19 plaż Puerto Rico

Które plaże odwiedziliśmy podczas wakacji w Puerto Rico? Czym się różnią? Co ciekawego można na nich spotkać? Na których spotkamy tłumy? A które są dzikie, ciche i spokojne? Które są odpowiednie dla dzieci? A których nie polecam?

Oto moje zestawienie plaż Puerto Rico, w tym także tych na wyspach Culebra i Vieques, które odwiedziliśmy. To plaże na których byliśmy i spędziliśmy trochę czasu, choć dodałem również takie, na których byliśmy tylko na chwilkę bądź przejazdem. Oczywiście plaż w Puerto Rico jest znacznie więcej! Ale to chyba zrozumiałe, że nie byliśmy w stanie trafić na każdą z nich będąc tam niespełna dwa tygodnie.
Pierwszego dnia po przylocie i dotarciu do naszego domku w Luquillo poszliśmy na pobliską plażę –

1. Playa Azul

Plaża ta przylega do naszego ośrodka Solimar, więc wyjście przez bramkę (przy której w drodze powrotnej można się spłukac pod prysznicem na zewnątrz) prowadzi wprost na ścieżkę do Oceanu. Po prawej stronie jest rozległa piaszczysta plaża dostępna ogólnie dla mieszkańców Luquillo, którzy blisko mają swoje domki, czy bloki (i to takie dość wysokie – na kilkanaście pięter!). Na plaży tej były odgrodzone miejsca, gdzie żółwie morskie składają swoje jaja – po to, by ktoś bezwiednie nie zadeptał małych żółwików. Co prawda nie widziałem stanowiska ratowników, ale na plaży były flagi określające, czy jest bezpiecznie pływać, czy nie. Oj spiekliśmy się dość mocno przed południem kąpiąc się tutaj i opalając nieco. W kolejnych dniach poczuliśmy, jak ostre słońce tu jest!
Plaża jest przyjazna dla rodzin z dziećmi, bo jest dość płytko i dno łagodnie się obniża – nie ma uskoku. Oprócz tego pas piasku jest bardzo szeroki, więc dzieciaki mają sporo miejsca do zabawy.
Przeszliśmy się tą plażą z Pati jeszcze wieczorem ostatniego dnia pobytu w Luquillo i muszę Wam powiedzieć, że w świetle zachodzącego słońca, to miejsce nabiera zupełnie innego wymiaru! Ta plaża jest naprawdę przyjazna, szeroka, można spotkać tutaj głównie lokalnych mieszkańców. I nie ma się co temu dziwić! Wszak to plaża przylegająca do centrum Luquillo. Te widoki w świetle zachodzącego słońca zostaną na długo w mojej pamięci!

2. Playa de Luquillo

Tego samego dnia po południu podjechaliśmy samochodem do plaży Luquillo, która jest położona dość blisko ale na zachodnim brzegu cypla. Widać było że czasy świetności tego miejsca już dawno minęły. Prawdopodobnie stało się tak wskutek huraganu, który zniszczył sporą część infrastruktury kilka lat temu, a Portoryko wciąż nie odbudowało się całkowicie po tym. Piaszczysta długa plaża a w głębszej linii brzegowej porośnięta palmami, które dały nam upragniony cień. Oprócz tego są tutaj obwoźni sprzedawcy lodów, przekąsek, napojów i są także bary i sklepiki przy plaży. Samochód zaparkowaliśmy na pobliskim dużym parkingu, więc problemu ze znalezieniem miejsca do zostawienia samochodu nie było. Opłata za parking na cały dzień – 10$. Stąd też jest rzut beretem do „kioskos”, czyli ciągnących się wzdłuż równoległej do międzymiastowej ulicy barów, sklepów i punktów usługowych w takich kioskach – budynkach. Dlatego po plażowaniu poszliśmy tutaj na kolację. Usiedliśmy w Jibaro’s Borinquen Restaurant bo w innych już zamykali. Mimo, że nie było to miejsce naszego pierwszego wyboru – było dobrze.

