Jak ja się cieszyłem, że wreszcie mogłem poznać dzięki warmshowers tak fajnych ludzi! Poziom mojej wdzięczności za okazaną sympatię, gościnność i brak dystansu sięgał samych wyżyn. Nie byłem w stanie tego oddać słowami. Czułem się jak u moich najlepszych przyjaciół w gościnie. Przed pójściem spać, umówiliśmy się, że wstajemy o 8:00 by o 10:00 wyjść z domu. Chciałem jeszcze pokręcić się po Marsylii, a Celina z Krzysiem jechali gdzieś dalej samochodem. Ponieważ cały czas nie miałem tego cholernego gazu w kartridżu, moi nowi przyjaciele, dali mi współrzędne sklepu gdzie to na pewno znajdę. Zjedliśmy razem śniadanie, spakowali i wyszli po rowery. Pożegnaliśmy się wylewnie i rozjechali w dwie strony.
Marsylia mimo swojej wielkości nie sprawiła na mnie wrażenia jakiejś ogromnej aglomeracji. Gdyby nie świadomość, że to trzecie największe miasto Francji względem populacji i drugie względem powierzchni, to po atmosferze, anturażu i ludziach powiedziałbym raczej, że miasteczko trochę większe od Menton…



Najpierw pojechałem do sklepu „Au Vieux Camper”. No i oczywiście znalazłem w końcu gaz. Kosztował tylko 3 euro z groszami. Pełnia szczęścia! Ale też świadomość, że to trochę jak musztarda po obiedzie, bo niewiele już mi zostało do przejechania.
Pojechałem raz jeszcze do portu obejrzeć za dnia to co wczoraj oglądaliśmy w nocy, a później ruszyłem jeszcze do parków, które mi poleciła Celinka.








Kupiłem w końcu bilet na pociąg do Montpellier przez aplikację. Przewóz rowera kosztuje 10 euro, za mój bilet bez roweru zapłaciłem 31,50€. Miałem jeszcze sporo czasu, więc kręciłem się po mieście. Sprawia przyjemne wrażenie, przynajmniej ta starsza część miasta w której byłem. Bardzo dużo ludności ciemnoskórej i arabskiej. Spadek po francuskich koloniach i tak już zostało. Są już całkowicie zasymilowani, ale dodają trochę „bałaganu”. Generalnie w okolicy portu, trzeba mieć oczy dookoła głowy. Do tego wszystkiego też trzeba dodać sporo turystów. Trzeba być bardzo czujnym żeby kogoś nie potrącić rowerem.
Zrobiłem się głodny, a wiedząc, że kolejna okazja do jedzenia będzie dość późno, stwierdziłem że spróbuję tutejszego kebaba, bo więcej ich tutaj niż rodzimych potraw francuskich. Znalazłem knajpkę, która wydawała mi się dość oblegana. Próbowałem wyczaić, jak to zrobić, by zamówić jedzenie, usiąść przy stoliku i nie bać się że ktoś mi buchnie rower albo coś z roweru. Zainteresował się mną chłopak, który pracował w tym barze. Spytał się, co chciałbym zjeść. Powiedziałem że kebaba we wrapie z warzywami i sosami, ale że nie mam jak usiąść obok roweru. On mi na to, patrząc głęboko w oczy: „do not worry my friend. Put your bike anywhere and take a seat. Me and my colleges will take care of you and your bike”. Trochę mnie uspokoił ale i tak postawiłem rower dość blisko mojego stolika. Chodzi o to, że stoliki były tak gęsto rozstawione, że nie mogłem przejechać między nimi. Musiałem znaleźć miejsce na zewnątrz „ogródka”. Kebab smaczny, oczywiście nic się nie stało. Czułem się bezpiecznie, zwłaszcza że przy stoliku obok siedzieli chyba stali bywalcy i to oni opierniczyli jakiegoś kolesia, który nagle przystanął i zaczął się przyglądać mojemu rowerowi.
Pojeździłem trochę i stwierdziłem, że lepiej będzie być na dworcu wcześniej niż później. Na miejscu okazało się, że w budynku dworca jest bardzo dużo ludzi. Jeszcze raz. Jeśli pomyśleliście o dużej ilości ludzi, to teraz pomnóżcie to razy przynajmniej 10! Tłum, ścisk, wszyscy w maskach, no masakra! Większość osób kłębi się przy monitorach na których wyświetlane są perony z których odjeżdżają określone pociągi. Ja miałem tak dużo czasu, że poszukałem sobie spokojnego miejsca, a nie było to łatwe, postawiłem rower i zacząłem pisać dla Was relację. Po jakimś czasie stwierdziłem, że jednak muszę iść do ubikacji. Przeszedłem cały dworzec by znaleźć tylko jedno miejsce z toaletą i ogromną kolejką do niej! Widząc jak wolno się kolejka ta porusza, wsiadłem na rower i ruszyłem by znaleźć jakąś restauracyjkę w pobliżu, najlepiej z toaletą, bo pęcherz wołał o litość.


