Koh Pha Ngan – Wyspa imprez

Koh Pha Ngan to piąta pod względem wielkości wyspa Tajlandii. Powinno się nazwę wymawiać jako „Ko Panjan”, o czym my się dowiedzieliśmy dopiero po powrocie do Polski, dlatego przez cały pobyt tam mówiliśmy jak typowi amerykańscy turyści „Ko Fangan”. Ehhh… Wyspa oddalona o 70 km od lądu i o 12 km od większej Koh Samui (którą odwiedziliśmy wyłącznie w celu przesiadek z promu na prom.
Koh Pha Ngan jest znana na całym Świecie głównie za sprawą odbywających się raz w miesiącu imprez na plaży w Haad Rin,czyli południowej części wyspy. Imprezy te trwające całą noc odbywają się w czasie pełni księżyca, więc data jest podyktowana kalendarzem księżycowym. Cała plaża Haad Rin jest wówczas zajęta półnagimi imprezowiczami trzymającymi plastikowe wiaderka z alkoholem i podrygujący w rytm muzyki. Bawi się wówczas 10 do nawet 30 tysięcy osób. Największe imprezy odbywają się w Sylwestra.
Ale nie samą imprezą wyspa żyje! Ma do zaoferowania turystom znacznie więcej niż tylko jedną noc w miesiącu na pijaństwo i balangę…

Żeby dostać się na Koh Pha Ngan z Koh Tao, trzeba popłynąć promem. Do portu w Koh Tao przewiózł nas bardzo miły człowiek z naszego Seashell Resort. Tym samym potwierdzając, że naprawdę starają się tutaj bardzo o satysfakcję klientów. Podejrzewam, że w innych miejscach trzeba sobie załatwić taksówkę. Po dojechaniu na miejsce okazało się, że musimy jeszcze szybciutko przejść z walizkami jakieś 300m, bo nasz kolega sympatyczny mógł nas dowieźć tylko do głównego portu. Tym razem płynęliśmy promem firmy Songserm. Na miejscu okazało się, że oprócz nas turystów chcących się wydostać z wyspy jest sporo. No i oprócz tego, że nasz prom się spóźnia.

Sama łódź była średniej wielkości porównując ją do poprzednich, jakimi się poruszaliśmy wcześniej. Zapełniona było absolutnie po brzegi, do tego stopnia, że część ludzi musiała stać, bo nie było już miejsc siedzących. Bagaże również były powrzucane w przedziale pasażerskim, bo miejsce gdzie normalnie były złożone okazało się być zbyt małe. Duszno ciasno, ale atmosfera wśród turystów serdeczna, więc nie było źle. Trochę bujało, na szczęście nikt nie zmienił kolorów, tak swoich jak ubrania sąsiadów. Sukces. Dopłynęliśmy.

Trochę trwało zanim wydostaliśmy się z łodzi ze swoimi bagażami. Później zaatakowali nas taksówkarze pokrzykując nazwy różnych ośrodków na wyspie. Olaliśmy ich i poszli dalej aż doszliśmy do charakterystycznych taksówek „na pace” zwanych tutaj „song teaows”. Wiedzieliśmy, że to o wiele tańszy środek transportu a efekt taki sam. Popytaliśmy kilku kolesi i w końcu jeden z nich wskazał, do której taksówki mamy wsiąść. Dopiero jak pozbierał się komplet pasażerów, pojechaliśmy do naszego ośrodka, czyli do „Paradise bungalow”.

Nasz ośrodek położony był przy słynnej plaży Haad Rin na której odbywają się cykliczne imprezy o nazwie „Full Moon Party”. Dostaliśmy zarezerwowany przez booking domek – bungalow dość blisko od plaży, bo oddalony o jakieś 150 m. Co prawda plaży widać nie było, ale pomiędzy drzewami można było z tarasu dostrzec kawałki morza. Domek w porządku z dużym tarasem na którym można było w cieniu usiąść i chłonąć jod i słuchać szumu i dźwięków różnych zwierzaków.

