Dzień 8 – Cannes – Cavalaire sur Mer FR

Obudziłem się wypoczęty, choć komary mnie trochę pocięły. Mój arabski sąsiad też wstał i od razu zaproponował mi kawkę. Ten to się urządził! Ma lodówkę, ekspres, namiot i Renault Talisman. Powiedział, że pracuje jako szofer (Hubert  – to chyba francuskie określenie szofera). Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. A ja zaraz jak się spakowałem, podjechałem do recepcji się rozliczyć i odzyskać kaucję za przejściówkę do prądu.

W recepcji była już inna babka. Policzyła mi za camping 37,5 euro. Myślałem że to dużo, bo więcej niż kosztowały mnie campingi w Szwajcarii. Później się okazało, że we Francji tak sobie liczą za campingi.
Ruszyłem w trasę. Słońce już zaczęło grzać. I znów podjazdy i w dół i do góry i znów w dół. Co chwilę mijali mnie rowerzyści na swoich ultralekkich szosówkach. Najwięcej starszych dziadków wystrojonych może nie w tak wysmakowany sposób jak Włosi, ale jednak. Z naprzeciwka też sporo rowerzystów. A ja sobie przystaję na zakręcie zrobić zdjęcie jeszcze jednego ładnego widoczku. W końcu, to piękne Lazurowe Wybrzeże.

Mijam po drodze miejscowości różnych „świętych nad morzem”, czyli Theole sur Mer, Saint Raphaël, a za Frejus udało mi się znaleźć sklep, więc kupiłem bagietkę, salami i ser żółty żeby wreszcie zrobić sobie śniadanie  i je zjeść. Za Frejus znów mam sklep, więc kupiłem Pulco – mój nowy ulubiony napój. Jest to tradycyjna francuska lemoniada ale bez dodatkowego cukru. Jest dość kwaśna, ale świetnie gasi pragnienie i jest z lodówki! Kawałek arbuza i dwie brzoskwinie oraz ciastka. Po drugiej stronie drogi jest plaża, więc stwierdziłem, że zrobię sobie przerwę przed Saint-Tropez. Popływałem w morzu, spłukałem sól, zjadłem owoce i poopalałem się chwilkę.

Ruszyłem do Saint-Tropez. Im bliżej centrum, tym więcej ludzi i samochodów. Po drodze widzę spore zbiegowisko, więc zatrzymałem się, jak się okazało przed posterunkiem żandarma z Saint-Tropez. Kolejka do wejścia do muzeum w tym budynku, więc odpuściłem stanie w niej żeby wejść do środka. Zrobiłem kilka zdjęć i pojechałem dalej wgłąb miasteczka.

Może kiedyś było tu więcej malarzy, ale teraz ich zbyt wielu nie widziałem. Wszystkie stoliki zajęte przy promenadzie wzdłuż portu. Moim zdaniem takie morze turystów zabija każdy klimat miejsca. Tak właśnie było wtedy w Saint Tropez. Kolejki do wszystkiego, ubikacji, lodów, stolika w restauracji. Szkoda było więc mojego czasu. Ruszyłem dalej, bo miałem dzisiaj zrobić 140km.

W międzyczasie podobnie jak co dzień, pisałem pytania do hostów w warmshowers. Zero odpowiedzi. Znalazłem camping przed Toulon. Dostałem rezerwację. Dalej drogę wytyczyłem już nie wzdłuż wybrzeża, a w poprzek półwyspu z Saint-Tropez. Zwątpiłem gdy zobaczyłem nachylenie. Sprawdzałem na mapie i nijak się tego ominąć nie dawało, więc zacząłem wspinaczkę. Po około godzinie wspinaczki w temperaturze ponad 40 stopni, stwierdziłem że ten ostatni litr wody który został mi w jednym bidonie w postaci ciepłej wody, to za mało. Jechałem przez piękne tereny pagórkowate poobsadzane wszędzie winnicami. Chateau takie, chateau śmakie. Ale nie ma domów. Bramy dobrych winnic też zamknięte. Nie mam więc gdzie kogoś poprosić o zimną wodę. Wspinam się dalej. Sytuacja robi się krytyczna. Zostaje mi pół bidonu ciepłej zupy która jest wodą. W końcu dojeżdżam do cywilizacji. Szybko rozeznuję się co gdzie jest i buch do sklepu. O rany! Nie macie pojęcia, jak szybko można wypić pierwsze 1,5 litra picia, tej francuskiej kwaśnej lemoniady! To był prawdziwy kryzys. Miałem wtedy wszystkiego dość. Chciałem wsiąść najlepiej do klimatyzowanego samochodu i kazać się odwieźć do domu.

