Podsumowanie ostatniego jedenastego dnia wyprawy:
Pokonałem dzisiaj 90,89 km w ciągu mniej niż 5 h. Cała wyprawa zamknęła się w 1309 km pokonanych w ciągu 65h.
Zważywszy na ogromną różnorodność tras i większą niż oczekiwałem trudność tych tras, uważam ten wynik za satysfakcjonujący.
Elbląg żegnał mnie łzawie, lekko kropiąc. Spodobało mi się to miasto. Naprawdę coś w tej atmosferze spowodowało, że zbliżyliśmy się. Niewiele jest takich miejsc dla mnie. Budapest, Bydgoszcz, Augsburg, New York i teraz jeszcze Elbląg. Wylatując z miasta trafiłem jeszcze na tablicę oznaczającą koniec trasy GreenVelo.
Przestało padać, ale wiatr się wzmagał. Oczywiście północny, a ja znowu musiałem na północ. Najbardziej męczący że wszystkiego jest silny wiatr w twarz. Asfalt się skończył i znowu dupsko klepane niemiłosiernie było że względu na betonowe płyty. Taki pomorski pomysł. Później znowu szutr gruboziarnisty 🙁
Świadomość, że dzisiejszy etap nie dość że jest ostatni, to miał być około 65- kilometrów, dodawała skrzydeł i jechałem dalej. Im bliżej Gdańska, tym cieplej. Słonko nieśmiało zaczęło wyglądać zza chmur. Wiatr nie odpuszczał do końca dzisiejszego dnia. Od Jantaru zaczęła się przaśna rzeczywistość urlopowa kurortowa. Co krok obiady domowe za 15 zł zestaw, gofry i lody świderki. Co krok jakieś nikomu niepotrzebne badziewie pamiątkowe. Must have! Smród zużytego oleju smażalni ryb, gofrów, naleśników, papierosów i tłumy ludzi-zombie. Snujących się jeden za drugim człap, człap, człap. Od budy do budy. Nie widzą nikogo i niczego, wyłączyli myślenie. Są w trybie „stand by”. Włażą Ci prosto pod koła nagle, wkraczają na jezdnię, na ścieżkę rowerową bez zastanowienia. I dopiero jak słyszą pisk moich zmęczonych hamulców powolnym flegmatycznym ruchem obracają łby i nawet grymas zdziwienia pomieszany z zaskoczeniem odmalowuje się na ich twarzach jak w zwolnionym tempie. W ciągu 3 sekund. Normalnie zajmuje to ułamek sekundy, czyż nie? Nie w przypadku żywych umarlaków – turystów.
Za Jantarem przeprawa promowa bardzo sprawnie przeniosła mnie na rogatki Gdańska.
Jadąc z peryferiów do centrum dopóki nie było ścieżek, nie było bezpiecznie. Nawet mimo tablic z prośbą o zachowanie minimum 1 m odległości od rowerzystów. Później po ścieżkach jakoś to leciało. I znowu turyści idący bezmyślnie, jak bydło – z wózkami, dziećmi na rowerach biegowych nie patrząc – włażą prosto pod twoje koła, gdzie to Ty masz prawo się poruszać po tej ścieżce, bo jest rowerową a ty na rowerze. Ich chodnik ma 6m szerokości. Twoja ścieżka 1,5m. I jest czerwona, a co 20m jak byk namalowany rower. Ale nie. Janusz z Halyną Ci się wpierniczy razem z całą rodziną swą prosto pod twoje koło i jeszcze wydrze na Ciebie, że to ty jeździsz jak wariat! Ta droga ma zwiększyć bezpieczeństwo wszystkich: pieszych, rowerzystów i kierowców pojazdów, tylko do cholery niech zaczną ludzie myśleć. Na ulicę tak nie wtargnie, bo zginie, ale pod rower… Niech rowerzysta uważa. Zrzucanie odpowiedzialności na innych. Od jakiś 20 lat obserwuję to narastające zjawisko. Zaczyna się w szkole. Kiedyś jak była pała z matmy, to dzieciak dostawał pasem, bo się nie nauczył. Teraz to pani nauczycielka jest winna, bo nie wie, jak Jasia nauczyć, a to taki zdolny chłopiec jest. Kiedyś ktoś zrobił sobie kuku wrzącą herbatą, to następnym razem wiedział że to boli. Teraz to McDonald jest winien, że się poparzyłeś, bo nie poinformował cię odpowiednio na kubku „uwaga! Gorące!”. To nie jest wina złego zachowania i wychowania lecz ADHD, dysleksji, dysortografii itd. Ale to nie moja wina… Zapędziłem się. Ale uwierzcie mi, mając 11 dni praktycznie sam na sam, miałem dużo czasu na przemyślenie wielu kwesti.
