Obudziłem się 2 minuty po 6. Już słyszałem głosy chłopaków. Zdziwiony tym, że już wstali, wyszedłem z namiotu. Byliśmy w lesie, więc słońce nie docierało do nas. Namioty mokre od rosy. Przygotowaliśmy śniadanie i rozmawiając, zaczęliśmy się pakować. Jeszcze rozgrzewka i w końcu po ósmej ruszyliśmy.
Gdy wyjechaliśmy z lasu, trafiliśmy do miasteczka Ostritz. Niedziela przed 10, więc nic się nie działo. Nie licząc gościa ze śmieciami – ani żywego ducha…

Ponieważ wczoraj gdy tylko rozbiliśmy namioty w lesie, zawinęły do nas dwie Panie z Bogatyni, Polki, to dowiedzieliśmy się od nich o zalanej kopalni, która stała się dość sporym zalewem. Żelu miał mocny niedosyt wczoraj tego, że nocleg nie wypadł gdzieś z dostępem do wody, w której można się wykąpać. Dlatego też stwierdziliśmy, że jedziemy dzisiaj właśnie tam. Widzieliśmy ten zalew na mapie za miasteczkiem Hagenwerder. Nie sprawdziliśmy jednak dokładnie, jak tam się do tego zalewu dostać. Gdy więc byliśmy jadąc szlakiem na wysokości połowy tego zalewu, zaczęliśmy kombinować, jak by tu przekroczyć naszymi rowerami drogę szybkiego ruchu, tory kolejowe i chaszcze, żeby się wykąpać w zalewie?
Podjechaliśmy trochę tą trasą szybkiego ruchu (choć nie wolno), ale tory stanowiły wyzwanie. Były na wysokości 2 m na nasypie kolejowym. No ale za torami były wszędzie gęste chaszcze. W końcu kawałek dalej znaleźliśmy zamknięty stary mały przystanek kolejowy. Musieliśmy jednak tam dojść jakieś ponad 200 m wzdłuż torów z rowerami. Tymczasem gdy wracałem z Tomaszem z rekonesansu od dworca do rowerów, nadjechał dość szybko pociąg. Dał sygnał dźwiękowy. Myślę że maszynista pomyślał: „cholera! Kolejni samobójcy”! Zeszliśmy mocno w bok od torów, żeby mu dać do zrozumienia, że jednak chcemy dalej żyć. Na szczęście kolejny pociąg się nie pojawił, a my bezpiecznie przeszliśmy z rowerami wzdłuż torów do przystanku, wgramolili się na niego i tak trafiliśmy na drogę do zalewu.
Chłopaki chcieli iść kąpać się na dziko. Ja się odłączyłem, licząc na coś zimnego i mokrego do picia na pobliskiej plaży. Pyszny radlerek i do tego lód straciatella… Ambrozja w taki upał! Wykąpałem się w zalewie. Woda pyszna!


Niedługo później dołączyli do mnie wykąpane chłopaki. Nie siedzieliśmy długo. Około jednego piwa. I pojechaliśmy dalej mimo, że chciało się zostać i byczyć na plaży.
Gdy dojechaliśmy do Gorlitz, przekroczyliśmy granicę mostem na Nysie. W Zgorzelcu, który jest po polskiej stronie skoczyliśmy do Żabki, bo to niedziela i w Niemczech absolutnie wszystko jest zamknięte (poza knajpkami, których na trasie praktycznie nie było). Musieliśmy uzupełnić zapasy zakupowe, bo nie wiedzieliśmy, czego się będziemy mogli dalej spodziewać. Nieopodal restauracja, w której ja pogoniłem do ubikacji (problemy nękają mnie od początku). Chłopaki stwierdzili, że nie widzą nic dla siebie tutaj. Ja zamówiłem nienajgorsze pierogi ze skwarkami i colę zero. Ooo taaaak! Zimną colę zero! Bo jednak słońca prażyło od rana, więc o takiej zimnej coli myślałem już od kilku godzin 🙂



Podłączyliśmy co się dało do ładowania, czyli telefony i powerbanki na czas mojego posiłku. Jednak nie był to długi postój i pojechaliśmy dalej, czyli wróciliśmy na niemiecką stronę na szlak.