Plaża Haad Rin jest położona po wschodniej stronie, dlatego na niej warto się wybrać wcześnie rano pooglądać spektakl „światło i dźwięk” wyłaniającego się zza linii morza Słońca. Wzdłuż plaży co rusz są rozmieszczone restauracje i bary, które działają zwłaszcza wieczorami. Po zmierzchu bowiem przy tych barach rozkładane są małe stoliki i materace lub leżaki, by można było się wygodnie ułożyć i konsumować „drineczki”. Oczywiście najpopularniejsze są te z dziecięcych wiaderek w jaskrawych kolorach. Dla urozmaicenia przy niektórych takich barach na plaży codziennie pokazy dają różni młodzi „połykacze ognia”. Panuje ogólna atmosfera zabawy i relaksu. Gdyby nie to, że z każdego baru w kierunku morza wycelowane są ogromne głośniki z których leci miks najpopularniejszych numerów popowych, byłoby przyjemnie. Kiedy się bowiem idzie wzdłuż plaży, muzyka się miesza i wychodzi z tego drażniąca kakofonia. No chyba że się usiądzie przy drinku przy jednym barze, to wtedy jazgot z tych najbliższych głośników zagłusza inne.

Full Moon Party, to impreza cykliczna, która się odbywa raz z miesiącu. Wtedy na plaży Haad Rin ciężko znaleźć miejsce do tańczenia, taki panuje ścisk, nie mówiąc już o miejscu siedzącym. Zjeżdża się tutaj wówczas mnóstwo ludzi w wieku od nastu do stu-nastu lat żądnych zabawy bez skrępowania. Ogromna impreza na którą są ściągani międzynarodowej sławy DJ-e. My trafiliśmy akurat w czas, kiedy ta impreza się nie odbywała. Byliśmy za wcześnie albo za późno, zależy jak na to spojrzeć. Czy żałuję? Chyba nie… Może to oznaka, że robię się „mentalnie stary”?

Codziennie chodziliśmy na sąsiednią plażę Rin Nai Beach, która jest po zachodniej stronie tego południowego cypla wyspy. Ponieważ plaże w Tajlandii nie są prywatne a ogólnodostępne, to mimo iż ośrodki tutaj są w o wiele wyższym standardzie, nie mieliśmy zakazu wstępu i mogliśmy spokojnie przebywać. Zdecydowanie plaża ta jest doskonała jeśli chodzi o zachody słońca. Z brzegu widać wyraźnie pobliską dużą wyspę Koh Samui a Słońca zachodziło skrywając się za oddalonymi bardziej Koh Wua Ta Lap albo Koh Mae Ko.

Obie plaże na których byliśmy na Koh Pha Ngan były w miarę czyste, miały piękny piasek i czystą wodę. Raj dla tych którzy chcą wypoczywać na plaży w tropikach! Po kilku dniach opalania się musieliśmy już bardziej uważać, żeby się nie spalić słońcem i wtedy cień palm i drzewek, krzewów rosnących przy plaży bardzo nam w tym pomagał. Krótko mówiąc przez te 5 dni na obu wyspach zaserwowaliśmy sobie błogie lenistwo na które zasłużyliśmy po intensywnym zwiedzaniu Tajlandii wcześniej. Przy Rin Nai Beach dostępne były wyłącznie restauracje hoteli 4*, więc ceny nas odstraszyły, ale zawsze mieliśmy ze sobą kupiony wcześniej w miasteczku prowiant. Głównie owoce i wodę.

No ale o samych owocach i wodzie długo się nie da wytrzymać, więc przynajmniej obiady i kolacje jedliśmy „na mieście”. Znaleźliśmy polecaną nam przez Bartka i Anię „Panią Tuktę”. Trochę schowana, na uboczu, ale jedzenie rzeczywiście robiła świetne! Byliśmy tam dwukrotnie. Miejsce nazywa się „Tukta Thai Food„. Pani Tukta robi naprawdę smaczne tajskie posiłki ale co ważniejsze, przyrządza je ze świeżych składników na bieżąco. Nic odgrzewanego tutaj nie dostaniesz! Jeżeli składnika dania brakuje, Pani Tukta Ci powie, że dzisiaj tego nie ma. Dlatego za drugim razem dałem jej wolną rękę i w taki sposób dostałem „Green powder curry chicken”. Bardzo to było dobre!
To miejsce inne niż większość knajp w Haad Rin. Tutaj jest wyłącznie kuchnia tajska. Nie ma tu europejskich i zachodnich dań. I dobrze! Pani Tukta prowadzi to z mężem i czuć tutaj domową atmosferę. Owszem wystrój jest słaby, otoczenie również, bo takie dość przypadkowe malutkie sklepiki, ale jakoś tak swojsko i rodzinnie. Do tego strasznie otyły pies chyba Pani Tukty, który kręci się w pobliżu i przezabawnie ze względu na swoją otyłość się kładzie z wyciągniętymi tylnymi łapami – zupełnie jak człowiek! Ceny nie są najniższe, ale na akceptowalnym poziomie w Haad Rin. Podobne pozycje w innych miejscach Tajlandii były taniej. Nawet w lepszych klimatyzowanych restauracjach. No ale to pewnie specyfika Haad Rin… Płatność wyłącznie gotówką. Pani Tukta trochę mówi po angielsku, ale lepiej pokazać niż opowiadać co się chce. Z pewnością smaczniej niż w innych knajpach Haad Rin.