3. CULEBRA – Tamarindo Beach

Na wyspie Culebra byliśmy na plaży Tamarindo. Piaszczysta z czarnymi kamyczkami. Ale największą atrakcją tego miejsca jest rafa koralowa blisko brzegu i możliwość nurkowania w towarzystwie żółwi. Ludzi nie było zbyt wielu. Nie ma barów, ani innej infrastruktury typu toalety. Ale ta dzikość ma w sobie urok! No i niezapomniane chwile w trakcie nurkowania wśród żyjących w rafie koralowej zwierząt. Coś wspaniałego! To była jedna z najpiękniejszych dzikich plaż Puerto Rico. Gdybyśmy nie musieli uciekać przed deszczem i mieli więcej czasu, z pewnością spędzilibyśmy tutaj więcej czasu. Zwłaszcza nurkując i bawiąc się z żółwiami pod wodą. Niezapomniane przeżycie.

4. CULEBRA – Flamenco Beach

Na tej samej małej wyspie byliśmy jeszcze na drugiej plaży – znacznie bardziej popularnej. Przez tą popularność rozumiem, że ludzi było tutaj znacznie więcej. Piękna piaszczysta plaża, płytko przy brzegu, więc woda ciepluteńka. Piękne chylące się ku wodzie palmy. W pobliżu wraki czołgów, które oczywiście poszliśmy zobaczyć. Jest infrastruktura – toalety, bary, kawiarnie – nieopodal. Sporo busów, którymi można się zabrać do portu. To co najbardziej utkwiło w pamięci Pati, to karmienie rybek przy brzegu. Rybki rzucały się na jedzenie tak gwałtownie, że woda wyglądała jakby się gotowała.

5. Playa Las Picuas, Rio Grande

Po wizycie w Las Paylas – to te naturalne zjeżdżalnie wyżłobione przez wodę w rzece Rio Pitahaya i posiłku w Frutera Flores pojechaliśmy na plażę Las Picuas. Trochę nam zajęło, zanim znaleźliśmy miejsce do zaparkowania samochodu, bo wszędzie zakazy parkowania, aż w końcu udało nam się znaleźć wąską drogę w kierunku oceanu i tam postawiliśmy, jak tubylcy wzdłuż ogrodzenia. Na szczęście nikt się do nas nie przyczepił, a my mogliśmy pójść, by znaleźć miejsce pod palmą (bo wciąż spaleni byliśmy słońcem i skóra piekła). Plaża mocno zanieczyszczona wyschniętymi glonami, ludzi było niezbyt wiele, bo i pogoda nie rozpieszczała zbytnio. Słońce chowało się dość często za chmurami i było wietrznie. Woda wspaniała, zapraszająca do kąpieli. Żeby się całkiem zanurzyć, trzeba dość daleko wgłąb wejść, bo płytko. Spotkaliśmy tutaj ciekawego ptaka. Wyglądem przypominał nieco nasze rodzime żurawie. Dość duże białe ptaszysko, na długich cienkich nogach. Spędziliśmy tutaj prawie trzy godziny i ruszyliśmy dalej.

6. VIEQUES – Sea Glass Beach

Ponieważ musieliśmy poczekać na uzgodnioną godzinę, by wypożyczyć auto, a umówieni byliśmy przy porcie, to nie chcieliśmy daleko odchodzić. Dlatego właśnie spacerując w pobliżu portu, poszliśmy do pobliskiej plaży Sea Glass. Minęliśmy konie, które zajadały sobie w najlepsze owoce mango, o czym pisałem TUTAJ we wpisie. Plaża nie jest wielka. Oprócz piasku, są też skałki i drzewa, krzaki porastające zbocze między wodą a drogą zdłuż wybrzeża. Schowaliśmy się w cieniu, gdy pojawiły się dzikie konie, które niedawno minęliśmy w drodze na plażę. Najedzone owocami mango, przyszły tutaj schłodzić się nieco w wodzie i położyć w cieniu drzew na piasku. Źrebaki bawiły się podgryzając w najlepsze nic sobie nie robiąc z naszej obecności na tej plaży.

7. VIEQUES – El Cocal – Coconut Beach

Wybraliśmy się na tę plażę po przybyciu do apartamentu położonego blisko tego miejsca. To plaża, którą będę nosił w pamięci głównie za sprawą palmy z huśtawką i zachodzącego słońca. Wyglądało to zjawiskowo. Ludzi tutaj nie było. Mieliśmy tą rozległą plażę całkowicie i wyłącznie dla nas. Podejrzewam jednak, że było to związane z tym, że byliśmy tutaj pod koniec dnia. Przy pięknej pogodzie, jestem pewny, że chętnych na opalanie się tutaj i korzystanie z kąpieli w wodzie nie brakuje. A nazwa? No cóż, pewnie się wzięła z tego, że faktycznie sporo tutaj palm kokosowych a i spadłych kokosów nie brakowało.

