Dzień 12
Wstałem dzisiaj przed budzikiem, czyli o 6 rano. Szybko się ogarnąłem i przed 7 poszedłem na plażę, bo był piękny wschód słońca. Nasze namioty mieliśmy niemal pod samym płotem przy plaży, więc szum morza pięknie mnie ukołysał do snu wczoraj. Miałem wręcz poczucie jakbym spał na samej plaży. Wyspałem się. Gdy wróciłem na pole namiotowe i do sanitariatów by się umyć, widziałem, że niemal wszyscy jeszcze spali. W miarę jednak, jak zaczęliśmy składać namioty i pakować się do drogi, coraz więcej ludzi – głównie Niemców, wychodziło ze swoich kamperów, przyczep i namiotów i zaczynało się krzątać przy śniadaniu.



Wczoraj wieczorem kupiłem bilety na pociągi, które miały mnie przewieźć do Neapolu dzisiaj. Pierwszy z nich ruszał z dworca w Silvi, czyli niewielkiej miejscowości nieopodal naszego Campeggio Internationale o godzinie 9:44. Jechałem tym pociągiem zaledwie do Pescary, czyli 13 minut za 2,5 EUR. W Pescara przesiadałem się do pociągu, który miał mnie zabrać do Roma Tiburtina. Startował o 10:10 i dojeżdżał o 13:44. Bilet kosztował 17,85 EUR. Ostatni pociąg z Roma Tiburtina o 14:26 miał dojechać do Napoli Centrale o 17:05 a kosztował 27 EUR. Pierwsze dwa pociągi, to były linie regionalne, natomiast z Rzymu do Neapolu to był już InterCity. Bilety kupowałem przez stronę internetową Tren Italia, czyli narodowego włoskiego przewoźnika kolejowego. Nie miałem możliwości zaznaczenia że podróżuję z rowerem i szukałem na ten temat informacji, choć bezskutecznie. Była informacja ogólna, że przewóz roweru kosztuje 3,5 EUR w każdym z tych pociągów, ale nie miałem możliwości zaznaczenia podróżowania z rowerem. Zaryzykowałem więc, że podejdę do konduktora i najwyżej wykupię dodatkowy bilet na przewóz roweru.
Fabian był gotowy do wyjazdu, ja też, więc pożegnaliśmy się tylko z Niemcami i Szwajcarami – naszymi sąsiadami na kempingu, recepcjonistką i ruszyliśmy do Silvi. Wjazd do Kempingu jest przy ścieżce rowerowej, więc wskoczyliśmy na ścieżkę i niewiele później byliśmy już w miasteczku. Jeszcze tylko szybkie zakupy w sklepiku po drodze – jakieś owoce, baton i picie i dojechaliśmy do dworca. Spotkaliśmy się z Fabianem przez przypadek i przez to, że zaakceptowaliśmy swoje towarzystwo podążając kolejne dni w tym samym kierunku, w podobnym tempie i zgadzając się co do wyboru noclegów, spędziliśmy razem ostatnie pięć całych dni. Polubiłem tego chłopaka! Spokojny, wesoły, dobrze się czułem w jego towarzystwie. Serdecznie się wyściskaliśmy i pożegnali, po czym Fabian pojechał dalej na Południe. Teraz już z perspektywy czasu wiem, że dojechał tam gdzie sobie to zaplanował z mniejszymi i lepszymi przygodami, ale to już jest jego opowieść. Kontakt mamy ze sobą wciąż, a ja mam nadzieję, że kiedyś w przyszłości nasze drogi znów się przetną i będziemy mogli znów spędzić ze sobą trochę czasu. Fabian! Jeśli to czytasz, to przypominam – zapraszam Cię do Polski! Bądź moim Gościem!
Pociąg wtoczył się na peron, ja się wgramoliłem z moim ciężkim rowerem z sakwami do środka po to, by kilkanaście minut później z niego się wygramolić. Pescara, dworzec główny. W pośpiechu zmieniłem peron na odpowiedni i zająłem miejsce w blokach startowych, by dokonać abordażu do kolejnego pociągu regionalnego. Dostrzegłem wagon z namalowanym rowerem, więc tam się zapakowałem. W wagonie spotkałem konduktora, więc spytałem się, czy mogę u niego kupić bilet na rower? A masz bilet? Mam – kupiłem online. To dobrze. Zostaw tu rower i relax. All is good! Spoko. To tylko mi potwierdziło moje zdanie, że Włosi, to naprawdę wyluzowani ludzie w znakomitej większości życzliwi i pomocni. Uchwyt na rower był stojący, ale ponieważ mój rower był jedynym, to mogłem zająć nieco więcej miejsca bez zdejmowania sakw z niego. Przez całą dalszą drogę rowerów nie przybyło, więc nie musiałem sakw ściągać.
