Dzień 9 – Cavalaire sur Mer – Marseille

Wczoraj kupiłem po przyjeździe do campingu 1,5l butelkę picia. Dzisiaj rano zostało mi już tylko dwa łyki. W tych upałach wypijam w ciągu dnia między 6 a 7 litrów różnego picia. Od wody, przez izotoniki, po lemoniady i radlery. Czas zmykać z tego „egalitarnego” campingu i ruszać na Marsylię. Camping Bonportou w Cavalaire-Sur-Mer będę pamiętał jako położony na wzniesieniu, więc każda wycieczka do toalety, baru, restauracji, sklepiku, to była później wspinaczka do namiotu. Jest tutaj basen, ale niestety do godziny 20, więc zanim się wykąpałem, był już zamykany. Noc kosztowała mnie 36,66 €. I wcale nie czułem się jakoś „élitiste” – elitarnie…

Początek, jak zwykle ostatnio, zaczyna mi się od podjazdów. Humor poprawia jednak wschodzące słońce pięknie oświetlając za mną pagórkowate brzegi morza. Zatoczki porośnięte coraz bardziej karłowatą roślinnością. Im dalej kieruję się na zachód, tym większe zmiany w roślinności się pojawiają. Tak jakby było coraz bardziej pustynnie. Więcej przestrzeni skalistej, nieporośniętej roślinnością. Wyschnięte kanały, koryta rzek. Sucho. Tabliczki z ostrzeżeniem o ryzyku zaprószenia ognia. I słońce. Grzeje jak cholera! Do godziny 10 jest znośnie, ale później już jest ostro! Wyjdziesz z cienia i momentalnie czujesz uderzenie gorąca. Jakbyś wszedł do nagrzanej do czerwoności sauny! Ale trzeba jechać. Przekuwać godziny na kilometry i jechać. Jak jedziesz ponad 17 km/h to wtedy czujesz, że słońce praży skórę, ale pęd powietrza powoduje delikatne chłodzenie. W efekcie mam wrażenie że się nie pocę. A przynajmniej jak się zatrzymam nie w cieniu, to w ciągu 2 minut mam całe ręce mokre od potu. Wręcz czuję jak momentalnie ciało próbuje chronić się przed przegrzaniem. Jadę, to wtedy chłodzenie potem zastąpione jest przez chłodzenie powietrzem. To robi dużą różnicę.  Idę mam więc wyjścia. Muszę cały czas jechać!

Między Cavalaire-Sur-Mer a Le Lavandou dostrzegłem otwarty sklepik. Było kilka minut po 9. Kupiłem świeże bagietki, salami Rosette, sery żółte w plastrach, pomidory, jogurty i dużo picia. Usiadłem na ławeczce nieopodal z widokiem na plażę i zacząłem sobie przygotowywać śniadanie. Plaża prawie pusta. Dosłownie trzy rodziny rozstawiały swoje koce, parasole, dmuchały zabawki dla dzieci. Obserwowałem to z uśmiechem. Spora różnica między tym co widzę tutaj a tym co się dzieje w Polsce nad morzem. Cinek zrobił zdjęcie ze swojego wypoczynku nad morzem w Polsce, że jest „po staremu”. Najlepiej koło 6 przyjść, rozstawić parawany, przyklejać tym samym najlepsze miejsce, bo później będzie krucho. Tutaj we Francji tego nie ma. Nawet parawan widziałem dopiero później po raz pierwszy. I to dosłownie raz, bo wiał mocny wiatr i parawan ten miał uzasadnienie pełne.
Przez myśl mi przeszło, że też bym się wykąpał, ale bardziej zależało mi na znalezieniu noclegu na dzisiaj. Wysłałem dokładnie 12 wiadomości do osób z warmshowers mieszkających w Marsylii. Wysłałem pytania o camping do 3 campingów. Musi być dobrze! Z tą myślą na resztę dzisiejszego dnia ruszyłem dalej.

