Wyspa Culebra – Portoryko

Puerto Rico – Isla del encanto. Portoryko – zaczarowana wyspa. A w zasadzie wyspy, bo oprócz wyspy dużej do Portoryko należą też mniejsze wyspy. My zwiedziliśmy dwie największe z nich leżące na wschód od wschodniego wybrzeża dużej wyspy, czyli Culebra i Vieques. Kierowniczka naszej portorykańskiej przygody i główna organizatorka planu zwiedzania – Pati, przewidziała na czwarty dzień Culebrę a na szósty i siódmy dzień wycieczkę z pobytem na Vieques – większą z wysp. Dzisiaj opiszę Wam wizytę na mniejszej z nich, czyli Culebra.

Po przylocie do Portoryko, odebraniu z małym stresem samochodu i przyjeździe do Luquillo w północno wschodniej części wyspy, pierwszego dnia pobytu zwiedziliśmy dwie plaże w naszym bliskim sąsiedztwie czyli playa Azul i większa playa Luquillo obok której w kioskos usiedliśmy spróbować po raz pierwszy kuchni portorykańskiej.

Następnego dnia pojechaliśmy do starego San Juan o czym opowiedziałem Wam nieco w poprzedniej relacji. Trzydzieści parę stopni w cieniu daje się we znaki i wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tych temperatur. Dlatego w naszym domku jak tylko przyjeżdżamy, odpalamy klimatyzację i dzięki temu oraz zimnym napojom da się jakoś funkcjonować. Na szczęście nie ma tutaj tak wysokiej wilgotności jak w Meksyku, co było doprawdy nieznośne. 200 metrów do basenu, a ja jeszcze przed basenem niemal zaraz po wyjściu z klimatyzowanego apartamentu byłem całkiem mokry od tej wilgotności. W Portoryko, co zaskakujące – jest znośnie.

Z Luquillo do miasta Ceiba na wschodnim wybrzeżu, gdzie jest port z którego płyną promy w kierunkach Culebry i Vieques jest około 25 km, czyli pół godziny samochodem. Pojechaliśmy tam naszą szarą strzałą – Hyundai Accent- rano. Obok portu jest duży parking kosztujący 15$ za dzień. Z parkingu tego jeździ co chwilę bus podwożący do samego portu oddalonego o jakieś 0,5 km. Na miejscu jesteśmy rozsadzani w rzędach w takim dużym namiocie bez bocznych ścian, dającemu nam schronienie przed słońcem. W ten sposób można zapanować nad tłumem pasażerów i zapewnić porządek.

Wchodzimy na pokład dość małego promu pasażerskiego. Fale były spore, więc huśtało dość poważnie. Na szczęście poza kilkoma „incydentami” sytuacja nie pogorszyła się lawinowo i pokład nie został całkowicie zafajdany, więc można to odnieść za sukces. Gdy wyszliśmy na brzeg, wiedzieliśmy, że chcemy się dostać na plażę słynącą z rafy koralowej i możliwości nurkowania w towarzystwie żółwi. Playa Tamarindo. Z portu dostać się tam można busem albo wynajętym samochodem czy wózkiem golfowym. Ewentualnie pieszo. Ale ponieważ na wyspę Culebra przeznaczyliśmy jeden dzień, to nie mieliśmy aż tyle czasu, by wszystko pokonywać pieszo.