Jadąc pociągiem obserwowałem widoki za oknem. Było to dla mnie ciekawe, jak zmieniała się sceneria. Dość szybko pojawiło się sporo drzew, stopniowo przechodząc w lasy. Coraz więcej pagórków, aż w końcu naprawdę dużych gór. Zastanawiałem się, czy słusznie zdecydowałem o rezygnacji z przejechania tych gór pociągiem, zamiast rowerem. Czasami mijałem jakieś wioski, małe miasteczka, widziałem zamki na szczytach wzniesień. Wyglądało to malowniczo. Mimo tego jednak utwierdzałem się w przekonaniu, że to była słuszna decyzja. Było bardzo gorąco. Wytchnienie bym znajdował tylko w tych odcinkach leśnych. Ale spore oddalenie od siebie tak małych skupisk ludzkich wskazywało mi, że intuicja podpowiedziała mi dobrze. Obawiałem się bowiem, że te dwa dni na przejechanie ze wschodniego wybrzeża na zachodnie do Neapolu, kosztowało by mnie sporo energii i byłoby mało atrakcyjne. Może nie byłyby to w takim dużym zakresie tereny rolne jak to było między Mantua a Ferrara, ale jednak nie było po drodze ani na mapie, ani z tego co widziałem zza okna pociągu zbyt wiele rzeczy wartych zobaczenia. Za to te góry były spore. Spore było też moje zdziwienie lasami, które mijałem. Bo jak dotychczas lasów we Włoszech poza terenami przy granicy z Austrią na północy kraju, to nie widziałem w ogóle. A tutaj były!




Dojechałem w końcu do Rzymu, stacji Tiburtina. Spory dworzec z dużą ilością peronów i podziemnymi przejściami. Ponieważ do kolejnego pociągu miałem trzy kwadranse, ruszyłem z nadzieją kupienia czegoś do jedzenia i picia. Nie wolno jeździć rowerem w przejściach podziemnych, więc śpiesznym krokiem pokonywałem kolejne metry. Niestety poza automatami z kanapkami, słodkimi przekąskami i napojami nie znalazłem żadnych barów szybkiej obsługi. A właśnie na takie coś liczyłem, z czymś ciepłym do zjedzenia w ramach obiadu. Nie chciałem wychodzić z dworca, więc wróciłem do automatu. I się zaczęło! Jak to mawia mój Teść… Wybrałem kanapkę, zapłaciłem kartą, a automat nie wydał mi nic. Próbowałem wszystkiego, a automat nic nie zrobił. Po pewnym czasie wyświetlił komunikat po włosku, żeby się skontaktować z biurem obsługi klienta. Próbowałem, ale nie było zasięgu, więc lipa. Poddałem się i spróbowałem kupić picie w automacie obok. Udało się i dostałem napój. Wróciłem do pierwszego automatu i widzę, że ktoś inny próbuje coś kupić. Powiedziałem, że kupiłem kanapkę, pobrało pieniądze, ale kanapki nie wydało. I w momencie jak rozmawialiśmy, automat nagle otworzył szufladę z moją kanapką i wyświetlił error na ekranie. Wziąłem kanapkę i poszedłem spowrotem na peron. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby w mijanym automacie znów zaryzykować. Ale ta kanapka w nim była kusząca! I co? I znowu to samo. Nie otworzył szuflady i wywalił error. Próbowałem wszystkiego – wybierałem różne opcje po włosku, po angielsku, ale nic się nie działo. Poddałem się. Schowałem kupiony napój i kanapkę do sakwy i już miałem odjechać, gdy kątem oka dostrzegłem, że szuflada się otwiera. Tyle tylko, że w szufladzie nie było mojej kanapki. Znów zacząłem klikać co się da, aż w końcu po kolejnych minutach, automat wypluł moją kanapkę i wyświetlił na ekranie „out of order”… Nie wiem – może mają tam kamery i ktoś się bawił moim kosztem? Pogoniłem na peron. Zdążyłem. Mój wagon, bo to InterCity, więc musiałem wybrać sobie miejsce, był dość daleko. Ale co się okazało, w moim wagonie nie było przedziału dla rowerów. Spytałem konduktora, co mam robić? Wsiadaj do tego wagonu gdzie masz miejsce! A rower? Później. No to wsiadłem. Wąsko jak cholera w tym przejściu obok kibla do kolejnego wagonu, a ja stoję. Ściągnąłem sakwy i zaniosłem je na półkę nad moim siedzeniem. Wróciłem do roweru i pojawił się konduktor. Powiedział, żebym rower dał do kolejnego wagonu na pierwszej stacji. Na pytanie o bilet na rower, odpowiedział uśmiechając się od ucha do ucha i kręcąc głową. Chcę zapłacić za bilet – odpowiedziałem. „Enjoy your trip my friend!” (ciesz się podróżą przyjacielu) – rzekł konduktor. Podziękowałem więc i czekałem na zatrzymanie się pociągu. Trochę to trwało, ale jak tylko pociąg stanął, wygramoliłem się z rowerem (bo nie da się tego lepiej nazwać – rower, wąskie wejście, dwa stopnie na peron – no niewygodnie) i widząc, że konduktor już trzyma rękę w górze, pognałem do wagonu przede mną. Zdążyłem. Powiesiłem rower za przednie koło i mogłem we wcześniejszym wagonie wreszcie spokojnie usiąść.


