Dzień 10
Po ulewach i koncercie za ścianą hotelu do późna, dzisiejszy poranek powitał nas piękną pogodą! Tchnęło to w nas sporo optymizmu ale i wiary w to, że podejmujemy właściwe decyzje. Jedząc śniadanie widziałem flagę Ferrari, tym razem wesoło powiewającą na maszcie. Zjedliśmy więc szybko, żeby nie tracić dobrej pogody i wróciliśmy do pokoju się spakować. Wreszcie była odpowiednia pogoda, żeby wypuścić „dronka Bronka” na zwiady! Dronek przeleciał się sprawnie wypuszczony z balkonu, zrobił kilka ujęć i szczęśliwie wrócił.




Podobnie jak w poprzednich dniach, pojechaliśmy osobno z Fabianem. Umówiliśmy się, że dzisiaj będziemy jechać do Camping Bellamare. Nie mieliśmy rezerwacji, bo jak w poprzednich przypadkach, nie da się zrobić rezerwacji na jedną noc rowerzyście z namiotem, ale chociaż Pani zapewniła mnie, że nie będzie problemu, bo miejsce dla nas będzie. Przed nami więc dzisiaj do przejechania troszkę ponad 90 kilometrów, więc „bułka z masłem”, bo pogoda sprzyjała i mieliśmy jechać głównie po płaskim z dwoma podjazdami w Anconie i za nią, czyli standardowo – pod koniec dnia… Jakby na dobicie! Na telefonie, gdy to oglądaliśmy, nie wyglądało to strasznie, a jak wyjdzie? Zobaczymy. Ruszyłem najpierw przez Pesaro ścieżkami rowerowymi. To miasto zdecydowanie bardziej atrakcyjnie wygląda w słońcu! Bez dwóch zdań. Deszcz odbiera mu sporo z uroku. Ładnie wyglądały te wszystkie hotele, nadmorskie plaże, ludzie nieśpiesznie idący, jadący rowerami na zakupy, czy załatwiając jakieś sobie tylko znane sprawunki. Ruch uliczny niezbyt wielki. Słowem, widać gołym okiem, że sezon turystyczny już się prawie skończył i ludzie, których mijam, to raczej mieszkańcy tego miasta.
Dzisiaj jechałem wzdłuż wybrzeża niemal cały czas. Po lewej plaże – dzikie, częściej zagospodarowane, ogrodzone, jeśli jechałem przez jakąkolwiek miejscowość turystyczną, to wówczas przy plażach „bagno” z restauracją czy barem, parasole i leżaki na plaży. A wzdłuż chodnik, ścieżka rowerowa, która czasami była pomalowana na niebiesko, wzdłuż ścieżki jezdnia coraz częściej dwupasmowa, a po prawej stronie jezdni hotele, restauracje, sklepiki. Po kilku godzinach jazdy plaże częściej były poprzedzielane falochronami z wielkich kamieni, czasem nie było piaszczystej plaży, a po prostu kamienny brzeg. Większa różnorodność. Często mijałem plaże, z których faceci zajmujący się nimi, przynosili na ścieżkę rowerową leżaki, myli je, wystawiali do wysuszenia, by później składać te leżaki na stos na tyłach plaż. Wyglądało mi to, jakby przygotowywali się już do zakończenia sezonu. Czasami mijałem plaże, na których już nie było leżaków, ani parasoli, a bary i restauracje były zamknięte na głucho.


Po 12 doszedłem do wniosku, że słońce już tak mocno praży, a ja już tak się spociłem, że to najlepsza pora, by się wykąpać w morzu. Znalazłem kawałek plaży, która nie była ogrodzona – publiczna plaża. Przy niej była budka z toaletą i prysznicem ogólnodostępna. Idealne miejsce dla mnie! Przepchnąłem więc rower przez piasek, zaparkowałem go i poszedłem się przebrać w kąpielówki. Chyba nie jestem w stanie Wam opisać, jaka to dla mnie była frajda móc wejść do morza, popływać w pysznej ciepłej wodzie, spłukać słoną wodę a później nasmarować się kremem do opalania i wygrzewać w słońcu leżąc na ręczniku na piasku! Esencja szczęścia! Uwielbiam plażę i kąpiel w morzu, ale chyba najwięcej szczęścia daje mi to wtedy, gdy zmacham się na rowerze. Bardziej się tym cieszę chyba niż, gdy dojadę na plażę klimatyzowanym samochodem. Popływałem dwa razy, nawet zdążyłem przysnąć opalając się na piasku. No ale trzeba było jechać dalej, więc ruszyłem dalej.