Trasę zaplanowałem na dzisiaj najbardziej optymalną, jak się dało. Omijałem Toulon i tym samym wchodziłem nieco wgłąb lądu. Chodzi mi o to, że trzeba się szanować w takich upałach i nie zmuszać niepotrzebnie do zbyt dużych podjazdów. Na trasie miałem takie wzniesienie, którego nie dawało się ominąć. Mogłem jedynie wybrać wariant ostrego podjazdu na 480 m z poziomu morza albo na 460 bardziej stopniowo, nie tak ostro. Wybrałem oczywiście ten drugi wariant, ale wiązało się on z odbiciem od morza. Wiedziałem więc, że dzisiaj koło południa nie zrobię sobie przerwy na schłodzenie się w morzu.
Jechałem terenami na których roi się od winnic. Naprawdę widać tutaj jak ważną gałęzią przemysłu jest tutaj produkcja wina. Przejeżdżałem przez malutkie miejscowości położone pomiędzy nimi. Oczywiście, gdy tylko do nich dojeżdżałem, od razu rozglądałem się za czymkolwiek, gdzie mógłbym kupić świeżą zimną wodę i jakąś lemoniadę. Często w takich małych mieścinach jest przynajmniej jedno miejsce gdzie jest cafe, bar albo restauracja. Najczęściej stoliki rozstawione są na zewnątrz pod jakimś wielkim platanem dającym cień lub ewentualnie pod parasolami. Zatrzymywałem się więc by usiąść odpocząć, napić się coś zimnego, złapać oddech i wytchnienie od skwaru.
Przy stolikach popijając kawę, przegryzając croissant siedzieli miejscowi zatopieni w swoich rozmowach. Czas leniwie płynie.

W zależności od sytuacji, czasem zamykam swój rower zapięciem, gdy chcę skoczyć do toalety, czasem widzę, że nie ma takiej potrzeby. Pytam barmankę, czy może rzucić okiem na rower, pokazując dwoma palcami na oczy i na „Velo”. Uśmiech, „oui” i już! Nie muszę ściągać GoPro z kierownicy, zabierać, portfela, telefonu i tracić na to czasu. Jednak gdy przystaję w miejscu gdzie jest więcej ludzi, czuję, że muszę być bardziej ostrożny. W Signed usiadłem właśnie przy takim stoliku gdzie spokojnie płynie czas.

Belgentier przed Signes

Zanim jednak dojechałem do Aubagne, ostro musiałem się napracować. Gdy tylko zobaczyłem stację paliw ze sklepikiem, od razu zjechałem. Nie wszystkie stacje paliw bowiem we Francji mają sklepik. Tutaj akurat nie było wielkiego wyboru, więc kupiłem moje ulubione Pulco. Dwa, bo były tylko małe.

Pulco -pyszna tradycyjna lemoniada z Francji

Mogłem jechać dalej. Wtedy już dostałem potwierdzenie z campingu, że mnie zapraszają, ale dostałem też wiadomość od Celine, że jak tylko jej chłopak wróci z pracy o 16:30, to da mi znać, czy mogę się u nich zatrzymać na noc w Marsylii. Zgodził się. Zapytała mnie jeszcze, czy mam jakieś preferencje żywieniowe, bo będą robić jedzenie. Nie mam żadnych, bo zjem wszystko. Bardzo się cieszyłem, że wreszcie po raz pierwszy na mojej trasie ktoś w końcu odpowiedział na moje wołanie! W końcu chodziło mi o to w tej wyprawie, by poznać nowych ludzi, poznać ich zwyczaje, ich historie. Nie chciałem tylko przemieścić się z punktu A do punktu B jak w klimatyzowanym samochodzie jadąc w korytarzu autostrady pomiędzy dwoma ekranami dźwiękoszczelnymi lub w tunelu. Zależało mi na tym, by chłonąć wszystkimi zmysłami wszystko dookoła w trakcie podróży. A jedną z najważniejszych rzeczy było dla mnie, by poznać nowych ludzi! I nie chodzi tutaj o pieniądze, że gdy nocuję u kogoś z warmshowers, to nic za to nie płacę. Dlatego byłem naprawdę szczęśliwy, że Celine i Christophe zgodzili się mnie dzisiaj ugościć.