Czas mi nadspodziewanie szybko zleciał. Co ciekawe, w żadnym z tych pociągów nikt nie sprawdził moich biletów. Słuchałem muzyki, zdrzemnąłem się, zjadłem, wypiłem i tuż po 17 mogłem wysiąść z pociągu na dworcu centralnym w Neapolu. Na dworcu tłoczno, więc starałem się sprawnie z niego wydostać. Odpaliłem nawigację w telefonie na silikonowym uchwycie, który za 10 EUR kupiłem dzień wcześniej w przypadkowo mijanym sklepie rowerowym i mogłem ruszyć do La Controra Hostel Naples.
Nie widziałem ścieżek rowerowych, więc ruszyłem jezdnią dla samochodów. Jezdnia, to duże „cobblestones”, czyli chyba granitowe duże kocie jak kocie łby. Nierówne jak diabli. Do tego bardzo duży ruch – sporo samochodów stojących w korkach, pomiędzy nimi z dużą prędkością poruszają się skutery. Ogólny chaos na drodze. Wszyscy się śpieszą, każdy jest najważniejszy. I symfonia klaksonów. Klaksony co i rusz. A ja muszę się wspinać pod górę po tej nierównej granitowej kostce. A na drodze wąsko, więc co chwilę słyszę klakson za mną. Skutery mijają mnie na milimetry, samochody zresztą też. Ale to nie jest złośliwe – wszyscy po prostu muszą sobie radzić na wąskim pasie jezdni, a pas z naprzeciwka jest zakorkowany. Robię co mogę, sapię, zjeżdżam najbardziej jak się da na prawo. Co jakiś czas ktoś, kto zaparkował po prawej stronie próbuje wjechać przede mnie, żeby się włączyć do ruchu. No masakra! Balansuję moim ciężkim rowerem z czterema sakwami i sprawdzam co chwilę na telefonie, ile jeszcze mam do przejechania zdaniem nawigacji. Jeszcze sporo. Krótki postój przy wysokim krawężniku na wzniesieniu, żeby złapać oddech. Zaskoczył mnie Neapol – chaotycznym ruchem drogowym, dużą ilością ludzi idących chodnikami, próbujących przekroczyć jezdnię gdzie się tylko da, tym, że światła tutaj są regulacją dość umowną, tym, że jeśli się zawahasz zanim ruszysz o sekundę później niż oczekuje tego ktoś za tobą, usłyszysz klakson. Ale co ciekawe – nic mi się nie stało. Z nikim się nie zderzyłem, o nikogo nie zahaczyłem. Wręcz miałem poczucie, że gdy na nierównych kostkach łapiąc balans przechylałem się w lewo, to za mną czujnie to wyłapywali i hamowali, żeby nic się nie stało. Krótko mówiąc – ten ruch uliczny i sposób poruszania się na drodze więcej ma moim zdaniem wspólnego z krajami arabskimi niż Europą.
No ale w końcu dojechałem. Zszedłem na chodnik i w wyrwie pomiędzy ciągiem kamienic po prawej stronie drogi zobaczyłem schody zwieńczone jakimiś ruinami kościoła. Sprawdziłem jeszcze raz, czy to na pewno tutaj? Tak. Wdrapałem się po schodach i dopiero wtedy zobaczyłem po lewej stronie szyld La Controra Hostel do którego zmierzałem. Zadzwoniłem dzwonkiem, zamek w furtce zabrzęczał, więc wszedłem. W recepcji spokój kontrastujący z tym chaosem na drodze 20 metrów stąd. Dałem mój dowód osobisty i dowiedziałem się, że mam miejsce na górze łóżka piętrowego w pokoju na drugim piętrze. Rower mogłem zostawić w podwórzu hostelu. Dostałem kłódkę do szafki, w której mogłem schować swoje rzeczy. Bar hostelowy będzie otwarty później i będzie można w nim zjeść gdy zamówi się drinka, więc podobna promocja jak to było w Ferrarze w barze Charme. W pokoju był tylko jeden gość – Irakijczyk mieszkający w Wielkiej Brytanii, który zapowiedział mi, że będzie się za chwilę modlił w pokoju, więc podpiąłem swoją elektronikę do ładowania na półce nad moim łóżkiem, schowałem sakwy do zamykanej szafki i poszedłem na dół zabezpieczyć rower. Zapiąłem go linką do siatki obok baru i wróciłem do recepcji, by dowiedzieć się, gdzie mogę zrobić pranie i suszenie. Kupiłem żetony po 4 EUR na jedno i drugie, po czym wróciłem do pokoju. Modlitwy skończone, więc nie przeszkadzałem sąsiadowi. Gdy już się wykąpałem i przebrałem, mogłem zejść na dół do baru. Zamówiłem radlera i dowiedziałem się, że jedzenie będzie za godzinę, więc mogłem usiąść w patio hostelu i zaplanować jutrzejsze zwiedzanie. W międzyczasie do stołu przy którym siedziałem zaczęli się dosiadać kolejni młodzi ludzie. To bardzo fajna sprawa w takich miejscach, bo można poznać ludzi z różnych, czasem zaskakujących miejsc, dowiedzieć się ciekawych rzeczy o miejscach z których pochodzą, co warto zobaczyć tu gdzie jesteśmy, gdzie jest dobre jedzenie? Okazało się, że byłem najstarszy w towarzystwie. Większość stanowili studenci. Dwójka studiujących medycynę ze Szwajcarii, architektka z Australii, wesoły chłopak z Turcji, który wciąż rozbawiał wszystkich, dwóch Włochów, Niemiec, który przyjechał z rowerem i dopiero zaczyna z Neapolu jazdę na południe, drugi Niemiec z dredami, który cały czas palił trawę, Austriak, który dotarł tutaj autostopem i Amerykanin, który kręci się po Europie od miesiąca i zbierał od wszystkich informacje, jakby szukając pomysłu, gdzie by tu jeszcze pojechać czy polecieć. Z kolejnymi radlerami dostawałem wegetariański ryż curry, w takiej ilości adekwatnej, żeby zaspokoić głód, ale się nie przejeść. W międzyczasie pranie i suszenie się skończyło, więc po 22 pożegnałem się z Towarzystwem, zgarnąłem ciuchy i poszedłem do swojego pokoju spać.