Zjechałem na dół z dworca i zupełnie przypadkiem trafiłem do małej cukiernio-kawiarenki. Gość który wyglądał mi na właściciela (później się okazało, że miałem rację) uśmiechnął się do mnie zaczął coś mówić po hiszpańsku. Spytałem go czy mówi po angielsku. Troszkę. Spytałem więc, machając łapami i pokazując, czy mógłby mi popilnować rower, a ja bym skoczył do toalety i później zamówił coś? ” Oui. No problem. I’ll take care of your bike”. Nie do końca mu wierzyłem, więc się sprężyłem. We Francji zauważyłem, że często nie mają papieru toaletowego w toaletach. Na campingach to już żelazna reguła. Na szczęście miałem w kieszeni chusteczki. Zamówiłem kawkę i widząc ładne ciasta, spytałem się miłej dziewczyny o arabskich rysach, które ciasto jej zdaniem jest najsmaczniejsze? Pokazała mi różowo białe, wcale nie najdroższe. Zgodziłem się, wziąłem jeszcze wodę i lemoniadę na drogę i usiadłem. Ciasto rzeczywiście przepyszne. Nad barem wisiał szalik z jakimiś napisami, ale nie po francusku. Spytałem się właściciela, co tam jest na tym szaliku napisane. Powiedział, że pochodzi z Turcji i tam jest napisane
„Po zwycięstwo” i nazwa miejscowości, której nie pamiętam niestety. Powiedział, że przyjechał do Marsylii z córką 10 lat temu i jest bardzo zadowolony. Powiedział też, że owszem jest opinia, że złodziei w Marsylii jak mrówków, ale u niego absolutnie nic się nikomu nie stanie.
Pożyczyliśmy sobie powodzenia i pojechałem spowrotem na dworzec.
Na bilecie online mojego pociągu do Montpellier napisane jest wyraźnie, że wszyscy, którzy się pojawią na peronie 2 minuty przed odjazdem, nie zostaną wpuszczeni do pociągu. Czas zleciał, normalnie gdy było 20 minut do odjazdu innych pociągów, nagle na tablicy odjazdów pojawiała się litera peronu z którego dany pociąg odjeżdża. No i komunikat głosowy „en françe”. Wtedy jak rażeni piorunem ludzie całą masą pędzili do odpowiedniego peronu by wsiąść do pociągu. Ja z moim dużym rowerem z sakwami, jak za przeproszeniem z bawołem przeciskającym się przez tłum… Chciałem tego uniknąć, więc zacząłem obstawiać, z którego peronu będzie mój pociąg i tam właśnie czekałem. Ale czas leci, a informacji nie ma. Gdy było już tylko 5 min do odjazdu zacząłem się poważnie martwić… Nie było przy tym żadnej informacji o opóźnieniu. Sprawdzałem raz po raz, czy to na pewno ten pociąg? Numer się zgadzał. Kierunek Bordeaux… Może być… Dwie minuty do odjazdu. Dalej nic… Stanąłem jak cały tłum przy monitorze i czekam. Nie ma tutaj punktu informacyjnego, bym mógł się spytać, co się dzieje? 10 minut po czasie odjazdu pociągu wreszcie się pojawia literka. Inna niż obstawiałem. Zadziałało to jak wystrzał pistoletu, bo wszyscy jak z bloków startowych na niedawnych igrzyskach ruszyli galopadą do peronu E. W tym wszystkim ja z moim niebieskim wilkiem starający się nie staranować nikogo, a nie jest to łatwe, bo mnóstwo ludzi leży na ziemi, siedzi na ziemi, nagle sobie staje i gapi się gdzieś, jacyś starsi ludzie idą powolutku a pomiędzy nimi młodzi zwinnie się przeciskają byle szybciej. W końcu stoję w kolejce. Paszport covid? Proszę. Bilet? Proszę. Szukam wagonu (coach) 4, mam miejsce 4. Ale wagon 4 nie ma przedziału dla rowerów. Wagon 3 ma… Ładuję rower do 3 wagonu, zawieszam go za przednie koło, ściągam sakwy. Sprawdzam czy moje miejsce 4 w wagonie 4 jest wolne… Nie. Jakaś młoda Murzynka wcina sobie śniadanie. Widząc że się przyglądam numerowi miejsca i niej, zaczyna coś mówić. Uspokajam ją, że póki nie ma zbyt wielu osób, to nie problem. Usiadłem obok po drugiej stronie korytarza. Pojawia się konduktorka. Pytam się, czy rower mam mieć w jednym wagonie a siedzenie w innym? Oui. Czy mogę usiąść blisko roweru? No. No to zapiąłem rower i poszedłem do mojego klimatyzowanego w odróżnieniu od tego rowerowego wagonu.



