na kebaby obok. Wszyscy najedzeni, zadowoleni!

Zatrzymaliśmy się na trójstyku granic polsko – czesko – niemieckiej. Tym samym opuściliśmy Czechy i wjechaliśmy do Polski. Nie na długo. Zrobiliśmy zdjęcia, kawę na ławce, posiedzieliśmy chwilę i ruszyliśmy, by przekroczyć granicę polsko – niemiecką nieopodal. O tym, że przemieszczaliśmy się pomiędzy tymi trzema krajami świadczyły jedynie tablice żegnające i witające w kolejnych państwach.

Dalej jadąc, ponieważ dzień nam się kończył, zaczęliśmy się rozglądać za miejscem do spania. Najchętniej z dostępem do jeziorka czy chociaż strumyka. Niestety szlak wzdłuż granicy będącej rzeką tutaj, oznacza, że przy ścieżce rowerowej oprócz słupków granicznych jest też na całej długości rozciągnięty pastuch elektryczny.

W Zittau zrobiliśmy rundkę po starej częściej miasta i przejechaliśmy na polską stronę, by zrobić zakupy na kolację i śniadanie. Nie było łatwo znaleźć coś z jedzeniem otwartego w sobotę po 18, więc musieliśmy trochę pokrążyć i wręcz się cofnąć, ale w końcu się udało. Kupiliśmy co się dało w „Grosiku” i wróciliśmy przez Nysę z powrotem na szlak po niemieckiej stronie.
Gdy więc minęliśmy ponownie Zittau, szukaliśmy takiego miejsca do spania na już. I żaden nocleg w agroturystyce za 25€ od osoby nas nie interesował!
Wjechaliśmy do lasu, a tam nagle, zaraz przy ścieżce pojawiło się miejsce postoju. Z wiatą burzową i zadaszoną ławą ze stołem. Podyskutowaliśmy, zagłosowali i zostaliśmy tutaj.
Tutaj, czyli w Haltepunkt Rosenthal. Miejsce z historią. Bo kiedyś był w tym miejscu dom. A powyżej przystanek kolejowy, a zaraz obok wiadukty do przekraczania Nysy koleją. Jeszcze z XIX wieku, czyli czasów gdy Niemcy się ciągnęły jeszcze mocno wgłąb w tereny obecnie polskie.
Rozbiliśmy namioty, usiedliśmy przy ławie na kolację a że za nami była długa kiepsko przespana noc z atrakcjami, to już po 22 po kolei poszliśmy spać.

TUTAJ możecie zobaczyć pokonaną przez nas dzisiejszą trasę na Stravie

W kolejnej relacji jedziemy dalej na północ. A że niedziela, to przygód zaopatrzeniowych ciąg dalszy…

Do zobaczenia,
VLQonTour

Zostaw komentarz