Przebudzałem się w nocy, bo po 3 strasznie padał deszcz. Burza pełną gębą z całym możliwym arsenałem: grzmoty, pioruny, porywisty wiatr i mocny deszcz. Namiot jednak nie przemakał, więc czekałem na poranek. Po 6 było już spokojnie. Namiot zaczynał schnąć. Śniadanie. Ja usiadłem w kempingowej kuchni w drewnianej chacie i popijając kawę robiłem relacje z trasy. Znowu zaczynało kropić. Musiałem więc skończyć pisanie i zabrać się za pośpieszne pakowanie zanim znów zmoczy mi całkowicie namiot. Nie udało się. Połowa rzeczy jest mokra. Namiot mokry. Kiepsko. No ale, co zrobić. Przez ten deszcz, wyjechaliśmy dość późno, bo o 10. Najważniejsze jednak, że ruszyliśmy. Mimo pogody, bo ta pokazywała, że jeszcze nie skończyła znęcać się nad nami.
Niebo całkowicie przesłonięte burzowymi chmurami. To ciekawa odmiana po wczorajszych upałach, gdy naprawdę nie chciało się wychodzić na słońce. Ale ta mżawka nie zapowiadała niczego ciekawego. Więc jechaliśmy dalej. Przestało padać, a po kilku godzinach nawet słońce zaczęło gdzieniegdzie nieśmiało wyzierać na nas.


Dzisiaj było o tyle lepiej, że co około 10-15km wzdłuż trasy były miejsca gdzie mogliśmy usiąść, odsapnąć, napić się coś zimnego. Zimnego, spytacie? Tak – bo znowu zaczęło nas smażyć słońce.

Wjeżdżając do małego niemieckiego miasteczka możnaby się spodziewać różnych rzeczy, ale chyba nie pomnika ku czci żołnierzy armii czerwonej… I co jest ciekawe to dokończyli tutaj swojego życia w walce z hitlerowcami przybywając aż z Dniepropietrowska!

Trasa wiła się wzdłuż rzeki Nysy a monotonię widoków przełamywały zmiany w zwierzętach jakie się nad rzeką pasły. Krowy, barany, krowy, barany… Dojechaliśmy do Frankfurtu nad Odrą gdzie jest most do polskiej strony ze Słubicami. Zjechaliśmy tam na obiad. Tomek wybrał dla nas miejsce, które trafnie ktoś nazwał „Obiady domowe Do Syta”. Zamówiliśmy sobie pełne zestawy obiadowe i najedliśmy się naprawdę do syta! Jeszcze tylko zakupy na kolację i śniadanie, bo podjęliśmy decyzję, by dzisiaj znów nocować na dziko. Wybór padł na brzeg Odry za Kostrzynem n/Odrą. Jeszcze tylko zostało nam tam dojechać.
W alternatywie był camping nieopodal.



Ciężko się jechało z pełnymi brzuchami zwłaszcza, że pojawiły się spore podjazdy. Po krótkim kryzysie jednak rozkręciliśmy się i dojechaliśmy późno, ale jednak na miejsce wytypowane na biwakowanie na dziko. Słońce już chowało się nieśpiesznie za horyzontem, ale udało nam się rozłożyć namioty i rozpakować przed jego zachodem.


Wypuściłem dronka – Bronka na zwiad i parę ujęć, a chłopaki poszli się wykąpać w rzece. Rzeka cieplutka – zachęcała do kąpieli. Skorzystałem więc i ja, bo po całym dniu niemal całe ciało jest lepkie od potu albo jakby posypane talkiem – to sól z potu. Gdy usiedliśmy zjeść i napić się piwa było już ciemno, więc nie siedzieliśmy zbyt długo. Ja byłem już tak padnięty, że mimo prób, nie dałem rady niczego napisać. Trudno – będę próbował zrobić to jutro…




A w następnej relacji o dziwnej enklawie do jakiej trafiliśmy i dość monotonnej choć pięknej trasie wzdłuż Odry już.
Dziękuję za Waszą uwagę,
VLQ on Tour
