Wstałem trochę później niż Chłopaki. Może dlatego, że oni są przyzwyczajeni wstawać wcześnie do pracy. Dla mnie wstawanie o 6 rano, to raczej wyjątek niż reguła. Namioty wilgotne. Dobrze że łazienki z prysznicami i ciepła wodą wygodne, czyste i nowe. Ten rodzinny kemping mogę spokojnie polecić. Jest przy szlaku EuroVelo R10 i poza serdecznymi właścicielami ma wszystko co potrzeba łącznie z pralką i punktami prądowymi. Czysto, podłoże równe. Super!
Chłopaki musieli chwilę na mnie poczekać, bo chciałem skończyć wstawianie relacji i latanie Bronkiem. Spakowałem się szybko i ruszyliśmy. Back on track!





Ale najpierw Żabka w Niechorzu obok latarni morskiej dumnie stojącej jakby była wyprężona do odznaczenia orderem za dokonania. Po wczorajszej imprezie tutaj, gdy na scenie tańczyły wystrojone na hinduską modłę dziewczyny do zawodzącego niemożebnie typa: „Hare Krishna Hare Hare, Hare Rama, Krishna Rama”… Wczoraj był tu dzień kultury indyjskiej. Picie kupione, bidony napełnione, to jedziemy na Kołobrzeg.

Ani się zorientowaliśmy, a przejechaliśmy przez las i stanęliśmy w Mrzeżynie na kawę i gofry. Nie ma pośpiechu. Celebrujemy piękną pogodę, dobre towarzystwo i to że mamy czas i możliwości.




To nie był długi odcinek więc sprawnie go pokonaliśmy zwłaszcza że szlak był dobry, asfaltowy, więc jechaliśmy sprawnie. No może z krótkim postojem na sformatowanie karty sd w moim GoPro, bo przestało nagrywać ze względu na błąd karty.
Żelu zadzwonił na kemping który znał w Kołobrzegu. Mieliśmy więc pewność miejsca. Jechaliśmy tam i dostrzegłem baner, że Kołobrzeg stara się o tytuł rowerowej stolicy Polski… No to musi się jeszcze bardziej postarać, bo dwa razy na krawężnikach najazdowych na ścieżce rowerowej tak podskoczyłem, że mi się sakwa wypięła. Raz całkowicie, a raz utrzymała się na jednym haku. Oprócz tego by wjechać na kładkę nad torami, nie można skorzystać z windy, a trzeba pchać rowery po najazdach dla wózków. Niby nic, no ale w stolicy rowerowej Polski, to raczej nie wypada…


Postawiliśmy namioty na kempingu, odświeżyli się i poszliśmy na plażę i obiad. Na plaży fajno jest. Tłum ludzi, parawany, głośniki z których dobiega kakafonia zmiksowanego disco polo, hip hopu, popu i co tam jeszcze. Drące się dzieciaki, jeszcze bardziej drący się rodzice i dziadkowie. Nie przeszkodziło to jednak mi i Tomkowi się zdrzemnąć w słońcu.
Gdy wychodziliśmy z plaży zwróciliśmy uwagę na toalety przy wejściu na plażę. 10zł za wstęp… Tak! To nie żart. Wcześniej widzieliśmy opłaty rzędu 3 zł i 5 zł, ale 10 zł, to prawdziwy rekord. Poszliśmy do restauracji na obiad i najedliśmy się do syta. Jeszcze tylko małe zakupy na śniadanie, bo na kolację nie byliśmy wystarczająco głodni i do namiotów spać, bo pobudka o 5:30!

Próbuję zasnąć pisząc jeszcze w namiocie relację. W tym czasie, obok mojego namiotu, grilla rozpalają o 22:30, przy drugim już mocno wstawieni zaczynają się przekrzykiwać, gra muzyka i nagle huk! To jakiś wyrośnięty grubasek wpadł w mój namiot. Wyszedłem i sprawdzam. Na szczęście szpilki zostały. Ani przepraszam, ani nic. Flip flop flip flop – poczłapał do toalety. Niedługo później znów słyszę te jego klapki i znów wpadł „w moje sidła”. Już mi się nie chciało wstawać. W końcu zasnąłem. Jutro muszę odprowadzić Chłopaków na dworzec i ruszam już sam przez nasze polskie wybrzeże disco polowe.
A już w następnej relacji o mojej samotnej już drodze z Kołobrzegu do Darłówka i o tym, jak pogoda zmienną jest…
TUTAJ znajdziecie ślad naszej trasy na Stravie.
Dziękuję Wam za uwagę,
VLQ on Tour