Ku mojemu zaskoczeniu w pokoju w mroku doszedłem do wniosku, że wszystkie sześć łóżek i miejsca na nich są zajęte. Co nieco mnie uspokoiło, wyraźnie słyszałem chrapanie z trzech stron. Ufff… Czyli mogę spokojnie spać bez obaw, że rano ktoś mi będzie robił wyrzuty o moje chrapanie.
Dzień 13
Wstałem wcześnie z budzikiem, umyłem się i tuż po 7 byłem na dole gotów do śniadania, które było w cenie noclegu w hostelu. Kawa przelewowa i z mlekiem roślinnym, ale i tak była smaczna. Soki, których było zadziwiająco mało, były świeżo wyciskane – ananasowy i pomarańczowy. Wybór rzeczy do jedzenia nie powalał, ale i tak znalazłem coś dla siebie. Dzisiaj zaplanowałem zwiedzanie Neapolu. Z podziałem na dwa wyjścia. Było odczuwalnie cieplej niż dotychczas. Spora wilgotność powietrza. W nocy tylko dlatego że działała w pokoju centralnie umieszczona w suficie klimatyzacja, spało się dobrze. Gdy klimatyzacja wyłączyła się o 6 rano, bardzo szybko w pokoju zrobił się nieznośny zaduch. W patio przy śniadaniu było jeszcze przyjemnie, ale tam gdzie słońce zaczęło się przebijać, ostro paliło. Będzie gorąco!
Sprawdziłem w nawigacji, że piechotą do centrum Neapolu piechotą będzie troszkę ponad pół godziny, więc ruszyłem piechotą. Poszedłem w dół Via Salvador Rossa, przy której jest hostel aż doszedłem do skwerku Giardino di Ginislao Paris. To co tutaj zobaczyłem, to była esencja Neapolu i tak właśnie to miasto zapamiętałem. Ogromny ruch uliczny, ryk kilkudziesięciu skuterów z każdej strony, bo skwer ten jest położony przy ruchliwym skrzyżowaniu. Mieszanka kulturowa, bo widziałem nie tylko Włochów siedzących przy stolikach kawiarni popijających espresso i dyskutujących o sobie tylko znanych sprawach, ale też sporo ludzi, którzy wyglądali mi na Muzułmanów. Kobiety ubrane na modłę arabską, większość mężczyzn z charakterystycznymi długimi brodami a niektórzy z nich z kufi na głowach. Ogólnie gwar, klaksony, hałas z ulicy i zatłoczone chodniki. Przemknąłem w wąską uliczkę Salita Tarsia, która prowadziła cały czas w dół. W ogóle nazywanie tego uliczką, to mocno na wyrost. To raczej wybrukowany chodnik szerokości na oko może 3 metrów, ale nie więcej. Po lewej i prawej stronie rzędy kamienic które miały od 3 do 5 kondygnacji i co chwilę bramy wejściowe do tychże kamienic, ewentualnie jakieś podobnie wąskie dróżki w bok. Czasem jakieś małe auto stało zaparkowane tuż przy elewacji budynku, zdarzyło się, że ktoś jechał tą dróżką, ale to musiało być małe auto, żeby się mieściło na szerokości drogi. Gdzieniegdzie stały zaparkowane skutery. Chwilę później dróżka zamieniła się w schody przez środek których wzdłuż była poręcz. Po lewej i prawej z kamienic wystawały balkony a z niektórych z nich zwisało suszące się pranie. To wszystko tętniło życiem. Ktoś na balkonie podlewał kwiaty, na innym wieszał pranie, drogą jedni śpieszyli się w dół, inni wspinali posapując w górę, w innym miejscu starsi panowie rozmawiali – jeden siedział w uchylonym oknie, a drugi na chodniku. Gdy droga nieco się poszerzyła i zniknęły schody, pojawiły się pachołki odgradzające przestrzeń dla skuterów i ewentualnie samochodów od pieszych i nagle pojawiło się coraz więcej zaparkowanych skuterów. Zrozumiałem więc w mig, że ta duża ilość skuterów wynika właśnie z tego, że nie wszystkie drogi w Neapolu są szerokie i dostosowane do samochodów. Są też takie jak ta którą szedłem w dół, po których skuterem można się dostać pod sam dom, bo auta tutaj się nie da zaparkować. Poza tym, przy tak dużym ruchu ulicznym, skutery dają możliwość szybciej i lepiej się przedostać w zakorkowanym mieście.