8. VIEQUES – Black Sand Beach

Plaża do której podjechaliśmy naszym Fordem Bronco leży w rejonie Esperanza, czyli blisko naszego hostelu. Od głównej ulicy, przy której można zaparkować samochód (trzeba zapłacić za parking – niech Lokalsi coś zarobią), trzeba przejść wąwozami. Idzie się koło 10 minut. Na miejscu okazuje się, że rzeczywiście na plaży jest coś co wygląda jak piasek, ale jest w kolorze grafitowym, może antracytowym i ciekawie się magnetyzuje. Nie jest tak, że cała ta plaża jest pokryta tym czarnym piaskiem. Występuje on miejscowo i najczęściej w oddaleniu od wody. Ot- taka ciekawostka! Kto nie widział czarnego piasku i chce to zobaczyć, powinien tam się wybrać.

9. VIEQUES – Caracas Beach

Plaża Caracas (tak, jak to słynne miasto z fawelami w Wenezueli) jest oddalona od Esperanzy, więc pojechaliśmy tam Fordem Bronco. Plaża w kształcie litery U, szeroka, piaszczysta. Od strony lądu porośnięta palmami dającymi nieco cienia, krzakami i niższą roślinnością namorzynową. Na krańcach plaży, a więc jakby na końcówkach litery U skałki. A w wodzie blisko tych skałek również rafa koralowa w wodnymi żyjątkami. Tymi roślinnymi i zwierzęcymi. Co prawda, gdy byliśmy, na parkingu brakowało już miejsc do zaparkowania samochodu, ale mimo tego na plaży nie czuliśmy tłoku. Bardzo przyjemna plaża. Miło spędziliśmy tutaj czas.

10. VIEQUES – Media Luna Beach

Tą plażę będę wspominał najmilej z całej wyspy Vieques z jednego powodu. I to pomimo tego, że skaleczyłem się w stopę szkłem na piasku wchodząc do wody. Byliśmy tutaj całkowicie sami. Była piękna, słoneczna pogoda, troszkę wiatru, a my trafiliśmy tutaj z plaży Caracas na której było sporo ludzi. Co prawda, nie jest łatwo tutaj trafić bez nawigacji, ale auto można zaparkować pod palmą (żeby się nie nagrzało mocno) i rozłożyć na piasku. Plaża wygląda jak półksiężyc i stąd nazwa „media luna”. Woda płytka, więc bezpiecznie dla dzieci. Były nawet ławy ze stołami na piknik. Cisza, ciepło, delikatny szmer wody i fal. Bajka! Jedynie, czego tutaj niektórym brakuje, to toaleta. No, ale nie ma się co dziwić, bo to dzika plaża i nie ma infrastruktury. Nawet drogi dojazdowej. Dlatego jedzie się piaszczystą, dziurawą, niekończącą się drogą między tropikalną roślinnością. Mimo tego – warto. Śni mi się to miejsce po nocach. Przyjemnie mi się śni.

11. VIEQUES – Sun Bay Beach

Muszę się przyznać, że przez tą plażę tylko przejechaliśmy. Było tak dużo ludzi, że nie było miejsca, by zaparkować naszego Bronco. Plaża długa, przy niej kilka punktów, w których można kupić drinka, coś do jedzenia. Ładna, czysta plaża, wzdłuż niej palmy dające nieco cienia. Ale bardzo dużo ludzi. Mnóstwo parasolek, lodówek turystycznych, przenośnych grilli i co krok naparzająca na pełny regulator muzyka z latynoskimi rytmami. Po takim wyciszeniu na intymnej cichej, spokojnej i kompletnie pustej plaży Media Luna ten gwałtowny kontrast spowodował, że nie zdecydowaliśmy się tutaj zostać. Pojechaliśmy oddać auto, zjeść gdzieś indziej i nie psuć tego uczucia błogości po Media Luna Beach. Ale – co kto woli! To miejsce bardziej kojarzy mi się z plażą na Helu albo w Chałupach w szczycie sezonu niż z dzikością prywatnej plaży na mikrowyspie w Chorwacji.