Oder-Neisse Radweg, czyli Szlak Odra-Nysa rzeczywiście jest autostradą rowerową. Bardzo dobrze oznakowany. Sporadyczne przypadki, gdy nie było jasne gdzie jechać rozwiązywaliśmy posiłkując się mapą z mapy.cz gdzie naniesiony jest ten szlak. Nie jest to szlak tak monotonny jak ten węgierski wzdłuż rzeki Tisza. Krajobrazy się zmieniają. A to jedziemy polem, to znów lasem, gdy cień drzew daje nam nieco wytchnienia od palącego słońca. To znów pokonujemy jakieś małe miasteczko, czy większe miasto. Co ciekawe jednak, wcale nie ma zbyt wielu zabytków czy atrakcji turystycznych po drodze. No, dzisiaj przejeżdżaliśmy przez klasztor przed Ostritz. Zwróciłem uwagę, że sporo jest budynków z XVIII wieku i starszych, gdzie widać jest, że nie doznały one uszczerbku wskutek działań wojennych. To duża różnica w porównaniu z Polską, gdzie ciężko znaleźć jest jakieś zabudowy, których wojny przetaczające się przez nasz kraj nie uszkodziły chociaż. A tutaj to wszystko stoi i wygląda pięknie. Trochę zazdroszczę – przyznaję się.
Tomek znalazł informację o sklepie, który czynny jest w niedziele do 17 w polskiej miejscowości Przewóz bardzo blisko szlaku. Chłopaki już pomału szykując się do szukania miejsca do spania (na dziko), chcieli kupić jeszcze jakieś zimne piwko, wodę i ewentualnie coś do jedzenia. Pojechaliśmy w tym kierunku by zdążyć przed zamknięciem tego sklepu. Dojechaliśmy pół godziny przed 17 i na miejscu się okazało, że sklep jednak pracuje do 20, więc niepotrzebnie się śpieszyliśmy. Nie był to jednak jedyny powód pośpiechu, bo od wschodu coraz bardziej zbliżało się takie ciemne groźnie wyglądające coś, co mogło być zapowiadaną w prognozach pogody ostrą burzą.



Pod sklepem spotkaliśmy miejscowego rowerzystę – całego mokrego. Powiedział że właśnie uciekł burzy, a „ruszył sobie na rowerze na 20km zamiast telewizora”. Pogadaliśmy z nim trochę i dowiedzieliśmy się o kilku możliwych wariantach na miejsce do biwakowania. Jeden zwłaszcza przykuł moją uwagę, czyli basen z miejscami pod namiot – dość blisko i przy szlaku. Chłopaki bardziej byli zajarani wiatami blisko rzeki – nawet mimo tego, że jak ten rowerzysta powiedział – zejście do rzeki jest bardzo niewygodne.
Pojechaliśmy, bo czas leciał a my chcieliśmy jeszcze przed zmrokiem rozbić namioty. Minęliśmy te wiaty nie wyglądające zbyt odpowiednio do naszych wymagań aż w końcu dojechaliśmy do Skerbersdorf i zobaczyliśmy ten basen o którym słyszeliśmy wcześniej. Grupka ludzi grała w siatkówkę na piasku. Dzieci i dorośli pływali w basenie, a obok w takiej stodole drewnianej, dorośli i starsi pili sobie piwko i rozmawiali. Gdy szedłem do baru dowiedzieć się o możliwość noclegu – uwaga niemal wszystkich tubylców skupiła się na mnie. Okazało się, że za 8 EUR możemy tutaj rozbić namioty – gdzie tylko sobie chcemy, popływać w basenie. Są toalety z prysznicami, do tego gniazdka do ładowania w takiej wiacie obok basenu i darmowe WiFi. Dla nas raj! Ale czar prysł, gdy spytałem o możliwość zapłaty kartą… Nie ma możliwości… Jedna z dziewczyn zapytała, czy mogę zapłacić PayPalem? No nie, bo nie używam. Poszedłem do chłopaków, którym aż się oczy świeciły na perspektywę kąpieli w tym basenie i rozbicia się tutaj. Ale nagle Tomasz wyciągnął z portfela 50 EUR i zgodził się zapłacić. Jesteśmy uratowani. Oj szybko się rozbijaliśmy. A jeszcze szybciej myliśmy się, by jak najszybciej wskoczyć do basenu. Atmosfera na całym tym sportowym ośrodku była trochę jak na wiejskim festynie. Dzieci się bawiły, dorośli wyluzowani. No ale my przestaliśmy być tak atrakcyjni, gdy przyjechała karetka do jednego z grających w siatkówkę – źle się poczuł. Okazało się jednak że chyba nic groźnego mu się nie stało. Bardzo mili i uczynni ci Niemcy, którzy tutaj byli, aż się nad tym zacząłem zastanawiać. Człowiek, który czyścił basen, zapytany, gdzie znajdę toalety poszedł wszystko nam pokazać, a tam eleganckie, czyściutkie prysznice z ciepłą wodą, nawet pralka była (z której później oczywiście skorzystaliśmy, bo był nawet płyn do prania). Podał nam też hasło do WiFi.