Ciekawostkę dla mnie stanowiło to, że zauważyłem kilka skuterów z polskimi rejestracjami. W pewnym momencie zobaczyłem też samochód z rejestracją RJA – nieco sfatygowaną. Później zwracałem uwagę na to, że najczęściej polskie rejestracje są z podkarpacia, czasem z Nowego Sącza i kilka poznańskich. Nie wiem, z czego to wynika, mam pewne przypuszczenia, ale pewności nie…
Dalej poszedłem wzdłuż Via Pignasecca aż doszedłem do Via Toledo, która już z samego nagromadzenia turystów dała mi jasno do zrozumienia, że oto jestem w centrum. Bardzo dużo ludzi. I to mimo iż nie było jakoś szczególnie późno, raczej późny poranek. Brnąłem więc w tym morzu ludzi, by dojść do Piazza del Plebiscito. Nieco się rozczarowałem, bo okazało się, że na tym dużym placu rozstawiona jest spora scena, dużo krzeseł a niemal cały plac otoczony jest płotem. Przy placu stoi neoklasycystyczny Pałac Królewski po stronie wschodniej, a po zachodniej stoi kościół San Francesco di Paola zwieńczony charakterystyczną kopułą z kolumnadą po obu jego stronach, która wygląda jak rozpostarte ramiona zapraszające do środka. Poszedłem w kierunku morza, by stanąć w punkcie widokowym z którego można dostrzec port, Castel Nuovo i Wezuwiusza, który nieodłącznie kojarzy się z Neapolem. Wezuwiusz, to jedyny czynny wulkan na kontynencie europejskim a jego najbardziej znanym wybuchem był ten w 79 roku naszej ery, kiedy to zniszczył rzymskie Pompeje, Herkulanum i Stabie. Ostatni duży wybuch był w 1944 roku i od tamtej pory wulkan nie daje oznak aktywności.




Słońce prażyło już w najlepsze gdy tak stałem i podziwiałem widoki. Szedłem w klapkach, bo ograniczając wagę i ilość ekwipunku, doszedłem do wniosku, że wezmę tylko buty rowerowe, bo mają zapięcia SPD, a do chodzenia wezmę klapki, bo i tak najczęściej będę ich używał na plaży, kempingu, a skoro mam znajomego, który nawet w zimie potrafi łazić w flip-flopsach (klapkach), to ja chyba dam radę chodzić całkiem niemało w czasie lata? Póki co, się sprawdzały. Wróciłem przez Piazza del Plebiscito do budynku który minąłem wcześniej i który to bardzo mi się spodobał. Chodzi o Galleria Umberto I. Galeria powstała w XIX wieku naprzeciw Opery San Carlo i przy ulicy Toledo. Wybudowana w stylu Umbertino nawiązującym do Renesansu i przypomina Galerię Vittorio Emanuele II z Mediolanu. Nazwę swoją zawdzięcza Umberto I, który był królem Włoch w czasie jej budowy. Galeria ta, to nie tylko sklepy, ale też biura, kawiarnie i miejsca przestrzeni publicznej a trzecie piętra w zamyśle budowniczych miały służyć jako przestrzeń prywatna do mieszkania. Czy ktoś tam teraz mieszka? Nie mam pewności. Układ galerii w kształcie greckiego krzyża i metalowo-szklana konstrukcja kopuły wieńczącej centralny punkt oraz zadaszenie pomiędzy budynkami galerii wieńczy dzieło. Za dnia wygląda świetnie, ale wieczorem te wrażenia się potęgują!




Chciałem dostać się do Katedry Neapolitańskiej i stwierdziłem, że zrobię to metrem. Żyjemy już w takich wygodnych czasach, że w większości transportu publicznego w Świecie da się kupić bilet na metro, tramwaj, czy autobus płacąc zbliżeniowo kartą, telefonem, czy zegarkiem. Nie ma już potrzeby tak jak to było do niedawna kupować jakieś metroCard, zasilać ją jakąś kwotą gotówką, czy kartą. Teraz po prostu w google mapie zaznaczam, gdzie chcę się dostać, wybieram, że nie pieszo, a transportem publicznym i nawigacja kieruje mnie – gdzie mam wejść do metro, o której godzinie i jaką linią, ile przystanków, na którym przystanku wysiąść i gdzie dalej iść, żeby trafić do celu. Wchodzę więc do stacji metro a na bramkach wejściowych wystarczy, że przyłożę telefon, czy kartę zbliżeniową a bramka się otwiera. Określona kwota jest blokowana na karcie a po wyjściu z metro czasami trzeba jeszcze raz „odbić” kartą wyjście z metro, najczęściej jednak nie trzeba – i tyle! Co za wygoda! Kierowany nawigacją szedłem chodnikiem wzdłuż ładnej historycznej ulicy. Niestety śmiecie się walały nie tylko obok śmietników, ale też pod nogami. Najgorsze było to, że w tak dużej ilości pieszych i małym dystansie pomiędzy nimi (ze względu na ich ilość), co chwilę stąpałem po papierkach, foliach, kubkach i plastikach tymi swoimi klapkami… Wreszcie dotarłem do gotyckiej Katedry (Duomo di Napoli, Cattedrale di Santa Maria Assunta).