12. Steps Beach – Tres Palmas Marine Reserve

Przenosimy się na zachodni brzeg dużej wyspy Puerto Rico w pobliże mekki surferów, czyli Rincon. Między Centro Puntas a Rincon jest plaża nazywana przez miejscowych Reserva Marina „Tres Palmas”, czyli trzy palmy. Surferzy z USA nazwali tę plażę jednak „steps beach”, czyli plaża „schody”. Powodem są betonowe schody wystające z wody na brzegu. Na tej plaży buty do wody są naprawdę konieczne. Mimo że możemy leżeć na piasku, to chcąc wejść do wody, musimy przejść po dość ostrych skałkach. Bez butów łatwo można się skaleczyć, a i nadepnąć na znajdujące się w kałużach skałek jeżowce nieciężko. Do tego jest bardzo ślisko, więc bez odpowiednich butów, lepiej się tutaj nie wybierać.

13. Playa Peña Blanca

Sporo ludzi, więc nie było możliwości zaparkować auta w innym miejscu niż na prywatnej posesji obok, co wiązało się z opłatą (sporawą). Plaża jest rozdzielona skałkami na lewą i prawą stronę. Schodzi się schodami, bardzo śliskimi, bo polewanymi wodą i które to schody są zalewany w czasie przypływu. Dość niebezpieczne zejście, bo nie ma barierek na schodach i można się pośliznąć i wpaść do płytkiej wody. Trochę ponurkowaliśmy. Skałki i rafa koralowa tuż przy plaży powodują, że bez butów do wody lepiej nie wchodzić. Zwłaszcza, że zdarzają się w zagłębieniach rafy, gdy wchodzimy do wody, w takich płytkich kałużach, jeżowce. A wbicie sobie w stopę takiej igły nie jest niczym przyjemnym. Niestety, po obu stronach plaży sporo ludzi z głośnikami, rwetes. Dlatego najlepiej się zanurzyć w wodzie i oglądać podwodne życie żyjątek rafy koralowej.

14. Crash Boat Beach

Zacznę od tego, że zaparkowanie tutaj samochodu było albo łutem szczęścia, albo wiązało się z absurdalnie wysoką opłatą za zaparkowanie blisko plaży. Jak usłyszałem ile sobie gościu zażyczył, to dałem w tył zwrot i powiedziałem Dziewczynom, że sorry, ale się przejdziemy. Na szczęście udało się znaleźć miejsce do zaparkowania wzdłuż drogi dojazdowej do plaży – sporo powyżej, więc trzeba było trochę iść. Plaża wyróżnia się przede wszystkim betonowym molo, czy może raczej keją (pier)? Spędziliśmy tutaj trochę czasu, ale nie było to zbyt przyjemne doświadczenie, o nie! Dlaczego? Tłoczno. Naprawdę tłum ludzi. Chwilę trwało, zanim znaleźliśmy miejsce, by rozłożyć nasz koc dla czworga. Nie było takiej przestrzeni – wszędzie ludzie. Do tego jeszcze ciężej było znaleźć miejsce, by nie było obok naparzającego głośnika z reggaetonem. I jeśli myślicie o takich 60W głośnikach typu JBL Flip, to oni tutaj przywożą głośnik wielkości starego drewnianego Altusa z 4-5 membranami podpiętego do akumulatora! Naparza to tak, że jeden taki głośnik wystarczyłby, by każdy na plaży słuchał tego, co chce właściciel głośnika. To teraz sobie wyobraźcie, że takich wielkich głośników było ponad 20! Do tego dodajmy, że każda grupka Portorykańczyków w liczbie większej niż 4 miała jeszcze swój głośnik. Może nieco mniejszy, ale i tak głośny. Gdy chciałem się spytać Patkę, co chce zjeść, gdy podjechała dziewczyna z jedzeniem w wózku, musiałem do niej krzyczeć jak na rockowym koncercie, albo na dyskotece w klubie. Masakra. Do tego zapachy z grilli, których tutaj na plaży było ponad 30 i z pobliskich knajp i garkuchni przewoźnych. Poczułem się jak u nas w Polsce nad polskim morzem. Prześność, disco polo w portorykańskim wydaniu i to wszystko jeszcze z latynoskim temperamentem, więc tak – PAC – dostałem piłką w łeb, bo pomiędzy leżącymi ludźmi, dzieci i młodzież gra sobie w piłkę nożną. To co Pati najbardziej zapamiętała z tej plaży, to były osy. Wszędzie! Garnęły się do jedzenia, wlazily do puszki z napojem i były okropnie namolne. W wodzie tłum. I do tego to molo – keja – pier – cholera wie, jak to nazwać? A z niego młodzieńcy wskakują do wody wykonując ewolucje w powietrzu, ale nie do końca kontrolując, czy nie wpadną na kogoś, kto w tej wodzie już jest. Chaos, harmider, obłęd… Ale też – kolorowo, wesoło, otwarcie – bez zdystansowania i z latynoskim temperamentem. Albo to pokochasz, albo nie…