Dwie godziny później dojechałem do Ancony. To stare portowe miasto pamiętające jeszcze czasy z IV wieku p.n.e. Nazwa Ancona wywodzi się z greki i oznacza łokieć, który to cypel, na którym miasto stoi przypomina. Początkowo była kolonią grecką, później częścią cesarstwa rzymskiego, by w XVI wieku być częścią państwa kościelnego. W historii miasta jest nawet polski akcent, bo w Lipcu 1944 roku miasto zostało zdobyte przez 2 Korpus Polski. Ten sam, który w Maju 1944 roku zdobył Monte Cassino! Jechałem w kierunku portu a przede mną zarysowały się budynki położone poniżej górującej nad nimi romańsko-bizantyjskiej katedry z XI wieku. Katedra ta wieńczyła wzgórze Monte Guasco. Początkowo planowałem wspiąć się tam, ale w miarę podjeżdżania tam, ochota mi przechodziła. Gdy jeszcze okazało się, że dojazd tam jest zablokowany ze względu na remonty dróg i w sumie, to nie wiadomo jak tam wyjechać, zarzuciłem pomysł dostania się na górę. Nawet żeby dojechać do łuku Trajana z II wieku też musiałem szukać dojazdu i kluczyć. Poddałem się… Zawróciłem i szukałem miejsca na krótki postój. Jakoś tak pechowo trafiłem, że sporo dróg w remoncie w centrum i nigdzie informacji, jak objazdy. Nawet do portu nie wiadomo było jak zjechać. W drodze nieco powrotnej na dalszy szlak, stwierdziłem, że skręcę nieco wgłąb i poszukam miejsca na krótki postój. Skręciłem w Corso Stamira i wiedziony instynktem dojechałem do Piazza Cavour. Zrobiłem sobie postój w „Il Chiosco Taste & Beyound”. Zjadłem kawałek pizzy, popiłem Colą, bo gorąco było cały czas jak diabli i gdy ochłonąłem nieco, ruszyłem dalej.





Gdy już udało mi się wyjechać z centrum miasta i zacząłem jechać nieco bardziej wgłąb lądu, czyli na południe a nie wzdłuż wybrzeża, rozpoczął się podjazd. Ostry. Do tego jeszcze nawigacja prowadziła mnie w niezrozumiały sposób jakimiś estakadami, więc po dwóch pomyłkach w końcu udało mi się znów wbić na szlak. Zacząłem mijać sypialnie Ancony, ale sapałem i pociłem się niemiłosiernie, bo podjazd okazał się być spory. Gdy wreszcie dojechałem na szczyt, sprawdziłem w nawigacji, ile jeszcze podjazdów przede mną i okazało się, że jeszcze 4, z czego najwyższy dopiero przede mną! No ale chociaż mogłem się przez chwilę cieszyć dość długim i szybkim zjazdem. No jednak nie lubię podjazdów na koniec dnia! Jeśli ktokolwiek z Was właśnie ma ochotę spytać mnie, czy nie dało się pojechać inaczej, żeby nie wspinać się tyle? Odpowiem – niestety nie. Jazda wzdłuż wybrzeża wiązała się z jeszcze większą ilością podjazdów i przewyższeń, bo Ancona jest usytuowana na wzgórzach, które dość ostro wpadają do morza. Wytyczając trasę więc, wybrałem właśnie tę, którą właśnie zaczynałem znów się wspinać i miałem świadomość, że to była najlżejsza wersja trasy. Inne były tylko gorsze. Trzeba było więc zacisnąć zęby i cisnąć nogami. Oj ciągnął się ten podjazd! Sceneria była urokliwa, bo falujące wzgórza pięknie namalowane – jak z obrazka. Ale cały czas pod górę. 10-16% nachylenia. Masakra. Gdy dojechałem do tablicy z nazwą miejscowości „Camerano”, zatrzymałem się, by nagrać film na relację na social mediach. Powiedziałem w filmie, że Camerano, to ból, bo teraz po tym roller-coasterze i ostrym podjeździe, Camerano będzie mi się kojarzyło z bólem! Cały spocony i zdyszany dojechałem jednak w końcu na szczyt najwyższego dzisiejszego podjazdu. Ale po zjeździe czekały na mnie kolejne jeszcze dwa podjazdy.