Przed Katedrą sporo turystów. A niemal wszyscy wpatrzeni w elewację Katedry. Bo na niej coś nietypowego… Nie wiem, czyj to był pomysł, ale mnie się spodobał bardzo. Otóż na neogotyckiej elewacji katedry umieszczono czarno-białe zdjęcia wypełniające płaskie przestrzenie elewacji, przedstawiające współcześnie ubranych i wyglądających ludzi ale w sceneriach i pozach przywodzących na myśl stare, klasyczne malarstwo i różne sceny nawiązujące do historii chrześcijańskiej. No po prostu CUDO! Katedra w obecnym kształcie stanęła w miejscu, w którym w czasach greckich była świątynia Apolla a przed wzniesieniem na przełomie XIII i XIV wieku katedry w obecnym kształcie były dwie bazyliki – św. Restytuty i św. Stefanii. W Katedrze jest kaplica św. Januarego, który jest patronem Neapolu i uważa się, że chroni on miasto przed erupcjami Wezuwiusza. Ze św. Januarym jest związane jeszcze jedno wierzenie, a mianowicie w reliktarzu tej kaplicy przechowywana jest jego krew, która cudownie upłynnia się kilka razy w roku, co jest największym cudem neapolitańskim.







Ja tymczasem idąc dalej uliczkami Neapolu trafiałem co jakiś czas na różnego rodzaju malowidła, czy wręcz banery z wizerunkiem Maradony. Diego Maradona w Neapolu to fenomen – był „bogiem”, który w latach 1984-1991 poprowadził klub piłkarski SSC Napoli do historycznych sukcesów (dwa Scudetto i Puchar UEFA), przywracając dumę miastu i budując kult, który trwa do dziś w postaci murali (zwłaszcza w Quartieri Spagnoli, które mijałem wcześniej), pamiątek i atmosfery, czyniąc z niego legendę i symbol tożsamości Neapolu. Co ciekawe, mieszkańcy czczą go na równi z świętymi, a jego historia jest integralną częścią duszy miasta. Co jest tym bardziej ciekawe, mając na względzie końcówkę jego życia, gdy okazało się, że miał chłop problemy z narkotykami, co nie jest szczególnym wzorem do naśladowania.


Wymyśliłem sobie, że kolejne miejsce, które będę chciał zobaczyć, to będzie Castel Sant’Elmo. Żeby się tam dostać w miarę sprawnie, najpierw doszedłem do stacji metro przy Piazza Cavour, podjechałem metrem do Montesanto, a tam chciałem się przesiąść do kolejki (Funicolare), która dowiezie mnie do tego właśnie zamku na stacji Morghen. Okazało się jednak, że na Funicolare muszę kupić bilet, ale na stacji jest kiosk tobacco, w którym wąsaty jegomość takie bilety sprzedaje. Jedynie co, to nie mogłem znaleźć wejścia do kolejki, bo stacja ta obsługuje zarówno metro, jak i kolejkę. Para policjantów poleciła mi wejść od zewnątrz – czyli zejść na dół, na zewnątrz i tam jest wejście. Zobaczyłem po prawej stronie budynku rozsuwające się drzwi i za nimi tłumek ludzi idących w moim kierunku i za nimi kolejkę. Poszedłem więc tam. W pewnym momencie jeden starszy gość coś zaczął do mnie głośno i dość napastliwie wykrzykiwać po włosku. Odparłem, że nie rozumiem po angielsku. Ktoś inny rzucił mi tylko „Exit! No way!”. Skonsternowany stanąłem się rozglądając o co chodzi. I dopiero wtedy mnie olśniło. To było wyjście a nie wejście i zwrócili mi na to uwagę. Może ktoś pomyślał, że chcę wejść bez biletu? Miałem podobną sytuację raz w sklepie na trasie. Widzę automatycznie otwierające się drzwi, to wchodzę. A tu jakiś gość wychodzący zaczyna na mnie pokrzykiwać. Na drzwiach nie było żadnego oznaczenia że wejście, albo wyjście, więc skąd miałem wiedzieć? I to były takie dwie sytuacje, które gdyby mi się zdarzyły w Niemczech, czy Austrii, zrozumiałbym bez szemrania. Ale we Włoszech? Włosi z tą ich fantazją i wyluzowaniem? Dziwne. Mam takie wrażenie, że w Polsce raczej nikt by głośno nie zwrócił uwagi komuś, że wchodzi wyjściem do Lidla, na przykład, jak myślicie?