15. Playa Jobos

Plaża na północ od Aguadilla. Ciężko było znaleźć miejsce do zaparkowania auta i to nawet na płatnym parkingu prywatnej posesji – tak dużo ludzi tutaj było. Sporo też musieliśmy iść, by dojść do plaży. Plaża bardzo popularna, ma pełną infrastrukturę, czyli toalety, przebieralnie, bary, restauracje. Długo nie mogliśmy znaleźć sobie miejsca, bo wszystko co było schowane chociaż trochę w cieniu, było zajęte. Z kolei leżaków nie chcieliśmy wykupywać, bo nie byliśmy pewni widząc te tłumy na plaży, jak długo tutaj wytrzymamy. Ostatecznie rozłożyliśmy się w dwóch miejscach, a i tak najwięcej czasu spędzaliśmy we wodzie, spacerując, bądź w barze. Z perspektywy wody widać było przede wszystkim, jakie piętno odcisnęło tornado. Chodzi o to, że budynek z którego balkonu można było popijać kawkę, czy jeść posiłek tuż przy plaży z widokiem na wodę i ludzi stał niszczejący i straszący raczej swoimi zabitymi oknami niż zachęcał do czegokolwiek, bo wejść do niego nie wolno. Na plaży spora część porośnięta palmami, a więc zacieniona była najbardziej zatłoczona. Na piasku podesty, które tworzyły chodniki, by łatwo i nie stąpając po ludziach dało się dojść do wody, czy do baru, restauracji. Tłum taki, że nawet w barach i restauracjach kolejki jak nieszczęście. Podobnie jak Crash Boat Beach – głośno i żywiołowo – latynosko po prostu!

16. Surfer’s Beach

Wpadliśmy tutaj przejazdem, bo było już późno a i zaczynało kropić deszczem. Sporo miejsca do zaparkowania samochodu bezpłatnie. Podejrzewam, że przy pięknej pogodzie może tutaj być sporo chętnych. Przy plaży można zobaczyć krabiki – te same co na plaży z magnetycznym piaskiem Black Sand Beach. Zaczęło padać, więc Veni Vidi Vici i pojechaliśmy.

17. Punta Borinquen Beach

To plaża zaraz obok ruin latarni morskiej do której przyjechaliśmy. Plaża piaszczysta, dość szeroka, bez skałek przy wchodzeniu do wody. Palmy dające cień są od plaży oddalone, można powiedzieć, że plaża jest odsłonięta i nie daje schronienia przed palącym słońcem.

18. Balneario Publico de Rincon

Plaża publiczna miasta Rincon. Zaparkowaliśmy samochód wzdłuż głównej ulicy, bo na parkingach nie było ani jednego dostępnego miejsca. Spędziliśmy tutaj trochę czasu bawiąc się piłką w wodzie, bo piękna pogoda do takich pląsów zachęcała. Koc rozłożyliśmy w cieniu palm. Mimo sporej ilości ludzi spokojnie daje się znaleźć tu swój kawałek piasku, bo plaża jest spora. Przy plaży są toalety, bary.

19. Sandy Beach

Co prawda, nie opalaliśmy się tutaj i to mimo, że była to plaża najbliżej naszego apartamentu w Rincon. Byliśmy tam wieczorem, gdy wybraliśmy się z Patką wieczorem na drinka do klubu Tamboo. Jakoś tak wyszło. Udało mi się za to polecieć tam dronkiem z apartamentu. Można by więc stwierdzić, że byliśmy tutaj, ale nie skorzystaliśmy.