Byłem jednak głodny. W końcu moje spoczynkowe spalanie organizmu jest na poziomie 2100 kalorii. W trakcie tych 10 ponad godzin netto i 120 pokonanych kilometrów spaliłem ponad 2700 kalorii. Czyli moje zapotrzebowanie dzienne jest łącznie 4800 kalorii! Poza tym, że mogę praktycznie bezkarnie jeść co chcę, trzeba to jeszcze robić… Dlatego stwierdziłem, że nie mogę się udać w gościnę głodnym, bo wyczyszczę im całą lodówkę! Widzę McDonald’s w Aubagne. Zatrzymałem się. Mogę tu szybko bez zbędnych ceregieli załatwić toaletę, umyć twarz, bo sól z potu piecze oczy, szybko coś zjeść i ruszać dalej. Nie lubię McDonald’s. Wolę inne burgery, ale nie chcę też przyjechać zbyt późno do moich Gospodarzy. Zamówiłem Big Maca w zestawie z frytkami i dużą Colą. Ale! Zanim wszedłem, to musiałem pokazać mój paszport szczepienny (nazywają go tutaj zielonym paszportem). W środku wszyscy w maskach. Powiem szczerze, że w tym McDonald’s była najwolniejsza obsługa z jaką się spotkałem na całym świecie! Na zamówione rzeczy czekałem ponad 20 minut! Rekord! No a teraz, ponieważ wiecie, żem Burger Lover… Big Mac w porównaniu z flagowym Whooperem z Burger King, to totalna katastrofa. Mięso płaskie, w ogóle niesoczyste, jak papier. Ogólnie, to nawet nie chce mi się pisać o tym Big Mac. Omijać będę z daleka. Whooper w porównaniu, to przede wszystkim smak mięsa opalanego ogniem, mięso soczyste i grubsze. A całą resztę zwłaszcza z plasterkami sera topionego przemilczę. Jednak starcie tych dwóch sieciowych flagowców zdecydowanie wygrywa Whooper. Howgh!

Big Mac przegrał z Whooperem

W Marsylii całkiem sporo górek, więc i podjazdów trochę musiałem zrobić, aż w końcu udało mi się trafić do moich Gospodarzy. Zadzwoniłem domofonem i pojawili się na dole. Pomogli mi schować rower w schowku na parterze i poszliśmy na piętro do ich mieszkania. Bardzo miło ludzie! Mieszkanie w starej kamienicy urządzone ze smakiem. Mnóstwo regałów z książkami i komiksami, których wielkim fanem jest Christophe! Od razu złapaliśmy dobry kontakt i swobodnie rozmawialiśmy po angielsku. Gdy się odświeżyłem pod prysznicem, skoczyłem do sklepiku obok po winko do kolacji i jeszcze więcej picia, by uzupełnić straconą wodę. Zrobiłem pranie, korzystając z uprzejmości moich Gospodarzy. Później Christophe przygotował pyszną kolację podczas gdy z Celine rozmawialiśmy o mojej dalszej trasie, co warto a co nie. Krzysiu przygotował tagliatelle jak dla całego pułku wojska! Do tego pesto jego własnej roboty- przepyszne! Pomidorki, parmeńska szynka i jeszcze sporo innych rzeczy na stole. Popijając winko jedliśmy żywo dyskutując, jakbyśmy się znali od lat! Bardzo miła atmosfera, pełna otwartość, żywe zainteresowanie. Opowiedzieli mi o swoich planach, więc wiem, że jest naprawdę duża szansa, że pojawią się w Polsce i szczerze mam nadzieję, że zawitają do mnie! Bardzo będzie mi miło!