W każdym razie udało mi się wejść do kolejki i wyjechać do Zamku Sant’Elmo. Nie miałem szczególnie ochoty na łażenie i zwiedzanie zamku, więc ograniczyłem się do spaceru po okolicy, aż trafiłem do punktu widokowego. Piękna panorama miasta z góry i widoczny w oddali Wezuwiusz, który dzisiaj swój szczyt chował za chmurami.


Ponieważ było bardzo gorąco, a ja byłem już nieco zmęczony, poszedłem do Hostelu by chwilę odpocząć. W recepcji spytałem się, które miejsca mi polecają jeśli chodzi o Pizza Napoletana? No i niestety okazało się, że siesta rządzi się swoimi prawami i na kilka godzin te najlepsze miejsca są zamknięte. Nie chciałem jednak tracić całego dnia, więc gdy już odpocząłem, uzupełniłem płyny i ruszyłem spowrotem do centrum. No więc znów wąską Salita Tarsia, która już jednoznacznie kojarzyć mi się będzie z typowym neapolitańskim widokiem. Później nieco Via Tarsia, by dojść do placu Dante Alighieri z marmurowym pomnikiem twórcy „Boskiej Komedii” pośrodku. Wszedłem w wąską uliczkę, która po jakimś czasie powiodła mnie do Via dei Tribunali. Jest wąsko, samochodów nie ma, czasem jakiś zbłąkany skuter się zdarzy, ale mnóstwo pieszych. W znakomitej większości to turyści. Ponieważ byłem już poważnie głodny, to szukałem miejsca odpowiedniego na zjedzenie „pizza napoletana”. Tyle tylko, że centrum starego miasta nie za bardzo wyglądało na odpowiednie do tego celu. Ilość turystów była przytłaczająca. Wyglądało to jak rzeka turystów z wolna poruszająca się, kotłująca na zwężeniach, gdy ludzie napływają jednocześnie z dwóch kierunków i kłębiąca się przy jakiś wyglądających na starsze zabudowy w wyrwach szeregu budynków. Wygląda ta stara część ciekawie, nie powiem, ale w pewnym momencie miałem już serdecznie dość. Co krok jakaś pizzeria, przy wejściu do lokalu kilka stolików pod ścianą budynku i ludzie jedzący, bądź czekający na jedzenie. Ale jak patrzyłem na te zamówione przez nich pizze i jedzenie, to nie wyglądało to ni cholery spektakularnie. Przeleciało mi przez głowę znane z memów „niby człowiek wiedział, ale się łudził”. No właśnie! Czego się spodziewałem w najbardziej turystycznym epicentrum Neapolu? Wyjątkowo dobrej kuchni? Czy może raczej powinienem być przygotowany na coś, co będzie drogie i niezbyt dobre, ale zgodne z oczekiwaniami przeciętnego turysty? No właśnie…
Wybrałem miejsce nieco na uboczu z bardzo dobrymi opiniami w Google Mapach. „Trattoria Pizzeria Bella Napoli”. Ponad 6 tysięcy opinii i 4,7 gwiazdki. Musi być dobrze – pomyślałem i usiadłem tam przy stoliku. Skrócę – było gorzej niż średnio a na domiar złego, niewiele brakowało, a bym wstał, zapłacił za wypite w ciągu ponad 40 minut czekania piwo i wyszedł. W tym ciągnącym się w nieskończoność czasie przy stolikach obok mojego zdążyli się zmienić ludzie, zamówić, zjeść i dostać rachunek. A ja czekałem głodny i coraz bardziej wkurzony. Pizza – bez zachwytu. Nie wiem więc, skąd mają tak dobre noty, chyba, że ja wyjątkowo źle trafiłem? Nie wiem. Nie polecam – próbujcie innych miejsc. Cena pizzy z radlerem, to 19 EUR.