Umyci, wykąpani, po rozbiciu namiotów i rozpakowaniu się, poszliśmy do baru na zimne piwko. Okazało się, że piwo jest po 1,5 EUR, ale nie mają bezalkoholowego (bo nie wszyscy z nas lubią alkohol). Zahaczył mnie jeden z tutejszych mieszkańców, spytał skąd jestem? Rzeszów. Aaa – to blisko granicy z Ukrainą! Byłem zaskoczony. No tak! A on zaczął tłumaczyć barmanowi, że jak jedzie od zachodniej strony, to za Krakowem jest Tarnów a później Rzeszów, Przemyśl i granica z Ukrainą. Powiedział, że jest kierowcą ciężarówki, stąd zna Polskę dość dobrze.
Spytałem go o to miejsce tutaj i opowiedział mi, że ten klub sportowy kiedyś był gminny, ale że gmina chciała się go pozbyć, a mieszkańcy chcieli żeby „Freizeit” czyli czas wolny dzieci był przez nie spędzany raczej aktywnie niż przed komputerami czy telefonami, to dlatego oni wzięli ten ośrodek jako mieszkańcy na siebie i czynem społecznym ze środków obywatelskich to wszystko zorganizowali. Brawo! Jestem pod ogromnym wrażeniem. Wspaniała inicjatywa! Wszystko działające, czyściutkie, no po prostu – jak to tutaj mówią PRIMA SORT!
„Tutaj jest jakby komfortowo, Janusz!” Zakrzyknęłaby Grażynka, gdyby tutaj trafiła…

Bardzo mi się tu spodobało, ta atmosfera, ci mili, uczynni ludzie, którym naprawdę zależy na tym, by po prostu było dobrze – ich dzieciom i innym! Dlatego będę promował to miejsce, bo jest przy trasie i jest wspaniałe – bo nie wspomniałem o grillu i kominku z drewnem obok wiaty? No tak. Jest tutaj wszystko! Więcej informacji i kontakt znajdziecie na ich stronie internetowej http://www.fzz-skerbersdorf.de/
Jeśli więc będziecie jechać tym szlakiem – naprawdę polecam właśnie tutaj się zatrzymać – i wspomnieć, że dowiedzieliście się o tym ode mnie.
TUTAJ możecie zobaczyć ślad pokonanej przez nas trasy na Stravie
A już w kolejnej relacji dzień w potwornym upale 42 stopnie, gdy nie zawsze jest się gdzie schować przed słońcem a jechać trzeba. Co nie oznacza, że nie mogą nas spotkać inne atrakcje, na przykład gwałtowna burza!
Do zobaczenia!
VLQonTour
