Dzień dziewiąty: Węgorzewo – Gruszyny, 115km

PODSUMOWANIE DNIA DZIEWIĄTEGO:

Patrząc z perspektywy na dzisiejszy dzień, mam obawy o to, co będzie jutro. Ale po kolei.
Dzisiaj przejechałem 115,3 km w 6 godzin jazdy po odliczeniu postojów a to na odpoczynek, na sprawdzenie na mapie gdzie jechać, bo oznakowanie na tym odcinku fatalne (jakby to takie oczywiste było gdzie i jak jechać) przez pięć skrzyżowań brak znaku, przez kilka kilometrów słupków GV nie ma. Postoje też na zrobienie zdjęcia, poprawienie zasilania SmartPhone, bo od tych wibracji już wszystko siada i zrobienie zakupów. Bez paliwa i ja nie pojadę 🙂 . Średnia prędkość wyszła 19,07 km/h. Dzisiaj przekroczyłem 1000km całkowitej trasy i ostatecznie zamknąłem w 1090. W sumie jadę już 53:58 h.

Dlaczego się tak rozpisałem o statystykach? Bo niewiele jest do opowiedzenia po tym dniu. Wyjechałem z Węgorzewa jak już przestało lać. Było zimno, ale z nowymi legginsami ocieplającymi i nową kurtką już było dobrze. W Węgorzewie oznakowanie już zapowiadało co będzie przez resztę dnia. Ciągle sprawdzałem na mapie smarta. Swoją drogą aplikacji GreenVelo – niedorobionej, ale wystarczającej do zorientowania się, czy dobrze jadę.

Krajobrazy się zmieniały diametralnie. Coraz bardziej płasko, co mnie zmęczonego już cieszy. Co chwilę jeziora mazurskie. Im dalej, tym mniej zabudów, sklepów, noclegów, czegokolwiek. Zadupie… Zacząłem dzwonić do Pieniężna szukając noclegu. Bo decyzję podjąłem znów: „olać GV zygzaki i przyspieszyć nieco”. Niestety z noclegami lipa. A bo sobota, bo wesele, bo długi weekend… A miejsc niewiele. Nic, jadę dalej i kombinuję. Jak zaczęło mżyć za Węgorzewem, tak „1” padało aż do Korszy. Przed Korszami lunęło „3”. Na szczęście przystanek był blisko. Przeczekałem ulewę. W Korszach miałem plan zjeść obiad. Dobry plan. Złe miejsce. Czekając aż pociąg przejedzie na rogatkach zapytałem tubylców, gdzie można dobrze zjeść. Wskazali po drugiej stronie torów budyneczek „pasibrzuch”. Fastfood. Spytałem o inne miejsce, to kręcą głowami, że nie ma. „Panie, to dziura jest! Tu jest jedno skrzyżowanie i tyle. Jedź Pan do Kętrzyna, tam więcej wszystkiego”. Zaszedłem do tego baru. Wziąłem herbatę, stripsy z kurczaka (sztuk 3) z frytkami i surówką. W menu kebab, hamburger, hot dog, zapiekanka… Masakra. Do tego „jemy na zewnątrz”. A ja mokry i zziębnięty. Słońce wyszło, to stanąłem i się grzałem. Stamtąd pojechałem do Sępopola. Niestety już nie ścieżką rowerową, a ulepianką-drogą. Niby asfalt, ale dziurawy i terepie gorzej niż na leśnej ścieżce. Ale jedziesz szybciej.

Później dojechałem do Bartoszyc. Ponieważ już nie padało, zrobiło się ciepło, postanowiłem pojechać drogą 512 do Pieniężna. No niemożliwe, że nie będzie noclegu po drodze! W Górowie Iławeckim stanąłem na skrzyżowaniu, obdzwoniłem wszystkich w Pieniężnie i widząc zapadający za szybko zmrok i zbliżającą się chmurę, zacząłem dzwonić po noclegach w Górowie. Dopiero za którymś razem kobieta się ulitowała i „przygarnęła kropka” do budy dla wędkarzy nad stawem.

Dzisiaj mam dotrzeć do Elbląga. Będzie ciężko. Dużo kilometrów, bo od Pieniężna będzie zygzak GV. Mam nadzieję, że w Elblągu hotel jakikolwiek jest i ma 1 pokój dla mnie. Baza noclegowa w tej części, to masakra do kwadratu. Zbieram się, ubieram ciepło, bo zaczyna padać i jadę dalej!
Myk myk 😀

TUTAJ ślad trasy z endomondo, które za Bartoszycami się samo wyłączyło…

Zostaw komentarz