Wiedziałem, że o 15 odpływa prom na Hel z Sopotu i płynie 1,5h. Dlatego starałem się jechać szybko i dlatego tak wkurzali mnie zombiaki turyści. Najszybsza trasa rowerowa była przez starówkę, co mnie cieszyło, bo dawno tam nie byłem. Niestety zmieniłem zdanie na miejscu. Oprócz standardowych niekończących się straganów i masy turystów było jeszcze sporo wydzielonej przestrzeni w środku ogrodzonej barierkami. W Gdańsku dzisiaj maraton solidarności! Mam pecha. No to myk. Myk. Myk. I stoję. Stoliki restauracji, 30cm przesmyku, balustrada, dobiegający maratończycy i dalej w odwrotnej kolejności. Wszyscy stoimy, bo z jednej i z drugiej strony turyści z wózkami z dziećmi się nie wyminą. I ja z moim dużym, obładowanym sakwami rowerem. Jak już wreszcie się wydostałem z tego korka, ruszyłem w bok. Tam sporo sapiących maratończyków, którzy ukończyli bieg. Jak już się wydostałem i ruszyłem dalej, zorientowałem się, że nawigacja Google podaje, że dojadę o 14:43. Luźna guma, myślę sobie i pędzę dalej. Nabrzeżem. Bo ścieżka ciągnie się wzdłuż wybrzeża razem z deptakiem dla pieszych. Dobra już tyle o zombiakach i bezmózgich matkach. Wkurzają mnie i tyle.
Docieram do sopockiego molo i szukam kasy. Nie mogę znaleźć. Pytam w jednym, drugim miejscu, podają inne lokalizacje, ale nie poprawne. W końcu znajduję okienko, rzucam : ” normalny i rower” za późno, pani odpowiada. I pokazuje karteczkę na szybie, że najpóźniej 20 min przed godziną startu można kupić bilety. Mówię: nawet nie wie Pani z jak daleka jadę na ten Hel… Bilety! Masz Pan bilet na molo leć Pan szybko, to może przy promie Pan jeszcze kupi. No to zasuwam, choć nie wolno na rowerze jeździć po molo i dzwonię dzwonkiem na zombiaków. Na większość pomaga. Po dłuuugiej chwili dotarłem jednak do promu mówię, że jeszcze ja z rowerem. „Leć pan na górę do kasy, to zdążysz”. Udało się! Zdążyłem. Szczęśliwy usiadłem, podpiąłem SmartPhone do ładowania z gniazdka i zacząłem dzwonić za noclegami w Helu. Coś znalazłem. Teraz jeszcze transport powrotny do Rzeszowa. Pati rozmawiała ze mną na messenger i pomagała mi znaleźć. Pendolino – bez szans. Inne połączenia, to kilka przesiadek i naście godzin jazdy. W końcu pojawiło się połączenie polskim busem z Gdańska do Rzeszowa jednym ciągiem. Ale dzisiaj. O 23:30. Szybka decyzja.
Po wylądowaniu na Helu, najpierw kupiłem bilet powrotny promem, który dociera o 22:00 do Gdańska. Później znów musiałem przebrnąć przez tłumy turystów mijając stragany z badziewiem, goframi, lodami i słowackimi i węgierskimi „trlinkami” takie rury z ciasta obklejone cukrem, kakao, orzechami do wyboru do koloru i opieczonymi. Najpierw chciałem się dostać na plażę. Do EB Hel spot licząc na spotkanie z Osą. Dojechałem na miejsce, ale Osy nie było, a na wiadomości nie odpisywał. Zostawiłem rower w barze na plaży i poszedłem się wykąpać w morzu. Byłem jedyny który wlazł do takiej zimnej wody. No ale mnie nic nie powstrzyma!
W końcu to po to ta cała wyprawa! Dla tych 5 minut kąpieli w Bałtyku! Było wspaniale! Wiało, ale Słońce świeciło więc mnie grzało. Do tego radlerek. Zasłużyłem sobie, czyż nie?
Później zjadłem zasłużoną zupę rybną po kaszubsku i dorsza. Oł jeee!
W drodze powrotnej promem poznałem jeszcze Niemców – dziadka z wnuczką na rowerach. Pomogłem im trochę, bo nie rozumieli polskich komend ekipy promowej. Okazało się, że przejechali całe wybrzeże od Świnoujścia, a są z Berlina.
W Gdańsku jakoś udało mi się przekonać kierowcę, żeby zabrał mój rower mimo iż nie był zapakowany jak w regulaminie.
I w taki sposób zmierzam do Rzeszowa polskim busem.
To już koniec wyprawy. Dla chętnych będę wrzucał jeszcze podsumowanie i opis sprzętu, by każdy chętny mógł wyciągnąć wnioski z moich błędów i doświadczeń.
Tradycyjnie TUTAJ jeszcze wrzucam ślad GPS z endomondo z wykresami prędkości, tętna…
