Ruszyłem dalej. Chciałem zobaczyć Spaccanapoli, ale co ciekawe, wcale nie byłem pewny, gdzie to jest. Czytałem, że to „ulica przedzielająca najstarszą część Neapolu na pół”. Problem w tym, że nie ma takiej ulicy o nazwie Spaccanapoli. W nawigacji google jest kilka miejsc noszących tę nazwę. Znalazłem jednak, o co tutaj chodzi. To ulice biegnące równolegle do Via dei Tribunali, którą doszedłem do Via Duomo. Ulice jakby nieco bardziej na południe od Via dei Tribunali. Dlatego idąc w dół Via Duomo, skręciłem w prawo w Via San Biagio dei Librai i szedłem w kierunku zachodnim. Tak właśnie doszedłem do Spaccanapoli idalej przez Via Benedetto Croce. Doszedłem tak do Via Toledo i poszedłem nią na południe w dół. Szedłem nieśpiesznie, jakby z nurtem tłumu, nie próbując iść od niego szybciej, poddając się jego tempu. Chłonąłem atmosferę, przyglądałem się budynkom, witrynom, turystom, sprzedawcom, jakimś przypadkowym mieszkańcom, ciemnoskórym handlarzom, którzy w parę sekund rozstawiali swoje dobra na sprzedaż na kocach, a gdy któraś z ich „czujek” gwizdnęła w odpowiedni sposób, składali w te koce cały swój dobytek w dosłownie trzy sekundy i ulatniali się w tłumie. Ten chaos, kakafonia mieszających się języków z najróżniejszych części Świata, mieszające się zapachy przypalonego tłuszczu, pizzy, słodkości z cukierni, perfum, smrodu ze śmietnika nieopodal chodnika po którym ten tłum się poruszał, dymu papierosów palonych przez ubrudzonych i przepoconych kucharzy stojących w bramie przez którą można wejść do kuchni restauracji obok… A ja szedłem w klapkach i jedynym lekkim cywilnym ubraniu jakie miałem (bo drugie cywilne ubranie było na zimne dni, czyli długie spodnie itd.) rozglądając się leniwie i szukając odpowiedniego miejsca, by zjeść loda i coś słodkiego. Zdawałem sobie sprawę z tego, że cały dzisiejszy dzień spędzony na zwiedzaniu Neapolu, to zdecydowanie za mało, żeby móc powiedzieć, że „coś zobaczyłem w Neapolu”. To nie było nawet „liznięcie” tematu. Wiem, że muszę się wybrać do Neapolu na przynajmniej dwa-trzy dni, chcąc faktycznie pozwiedzać to miasto i móc spróbować lokalnych przysmaków ale w miejscach nieprzypadkowych, a w najlepszych z nich. Wiem, że tu wrócę!
Chciałem spróbować lokalnego przysmaku, który ma związek z Polską. Chodzi o Babà Napoletano, nazywaną także Rum Baba. Jest to taka mała babka z ciasta drożdżowego nasączona rumem. Historia jest taka (choć moim zdaniem, to bardziej legenda), że nazwa baba pochodzi wprost z polskiej nazwy „babki” czyli ciasta drożdżowego, które to ciasto dostał do zjedzenia polski król Stanisław Leszczyński. Ponoć babka była tak sucha, że król ze złości cisnął nią i trafił w stojący na stole rum. Butelka się stłukła, a rum oblał drożdżową babkę nasączając ją. Król spróbował nasączonej rumem babki i stwierdził, że to doskonałe połączenie. Tyle legenda. Faktem jest, że babka nasączona rumem najpierw pojawiła się we Francji, a dopiero później w Neapolu, natomiast właśnie w tym mieście od XVIII wieku jest uznawana za lokalny przysmak.
Miejsc, w których widać duży napis „BABA” minąłem bez liku! Zdecydowałem się spróbować tego specjału dopiero w La Sfogliateria Mary która mieści się w Galleria Umberto I przy Via Toledo. Mnie babka kojarzy się z ciastem drożdżowym, które jest tak duże, że cztery osoby się nią naje. A tutaj ta babka, to raczej taka babeczka, trochę jak wydłużona muffinka, taka bardziej smukła, nieco przypominająca wyglądem grzybka. Ciasto moim zdaniem bardziej biszkoptowe niż drożdżowe, ale ciężko stwierdzić, bo nasączone rumem w takim stopniu, że rzekłbym raczej iż był to rum z dodatkiem ciasta niż odwrotnie. Podane to w folii, żeby się nie pochlapać i poplamić rumem. Cena: 2,5 EUR.
Dosłownie naprzeciw wejścia do Galleria Umberto I przy Via Toledo jest lodziarnia, która stała się bardzo popularna w ostatnim czasie zwłaszcza na TikToku za sprawą lodów pistacjowych – moich ulubionych. No to już wiecie, gdzie wziąłem lody? Tak. Właśnie tutaj w Casa Infante. Lody przepyszne, ale niestety nie mieli już polewy pistacjowej, która stanowiła o wyjątkowości lodów pistacjowych właśnie w tym miejscu. Szkoda, aczkolwiek lody bardzo smaczne. Takie bardziej orzechowe niż słodkie, bym powiedział. Z delikatną nutą słonego. Pyszne. No i sposób podania też wyjątkowy. Ładny. Cena akceptowalna, bo 2,80 EUR.


Było już ciemno. Po 20. Pora wracać do Hostelu. Pojechałem metrem za 1,5 EUR. Stacja metro Salvator Rosa Ovest jest tuż obok Hostelu. Na miejscu w patio okazało się, że całkiem sporo ludzi siedzi, rozmawia, coś popija, więc dołączyłem do nich. Dwa radlerki, trochę rozmów i poszedłem położyć się spać, bowiem jutro znów wracam na siodło i ruszam w trasę. Tym razem jednak będę jechał na północ. Wybrzeżem, ale zachodnim. W kierunku Rzymu. Plan mam taki, by dojechać do campingu w Terracina, które jest mniej więcej w połowie dystansu z Neapolu do Rzymu. Ale żeby tam dojechać, trzeba zrobić około 120 kilometrów, więc muszę wstać jak najwcześniej i sprawnie ruszyć w drogę.
Ale o tym już w następnej relacji. A dzisiaj dziękuję Wam, że chcieliście spędzić trochę czasu na mojej opowieści i zapraszam na kolejne.
Piotr