Idę więc od busa do busa pytając, który z nich jedzie na Tamarindo Beach? Żaden. Wszystkie jedą na znacznie popularniejszą plażę Flamenco. Pytam jednego z „naganiaczy”, czy wie, kto jedzie busem do Tamarindo? Tak – zaraz tu będzie… W końcu pojawia się nasz Latino i pokazuje, który to jest jego bus. Za 7$ od osoby zabieramy się jedynym busem jadącym na tę plażę. W drodze Grażyna dopytuje się naszego Kierowcę, czy później on będzie jechał przed 17 z Flamenco Beach na prom? Tak. No to plan na transport mamy z głowy. Wysiedliśmy na bardzo „terenowej” drodze blisko brzegu prześwitującego gdzieniegdzie spomiędzy palm i innej roślinności podobnej do naszych krzaków. I znów wysiadka z klimatyzowanego busa na nagrzany ląd, co znów powoduje zdziwienie, że jest aż tak gorąco! Chwilę później zaczynam czuć na skórze jak agresywne jest tutaj słońce – no wszak jesteśmy na wysokości niemal zwrotnika, więc ostrzeżenia z programu prognozy pogody w telefonie o „ekstremalnie wysokim promieniowaniu UV” to święta racja. Zwłaszcza, że wciąż skóra mnie piecze po pierwszym dniu opalania, wczoraj się nie opalaliśmy, dzisiaj jest trzeci dzień, a nadal piecze… Oj będzie schodziła skóra na potęgę!

Wchodzimy na plażę. Piękny widok. Nie ma wielu osób, więc jest wspaniale. Mijamy dwie parasolki pod którymi chowają się jacyś (na oko) Portorykańczycy. Pod każdą parasolką plażową – wiecie – taką dużą – stoi cooler (czyli przenośna lodówka turystyczna), przenośny grill, z głośnika bluetooth leci muzyka z latynoskimi rytmami – ustawiona na maksymalną głośność, na małym stoliku stoją jakieś piwka, a na krzesełkach siedzą sprawcy tego zamieszania. Ten opis jest tak samo uniwersalny jak opis naszej typowej polskiej rodzinki leżącej na plaży nad Bałtykiem otoczonej parawanem (mimo że wiatru nie ma wcale). Różnica w akcesoriach różnicuje pochodzenie rodzinki. Latynosi na Portoryko są głośni, każda rodzinka słucha ze swojego głośnika coś zupełnie innego niż sąsiedzi obok i nikomu to nie przeszkadza. No ale wróćmy do Tamarindo Beach.

Rozłożyliśmy dwa krzesełka turystyczne i ręczniki plażowe pod roślinnością na brzegu. Szybko wskoczyliśmy do wody i poniewczasie wróciliśmy po maski i rurki do „snorkingu” czyli nurkowania na niewielkie głębokości. Powód był prosty – bardzo blisko brzegu była rafa koralowa i dość spory ruch żyjątek. Dlatego wszyscy (poza Grażyną) zaczęliśmy pływać na powierzchni oglądając, co tam się dzieje pod wodą. Ja wziąłem GoPro i zacząłem kręcić. Dość szybko okazało się, że pływamy w sąsiedztwie żółwi!

Pływałem oglądając kolorowe rybki poruszające się w labiryncie niespecjalnie kolorowej rafy i nagle dostrzegłem na dnie żółwia, który jak gdyby nigdy nic pod wodą skubał sobie trawę morską – te takie glony. Robił to energicznie, jak młoda koza skubiąca trawę czy może raczej jakieś listki, gałązki. Po jakimś czasie patrzę, a skubany stwierdził że się wynurzy zaczerpnąć powietrza. Jeden haust, drugi. Nieśpiesznie łyknął powietrza i dawaj nura w dół znów skubać glony. Po jakimś czasie dołączył drugi żółw, a nawet w pewnym momencie mam wrażenie że jakby chciały się ze mną pościgać, płynęliśmy obok siebie przez jakiś czas. Ale to chyba raczej tak mi się tylko zdawało, bo żółwie kompletnie nie zwracały na ludzi uwagi. Robiły swoje nie przejmując się obecnością ludzi lub ich brakiem. Jagoda z Patką miały więcej szczęściaode mnie i w czasie nurkowania dostrzegły na dnie oprócz żółwi jeszcze płaszczkę.