Nawet nie wiecie, jak mi się morda cieszyła na widok brzegu morza na horyzoncie podczas kolejnego zjazdu. Po prostu widziałem, że jeszcze trochę wysiłku, jeszcze parę kilometrów i dojadę do dzisiejszego miejsca docelowego. Na szczycie ostatniego podjazdu jednak zobaczyłem sklepik, więc po prostu musiałem stanąć na colę, ciastko i złapanie oddechu.
Przed 18 dojechałem do Camping Bellamare. Co ciekawe, byłem przed Fabianem, bo jak się okazało – on pojechał dłuższym i bardziej wymagającym wariantem trasy. Zanim zacząłem rozbijać namiot, Fabian do mnie dołączył i rozbiliśmy się obok siebie. Mieliśmy dla siebie ogromną parcelę z dostępem do prądu. Były niewysokie drzewka dające troszkę cienia. Ale ogólnie camping sprawił na mnie bardzo miłe wrażenie. Sanitariaty spore, czyste i były blisko. Był sklepik, ale w środku się okazało, że jest gorąco jak w ulu, a lodówki powyłączane, więc picie było ciepłe. Zaś restauracja obok miała się otworzyć później. Dlatego poszedłem się wykąpać w morzu. Później poszedłem do restauracji zjeść kolację i napić się radlerka. W ramach obiadu, którego dzisiaj nie zjadłem na trasie, zamówiłem makaron tagliatelle z sosem bolońskim, a w ramach kolacji wziąłem jeszcze pizzę, bo widziałem na sąsiednich stolikach, że wygląda smakowicie. A do pizzy aperol. Ale to wszystko było dobre! Wykąpany i umyty, poszedłem spać.




Dzisiaj przejechałem „zaledwie” nieco ponad 92 kilometry, ale te podjazdy, bardzo duża wilgotność powietrza i gorąco dały mi w kość, jakbym zrobił ponad 120… Poniżej możecie zobaczyć moją dzisiejszą trasę, a jak klikniecie w linka, w stravie będziecie mogli sobie pobrać ślad GPX…
Dzień 11
Camping Bellamare był bardzo wygodny i przyjemny, ale ponieważ nie było niczego, co by się przydało na śniadanie w sklepiku campingowym, zaś na otwarcie restauracji i czekanie na jedzenie szkoda mi było czasu, to umówiliśmy się z Fabianem, że po prostu spakujemy się rano w miarę wcześnie i śniadanie zjemy w najbliższym Lidlu w Porto Recanati – miejscowości nieopodal. Podjechaliśmy więc tam, zjedliśmy i wypiliśmy nasze „śniadanie mistrzów” i mogliśmy ruszyć dalej.



Dzisiaj była piękna pogoda. Było jeszcze trochę chmurek, ale słońce z każdą godziną grzało coraz mocniej. Cały dzisiejszy dzień jechałem wzdłuż wschodniego wybrzeża Italii. Bardzo wakacyjnego wybrzeża. Droga rowerowa ciągnęła się przez cały czas w podobny sposób. Dwupasmowa ścieżka rowerowa, oddzielona od ciągu pieszego i od jezdni. Często ścieżka rowerowa była pomalowana na niebiesko i mam podejrzenie, że wynika to z jakiejś regulacji w regionie Marche. Nie dało się w jakiś spektakularny sposób zauważyć zmiany w tym względzie podczas zmiany regionu na Abruzzo gdy dzisiaj to zrobiłem, ale jakby po fakcie w końcu zwróciłem uwagę na to, że ścieżka już niebieska nie była. Abruzzo, to już szósty region przez który przejeżdżam w tym roku we Włoszech. Pierwszy, to był Trentino – Dolina Adygi, później przejechałem skrajem Veneto, Lombardię w rejonie Mantua. Ferrara była pierwszym większym miastem kolejnego regionu Włoch, czyli Emilia-Romagna. Między Rimini a Pesaro przekroczyłem kolejną granicę regionów i wjechałem do Marche a dzisiaj Abruzzo.
Dzisiaj cały dzień jechałem wzdłuż wybrzeża, po płaskim. Szło mi więc całkiem sprawnie i co miało dla mnie duże znaczenie, nie było w ogóle podjazdów. Bądź co bądź, to już 10 dzień jazdy z jednym dniem przestoju na przeczekanie ulewy. Nogi już przyzwyczajone do codziennego wysiłku, a tyłek? No cóż – to pytanie pada najczęściej – „tyłek bolał?” W czasie tej wyprawy tyłek właśnie nie bolał. Nie był zbytnio sklepany. Było dobrze, zapewne za sprawą dopracowanej pozycji na rowerze, do której dochodziłem kilka lat co chwilę zmieniając coś – pozycję, długość mostka, wysokość kierownicy i samą kierownicę. Więcej we znaki dawały mi się dłonie. No ale na to niewiele już da się wskórać. Po prostu nie mam amortyzacji kierownicy i te drgania po kilkanaście godzin dziennie codziennie przez dwa tygodnie powodują, że dłonie cierpną. Pomaga zmiana ich ułożenia na kierownicy i dlatego właśnie drugi rok jadę z kierownicą, która umożliwia mi zmiany ułożenia. Oprócz tego zastosowałem na niej patenty. Pod owijkę dałem piankę, która daje mi większą amortyzację. A z nowości w tym roku zmieniłem pochwyty kierownicy na takie z rogami. I muszę przyznać, że to znaczna zmiana na plus – zwłaszcza przy podjazdach.
Nie zatrzymywałem się dzisiaj na kąpiel. Jedyne postoje jakie zrobiłem, to sklepy i bar, by zjeść banana, ciastko i coś zimnego się napić. Byłem skupiony na tym, by możliwie jak najsprawniej dojechać do kempingu i wówczas się wykąpać w morzu i zjeść obiadokolację. Słońce zaczęło zachodzić, gdy zbliżałem się do „International Campeggio” przed Pescarą. Fabian dał mi znać, że czeka na mnie przy recepcji, bo jakiś wypadek się zdarzył i nie może jeszcze się rozbić z namiotem.
Gdy wjeżdżałem na kemping, Fabian stał na wjeździe i mnie przywitał. Okazało się, że rzeczywiście na polu namiotowym stał radiowóz Carabinieri a w recepcji dziewczyna poprosiła nas o jeszcze chwilę cierpliwości, bo muszą zająć się policją. Nie trwało to długo, a dostaliśmy pozwolenia na wjazd, pokazano nam, gdzie możemy rozbić namioty. Wyjaśniło się też, co to za wypadek. Smutna to historia, bo starszy Pan, który był na kempingu kamperem, źle się poczuł w dzisiejszych upałach na plaży. Wezwano pogotowie, ale człowiek ten zmarł. Przykra sytuacja. Zwłaszcza, że jego żona została teraz sama i musiała sobie poradzić z ogarnięciem sytuacji, kampera itd. Gdy już rozbiliśmy namioty, poszedłem popływać nieco w morzu łapiąc ostatnie promienie słońca, a gdy wróciłem z łazienki po kąpieli, życie na polu namiotowym wróciło już do normalności.
Poszedłem do restauracji kempingowej, gdzie dostałem zamówioną Carbonarę ze spaghetti, radlera Birra Moretti na start i radlera birra Messina na koniec.