PODSUMOWANIE

Na portorykańskich wyspach każdy znajdzie plażę dla siebie! Niezależnie od tego, czy szukasz miejsca dzikiego, odludnego, gdy może się zdarzyć (jak nam się to trafiło na Media Luna Beach), że będziecie mieć całą plażę tylko dla Was – na wyłączność, czy też gdy szukasz plaży, na której będzie sporo ludzi, ale będą też toalety, szatnie, bary, restauracje, parkingi i łatwy dojazd asfaltem. Praktycznie wszystkie odwiedzone przez nas plaże były odpowiednie dla dzieci. Jedynie w przypadku dwóch plaż, jeśli wybieracie się z małymi dziećmi, zaleciłbym ostrożność. Są to Tres Palmas – Steps Beach i Playa Peña Blanca. Powodem są skałki i ostre krawędzie fragmentów rafy koralowej tuż przy wejściu do wody. W Tres Palmas – Steps Beach oprócz tego występują jeżowce w tych przybrzeżnych fragmentach rafy koralowej. Trzeba uważać, bo nadepnięcie na jeżowca nawet w butach do wody z gumową podeszwą nie daje pewności, że kolec się nie przebije i będzie kłopot. W przypadku Playa Peña Blanca – wejście do plaży jest po schodach, które są nieustannie zalewane wodą i z tego powodu są porośnięte glonami, a więc bardzo śliskie. Na domiar złego nie ma barierek, które chroniłyby przy poślizgnięciu się przed wpadnięciem z 2-3 metrów w najlepszym wypadku do płytkiej wody z piaskiem, a w najgorszym przypadku zderzenie ze skałkami w płytkiej wodzie. Dlatego trzeba bardzo uważać na dzieciaki w tych dwóch miejscach. W przypadku pozostałych plaż, wejście do wody najczęściej jest miarowe i przez długi odcinek jest płytko. Więc nie ma ryzyka, że dzieciaki bawiąc się w wodzie nagle znikną pod wodą ze względu na uskok dna.

Niemal na każdej plaży jest piasek, ale też sporo wyschniętych glonów nanoszonych przez wodę codziennie z pływami. W Puerto Rico nie widziałem, by codziennie jakieś służby czyściły plaże ze śmieci a tym bardziej z tych glonów. I jakoś tak – nikomu to nie przeszkadza. No nie jest tutaj jak we Włoszech, Francji, czy Hiszpanii. Na domiar złego, portorykańczycy do pedantów nie należą i co widzieliśmy w wielu miejscach, bez krępacji ładują w piasek pety, resztki owoców i inne śmieci. Najbardziej nas to wkurzało w Crash Boat Beach, gdzie nie wszyscy wrzucali resztki lodów, jedzenia, puszki po napojach do koszy, których było całkiem sporo i dlatego zewsząd atakowały nas tam osy!

Nie spotkaliśmy się z prywatnymi plażami, jak to się zdarza w innych częściach Świata. Wszędzie można wejść. Czasami zdarzają się problemy ze znalezieniem miejsc do zaparkowania samochodu, ale to wyłącznie w przypadku tych najpopularniejszych lokalizacji. Na wyspie Vieques, by dojechać do plaż Media Luna i Sun Bay, musieliśmy jechać piaszczystą drogą. Nie wszędzie da się dojechać zwykłym samochodem. My mieliśmy terenowe Bronco Forda, więc nie mieliśmy problemów. Droga ta jest po dość twardym piasku – nie zakopaliśmy się ani razu, ale dziury jakie musieliśmy pokonywać byłyby dla zwykłego auta bardzo trudne do pokonania, bądź niemożliwe – choć, co ciekawe, niektórym udawało się tam dostawać jakimś cudem wózkami golfowymi, które to są jednymi z najpopularniejszych wśród głównie amerykańskich turystów środkami poruszania się po tej wyspie.

Z pewnością, jeśli wybieracie się na plaże Puerto Rico, warto wziąć sobie buty do wody, bo są pomocne w kontakcie z ostrą rafą koralową, po której czasem trzeba przejść, żeby do brzegu dojść (bo zbyt płytko, by przepłynąć) i nurkowe ABC, czyli fajkę, maskę i płetwy, bo miejsc do pływania pod wodą, by podglądać życie rafy koralowej nie brakuje tutaj. Jeśli potraficie, bądź po prostu chcecie surfować, to Puerto Rico nadaje się do tego wyśmienicie, ale wówczas raczej inne plaże i miejsca będą Was interesować niż te, które Wam opisałem.

Tą relacją kończę opisywanie Wam podróży do Puerto Rico. Przygotowuję film (bądź filmy – jeszcze nie wiem, jak wyjdzie) z tego wyjazdu. Jeśli spodobał Wam się opis, nie spodobał, albo macie jakiekolwiek pytania – piszcie proszę – czy to tutaj w komentarzu, czy na Facebooku, Instagramie, YouTube. Jestem po prostu ciekaw Waszych odczuć, opinii!

Do zobaczenia w kolejnym wpisie!

Piotr – VLQonTour

Zostaw komentarz