Trochę drzemałem, trochę słuchałem muzyki i dojechałem do Montpellier. Odpaliłem nawigację i ruszyłem. 10 km i byłem na miejscu. Trafiłem pod wskazany adres a tu z garażu wyłonił się gość w kapeluszu i z uśmiechem od ucha do ucha przywitał mnie serdecznie. Nazywa się Yannick. W garażu swojego domu prowadzi mały browar rzemieślniczy. Pokazał mi pokój z prysznicem i umywalką, który jest w garażu. Ubikacja jest na parterze jego domu. Powiedział, że wieczorem będziemy robić barbecue, więc spytałem jakie wino będą się chcieli napić, to kupię w sklepie nieopodal jak tylko się wykąpię. Różowe. To ciekawe, bo wczoraj również moi francuscy gospodarze chcieli różowe wino.
Zrobiłem zakupy w sklepie nieopodal, w którym zobaczyłem też wódkę o dość jednoznacznych nazwach. Nasi tu byli/ są!


Po jakimś czasie pojawił się spowrotem Yannick ale ze swoją żoną Sophie. Rozpaliliśmy grilla i zaczęliśmy przygotowywać jedzenie przy stole. Okazało się, że oprócz naszej trójki, przy stole będą również troje ich dzieci i dwóch przyjaciół najmłodszego z synów, Cedrica.
Prawdziwie rodzinna atmosfera zachęcała do rozmowy. Najstarsza jest córka Yannicka i Sophie, Annie. Niebawem pójdzie ona na studia i chce studiować architekturę. Młodszy od niej jest bardzo poważny i niemal cały czas skupiony na wyświetlaczu swojego telefonu Nicolas. Twierdzi, że chce zostać fizykiem – naukowcem i że będzie chciał na tym zbić dużo pieniędzy. Najmłodszy Cedric, twierdzi, że będzie bizmesmenem i że za 10 lat zrobimy razem biznes w Polsce!
A już jutro w kolejnej relacji z mojej samotnej wyprawy opiszę Wam drogę z Montpellier do campingu nad morzem w Narbonne.
Dziękuję Wam za uwagę,
Piotr i Wilk