Bardzo to była przyjemna plaża! Względnie cicho, nie za wiele osób. Niestety niedługo później dało o sobie znać to, że jesteśmy w tropikach. Pociemniało i z oddali zaczęło grzmieć. Chcieliśmy dojść jeszcze na drugą ładną plażę na tej wyspie, więc podjęliśmy decyzję, żeby pójść od razu, zanim zacznie padać. Spakowaliśmy się i jak tylko wyszliśmy z brzegu do utwardzonej szutrowej drogi, zaczęło padać. W dwie minuty zrobiła się z siąpiącego deszczyku niezła ulewa. Przeczekaliśmy deszcz w ruinach jakiegoś budynku i w końcu ruszyliśmy. 200 metrów dalej znów zaczęło padać. Na szczycie wzniesienia stał dom w typowej zabudowie tu na wyspie, czyli na palach.  Schroniliśmy się pod budynkiem między palami. Na tarasie pojawił się właściciel domu. Spytałem, czy możemy tutaj przeczekać deszcz? Zgodził się.

Po 15 minutach jednak musieliśmy już jednak iść niezależnie od siły deszczu. Dość powiedzieć że odcinek który można przejść w ciągu pół godziny pokonaliśmy szybciej, ale ja miałem w butach pełno wody. Ulewa bowiem niemiłosiernie nas zmoczyła. Ciekawe to doświadczenie, bo deszcz ciepły, wiatr też ciepły, zupełnie inaczej niż u nas w Polsce. Ostatecznie jednak, po pół godzinie, doszliśmy do plaży Flamenco. Nie zdążyliśmy jednak dobrze rozłożyć ręczników a znów zaczęło padać. Zdecydowanie lepiej jest w czasie deszczu być we wodzie, więc tam właśnie szybko poszliśmy.

Plaża Flamenco była bardzo przyjemna. Piękny piasek, palmy chylące się ku wodzie, przejrzysta woda przy brzegu wypłaszczona, no idealnie! Ale ludzi dość sporo. Może nie siedzieliśmy na sobie jak na polskim wybrzeżu, ale jak na warunki Puerto Rico, ludzi sporo. Po jakimś czasie byliśmy głodni, więc poszliśmy sprawdzić co tutaj jest dostępne. Były przekąski.  Młodziutka dziewczyna pomagała swojej rodzinie w prowadzeniu baru z jedzeniem i przekąskami. Wzięliśmy szaszłyczki z kurczakiem dla Jagody, takie przekąski z mięsem z kurczaka, które wyglądały jak nasz pieróg, tylko sporo większy z podobnego ciasta do tego jakie w Polsce używa się do pierogów. Nazywa się to Empanadilla i jest smażone na głębokim oleju, jak większość tutejszych potraw. Jeszcze drinki i picie dla wszystkich i jak doszliśmy spowrotem na plażę, to co? Znowu zaczęło padać deszczem.

Mimo wszystko ruszyliśmy zobaczyć wraki czołgów stojące w dalszej części tej plaży. Nie mieliśmy zbyt długiej możliwości ponapawania się widokiem, bo znów ulewa nas przegoniła pod palmy, by choć trochę schronić się przed deszczem. Pomiędzy tymi deszczami słońce nieśmiało czasami wychodziło zza chmur i wtedy można było się powygrzewać w jego promieniach na piasku. Jagoda zaś co chwilę w wodzie a to szukała ładnych muszelek, a to nurkowała szukając rybek, aż sąsiad leżący obok zaproponował jej i Patrycji karmienie rybek przy brzegu. Ciekawie to wyglądało, gdy woda buzowała jakby się gotowała, a tymczasem to były małe ryby walczące o jedzenie z ręki ludzkiej. Nagrałem to GoPro, więc jak zmontuję film po powrocie, będziecie mieli możliwość to zobaczyć.

Czas dobiegał końca, więc musieliśmy wracać. Zebraliśmy wszystkie rzeczy, doszliśmy do miejsca przy plaży Flamenco z którego odjeżdżały busy i wtedy zobaczyłem naszego Latino-Drivera, który ucieszył się na mój widok, przybił mi piątkę i zabrał nas busem za niską stawkę 5$ od osoby do portu. Spowrotem na dużą wyspę płynęliśmy promem osobowo – samochodowym, więc dużo większym i pomimo sporych fal, tym razem bujało niedostrzegalnie.

Zostaw komentarz