U Celine i Christophe

Po kolacji i przekonaniu mnie, że lepiej będzie pojechać jutro do Montpellier pociągiem niż męczyć się w upale, bo niewiele ciekawego jest po drodze a jest odcinek o którym mówili, że jest bardzo niebezpieczny, zwłaszcza w takich szalejących upałach, pojechaliśmy rowerami pozwiedzać Marsylię nocą. Oczywiście usłyszałem od Celine i Krzysztofa, że trzeba uważać na złodziei. Ruszyliśmy w dół do portu. Ale tutaj tłumy! W pewnej chwili już na samym dole przy porcie poczułem się jakbym był w jakimś arabskim porcie. Bardzo podobnie do Ulcinj w Czarnogórze, albo egipskie miasto, czy to Tunezyjskie. Wieczór, jeszcze parno, tłumy ludzi pomiędzy którymi trzeba się przeciskać. Jedyna różnica, to że nie było słychać nawoływań z minaretów. Spytałem o to moich Gospodarzy, powiedzieli, że są meczety, ale nie wolno im na cały regulator drżeć się z minaretów nawołując do modlitwy. I dobrze…

Pięknie podświetlone stare budowle Abbaye Saint-Victor, Bazyliki Notre Dame de la Garde na szczycie góry, na końcu portu na dole budynek Fort Saint-Nicolas i jeszcze Cathedrale La Major. Pomiędzy starymi budynkami od niedawna stoi jeszcze nowoczesny budynek Muzeum Cywilizacji Europejskiej i Śródziemnomorskiej. Zbudowano go w miejscu gdzie były niedawno jeszcze magazyny portowe. Teren dookoła tego muzeum wyłożony jest szutrem, więc jest sporo miejsca jeszcze na zagospodarowanie w przyszłości. Pięknie to wszystko razem wygląda nocą, podświetlone różnokolorowymi iluminacjami!

Miałem ochotę na lody, więc ruszyliśmy w poszukiwaniu jakichś, bo było już późno i sporo miejsc było zamykanych. Udało się znaleźć, usiedliśmy. Widziałem jak nerwowo i czujnie Christophe kontroluje nasze rowery. Udzieliła mi się również jego czujność gdy w pewnym momencie kolejka do lodów urosła tak bardzo, że stała obok naszych rowerów. Jakiś facet stojący ze swoją dziewczyną w kolejce stwierdził, że położy sobie rękę na mojej kierownicy roweru. Christophe zwrócił mi na to uwagę. Na kierownicy miałem założony mój licznik GPS i kamerę GoPro. Obserwuję go i widzę, że rozmawia ten facet ze swoją dziewczyną oglądając co ja tam mam na kierownicy. Zareagowałem w tej samej sekundzie co Krzysztof gdy facet nagle położył rękę na liczniku i GoPro. Upomnieliśmy go grzecznie, żeby tak nie robił, skończyliśmy lody i ruszyli spowrotem do domu. Usłyszałem od nich, że tu w Marsylii często się zdarza, że kradną telefony czy jakieś inne rzeczy. To samo słyszałem od innych moich znajomych mieszkających we Francji a słyszących, że będę w Marsylii… „Uważaj na złodziei”. Mimo wszystko nie czułem zagrożenia i nie było tak źle.

Po powrocie do domu, dość szybko położyliśmy się spać, bo następnego dnia, ja miałem jechać pociągiem do Montpellier, a Celine i Christophe jechali w odwiedziny do kogoś samochodem (chyba do siostry, ale nie jestem pewien). Celine & Christophe MERCI BEAUCOUP pour votre hospitalité et votre amitié!

A już w następnej relacji z mojego dziennika podróży, dostanę się do Montpellier gdzie poznam Yannicka i Sophie, którzy prowadzą mały lokalny browar. Do zobaczenia jutro!

Piotr i Wilk

2 komentarze

  1. Proud to be on your blog!
    And I hope we can visit you in the future in Poland! I’ll try to bring you pesto!
    Have a safe trip, Piotr!

    1. Thanx Christophe! You know, that I’m waiting for You in Poland! Let’s keep in touch Bro!

Zostaw komentarz