Dla porównania byliśmy w typowej restauracji Haad Rin, czyli „My Friends 2” restaurant. Tutaj w karcie znajdziemy pizzę, makarony, hamburgery i podobny fast food, różne inne dania kuchni europejskiej i amerykańskiej oraz trochę pozycji kuchni tajskiej. Zamówiliśmy oczywiście z kuchni tajskiej zupę i sałatkę i… No i lipa! Prawdę powiedziawszy zupa była tak słaba, że z zazdrością patrzyłem jak po przeciwnej stronie ulicy starszy Taj przygotowywał na swojej garkuchni pad thai. Zwłaszcza że będąc głodnym dość długo musiałem czekać na tą cienką zupę z „My Friend 2”. Krótko mówiąc typowo turystyczne miejsce z cenami „dla turystów” i kuchnią bez polotu.

Próbowaliśmy też jedzenia w restauracji naszego Paradise Bungalow ośrodka. Niestety tylko utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nie warto jeść tam gdzie się śpi 🙂 Obsługa, to miłe i uśmiechnięte młode chłopaki. Bardzo przykro mi się więc zrobiło najpierw, gdy okazało się, że mimo zamówienia ryby w stylu Panang, dostałem kurczaka. Tym bardziej przykro mi się zrobiło, że porcja kurczaka była tak mała, że określenie „symboliczna” to i tak chyba będzie nadużycie. Grzecznie poprosiłem o rybę tak jak zamówiłem. Oczywiście było to kłopot i trochę szkoda mi się zrobiło chłopaków, no ale kiedy dostałem w końcu upragnioną rybę, zrozumiałem że z tej restauracji zdecydowanie wyjdę głodny. Więcej tu nie jedliśmy nic oprócz śniadań, które mieliśmy opłacone wraz z noclegami. Do śniadań jednak przyczepić się nie mogę, bo były dobre i dość sycące. Aha – smak tej ryby w stylu „Panang” również niczym się nie wyróżniał.

Podsumowując nasz pobyt w Koh Pha Ngan, podtrzymuję to co napisałem na początku. Wyspa ta ma o wiele więcej do zaoferowania niż tylko comiesięczną imprezę z której znana jest na całym Świecie. Są też imprezy 2 razy w miesiącu nazywane „Half Moon Party” 🙂 Są również imprezy „Dark Moon Jungle Pool Party” 🙂
A tak na serio, to oprócz tych dwóch plaż na którychspędziliśmy dwa dni, jest jeszcze sporo plaż w północnej części wyspy, których nie widzieliśmy a o których mówią turyści, że są piękne, intymne, bo mniej ludzi tam i wracają do tych miejsc co roku. Oprócz plaż i relaksu z czego my korzystaliśmy podczas naszego pobytu tutaj, można jeszcze znaleźć świetne miejsca do nurkowania w pobliżu Koh Pha Ngan, podobno rowerem zwiedzając wyspę można znaleźć wspaniałe miejsca widokowe (jest to możliwe, bo górki w środku wyspy są naprawdę niczego sobie). Szkoły medytacji, jogi i szkoły kuchni tajskiej. Można by jeszcze coś znaleźć. Mimo wszystko jednak wrażenie odniosłem takie, że Koh Tao miała inną atmosferę, nie tak imprezową, nie tak skacowaną. Oprócz tego jednak wydaje mi się, że plaże były bardziej czyste, piaszczyste, bez resztek koralowca. Więc gdybyście mnie spytali, na którą wyspę chciałbym wrócić, odpowiem, że na Koh Tao!

A w następnej relacji opiszę Wam jak wracaliśmy z Koh Pha Ngan do Bangkoku, gdzie spaliśmy w innej dzielnicy i czym się to różniło? Oprócz tego, ponieważ minęło trochę czasu od ostatniego pobytu w Bangkoku a sytuacja z nieznanym wirusem z Wuhan się rozwijała, co się zmieniło w tym mieście pod tym kątem? Po noclegu w Bangkoku już wracaliśmy do Polski, więc w kolejnej relacji opiszę drogę powrotną z Koh Pha Ngan z noclegiem w Bangkoku przez Moskwę i Warszawę do Polski. A dzisiaj dziękuję Wam za uwagę!

VLQ

Zostaw komentarz