Szukam restauracji, bo brakuje mi energii a wszystko poza sklepem i barem z drinkami zamknięte. Nie ma. Kupiłem i zjadłem więc owoca i jadę dalej. Woda uzupełniona. To była miejscowość Gassin.

Dalej niestety równie ciekawie. Ostro pod górę, krótko w dół i znów pod górę. I ta temperatura! Wiedziałem już, że nie mam szans zdążyć na camping przed zamknięciem. W końcu miasteczko La Croix – Valmer. Jest pizzeria otwarta. Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo smakuje w takich sytuacjach cokolwiek. Ciężko to opisać, ale sama woda z lodem i cytryną smakuje jak ambrozja. Każdy kęs pizzy w kryzysie energetycznym, to coś co ciężko opisać.

Usiadłem, znalazłem camping dość blisko, więc stwierdziłem że wystarczy wypruwania sobie żył na dzisiaj. Nie mam szans bym dojechał do Hyeres czy tym bardziej do Toulon. Tak zrobiłem. Gdy wreszcie dowlokłem się do Cavalaire sur Mer i dojechałem na camping, serce mocniej zabiło. Niestety. Nie ma miejsc szukaj sobie dalej. Ja wiem jak to działa, więc trochę się wkurzam. Nie jestem dla nich żadnym biznesem. Ot – wpadnę sobie na jeden dzień a w zasadzie na nie więcej niż 10 godzin. Wolą więc trzymać miejsce na jakiegoś łosia, który wpadnie na tydzień. Miejsca są, tylko chęci brak. Trudno, poturlałem się dalej. Na kolejnym campingu, opowiedziałem o swojej trudnej sytuacji, że mam mały namiot, że jedna noc, że nie mam już sił a zaraz reszta campingów będzie zamknięta… OK. Zgodzili się. Oczywiście w basenie już nie popływam, bo go zamykają o 19:00 czyli za 20 min a ja muszę jeszcze namiot postawić i się wykąpać, no ale mają sklepik i restaurację. Zamówiłem na godzinę 20:00 linguine bolognese a czekając na jedzenie już wykąpany i czujący się wreszcie jak istota ludzka, mogłem się w barze napić zimnych napojów z lodem. O tak! Pełna rozkosz! Co ciekawe, ponieważ oczywiście nie miałem rezerwacji stolika, to nie mogłem zjeść jak człowiek, tylko dostałem swoje jedzenie w plastikowym pojemniku. Pytam się, dlaczego nie mogę zjeść przy stoliku, przecież nie wszystkie są zajęte. Zjem szybko! Nie nie, monsieur, proszę wziąć jedzenie i zjeść sobie w namiocie! A czy mogę zjeść przy stoliku w barze wobec tego? Zgłupieli widząc nieszablonowe pomysły jakiegoś Polaczka. Oui… Tu są sztućce. Jeśli barman się zgodzi, no problem. Barman, mogę zjeść przy stoliku? I jeszcze panache poproszę! Naturellement Monsieur! No! I to ja rozumiem…

Dziwna ta sprawa z wakacjami Francuzów na campingach. Wszystko takie samo. Małe bungalowy, takie domki z tarasikami, niektórzy kamperami, inni z namiotami dużymi, tłoczą się na tych campingach. Płacą naprawdę drogo za te domki i campingi. Wieczorem muszą zarezerwować sobie stolik, inaczej nie zjedzą. Niewielu jedzie samochodem gdzieś indziej coś zjeść. Przy tym wszystkim trzymają dystans, taką barierę. Jakby chcieli utrzymać egalitaryzm, że oto my jesteśmy na wakacjach na campingu, więc jesteśmy wyjątkowi, a ty tu jesteś przypadkiem. Serio tak się czuję na campingach we Francji. Nawet w recepcji sposób prowadzenia ze mną rozmowy daje mi do zrozumienia, że „na pobyt na campingu trzeba sobie zasłużyć!” Czegoś takiego nie czułem w żadnym innym państwie. No i nie chodzi mi tutaj wyłącznie o ceny, bo ceny campingów we Francji, to coś abstrakcyjnego w porównaniu z resztą Świata.
Trochę zdołowany, że nie dojechałem do Toulon, ale serio zmordowany w końcu zasnąłem w namiocie czując się jak francuski creme de la creme, bo w końcu jestem na tym samym egalitarnym campingu co reszta Francuskiej elity 🙂

A w kolejnym odcinku dziennika podróży dojadę do Marsylii, ponoć najniebezpieczniejszego miasta we Francji. Każdy kto je zna, ostrzega mnie, żebym uważał na złodziei! Czy mnie okradną? Do zobaczenia!
Piotr i Wilk

Zostaw komentarz