Miałem więc czas na podsumowanie dzisiejszej jazdy. Wyszło wszystkiego 118,5 kilometrów, a ślady z dzisiejszej trasy możecie znaleźć poniżej:
Siedząc przy radlerku z Fabianem, podjąłem decyzję odnośnie planów na jutro. Gdybym jechał jutro w kierunku na Neapol, to oprócz tego, że czekałyby mnie spore góry, mnóstwo podjazdów i przełęcz na wysokości tej samej, którą pokonałem w Alpach w tym roku, to jeszcze w takiej pogodzie, czyli skwarze w słońcu bez perspektyw na jakikolwiek kemping, a jedynie spanie na dziko, było dla mnie kiepską perspektywą. Te dwa dni na dojazd do Neapolu zeżarły by moją całą energię i wypluły. Poza tym, na trasie przez Apeniny nie było za bardzo nic ciekawego. Miałem przed oczami tereny rolnicze, te mało ciekawe, które ciągnęły się dziesiątkami kilometrów. Alternatywą było jechać pociągiem. Co ciekawe, żeby dojechać do hostelu w Neapolu, potrzebowałem całego dnia! Dlatego właśnie podjąłem decyzję, że wolę pojechać pociągiem w jeden dzień i mieć jeden dzień zapasu na zwiedzanie Neapolu czy Rzymu, niż zaryzykować i pchać się przez Apeniny rowerem ryzykując kontuzję, albo obsuwę czasową i później spinać się by zdążyć na czas. Zarezerwowałem w Neapolu noclegi w hostelu i kupiłem bilety na pociągi. Co ciekawe, miałem 3 przesiadki, z czego jedna przesiadka była w Rzymie, bo jakoś tak te koleje w tej części Włoch są poprowadzone, że z Pescary do Neapolu pociągi idą wyłącznie przez Rzym.
A Fabian? On ma zaplanowaną o wiele dłuższą trasę, bo chce dojechać do Palermo. A jutro będzie jeszcze jechał dalej na południe i dopiero później będzie odbijał w kierunku do Neapolu, ale o tym już w kolejnych relacjach…
A póki co, dziękuję Wam za to, że dotrwaliście do tego miejsca! Ponieważ mam nieco więcej pracy i obowiązków, to systematyczność publikacji nieco się pogorszyła, ale obiecuję, że postaram się to poprawić. Do zobaczenia!
Piotr


