Z Neapolu do Rzymu wzdłuż zachodniego wybrzeża Włoch rowerem

zachodnie wybrzeże Włoch

Dzień 14

Dziś jest ten dzień, gdy trzeba ruszyć dla odmiany na Północ! Poranny chaos uliczny Neapolu napawał mnie niepokojem, owszem. No ale trzeba się jakoś wydostać z tego miasta i ruszyć w kierunku Rzymu. Pyszne śniadanie, kawa i świeżo wyciskane soki w hostelu pozostawiły we mnie naprawdę dobre wrażenie! Mogę z czystym sumieniem polecić La Controra Hostel w Neapolu. Było czysto, bezpiecznie, w miłej atmosferze, można było poznać sporo ludzi z różnych stron Świata (i to nie tylko sami młodzi ludzie, ale też w moim średnim wieku), do tego przemiła obsługa, dobra lokalizacja i naprawdę niewysoka cena. Przystanąłem na chwilę na chodniku przyglądając się korkowi samochodów i pomykającym obok i pomiędzy nimi skuterom zastanawiając się, jak by tu bezpiecznie włączyć się do ruchu… Otóż – na rympał! Serio. I wcale nie było niebezpiecznie. Nie było trzymania dystansu. Nieraz poczułem ocieranie się o mój łokieć jakiegoś skuterzysty, nieraz auta wyprzedzały mnie mijając o 3-5 cm ode mnie. Trzeba mieć jaja, nie myśleć o tym, być pewnym siebie, uważać na wszystko co się dzieje dookoła, bo refleks przydaje się częściej niż sądzicie.

Najpierw nieco z górki, później trochę pod górkę do głównej drogi aż pojawił się największy podjazd dzisiaj czyli do Capodimonte. Wspinałem się swoim tempem. Nikt na mnie nie trąbił, było spokojnie. Dobrze. Przed serpentynami po lewej dostrzegłem Basilica dell’Incoronata Madre del Buon Consiglio zwieńczoną piękną kopułą. Nie wiedziałem wtedy, że to właśnie tutaj można wejść do katakumb San Gennaro. Podziemny cmentarz z II i IV wieku, który jest jedną z bardziej znanych atrakcji turystycznych Neapolu. Ale to zobaczę, gdy wpadnę tu ponownie. Dzisiaj wspinam się serpentynami do wylotu z miasta i na Rzym.

Dopiero za Chianaio zaczął się zjazd. Krótki postój w sklepie po coś na drogę i mogłem gnać dalej. Początkowo przebijałem się przez przedmieścia Neapolu i małe miasteczka ościenne. Później zaczęły się tereny rolnicze. Ale wciąż byłem nie na wybrzeżu, a w głębi lądu. Coraz więcej śmieci. To temat, który szczerze mnie zdegustował. Chodzi mi o to, że podczas tego wyjazdu im bardziej przemieszczałem się na południe, tym więcej śmieci widziałem. I to wcale nie chodzi mi o większe miasta. Chodzi mi właśnie o StradaStradale, Strada Provinciale – te drogi powiatowe, drogi wiejskie, przez tereny rolnicze. Od momentu, gdy minąłem jezioro Garda na północy Włoch, śmieci było coraz więcej. A tu w okolicach Neapolu, to było już apogeum! Puste butelki po piciu, puste puszki, opakowania po słodyczach, torby po McDonaldzie, pudełka po papierosach (a palą Włosi sporo!). I to wszystko wala się na drogach, poboczach i naprawdę dużo tego śmiecia jest w rowach przydrożnych. Gdy minąłem Neapol i wjechałem w dróżki polne przez tereny rolne poprowadzone, załamałem się widząc w rowach, albo z boku tych dróg porzucone meble, sporo plastikowych elementów samochodowych, jakieś stare zabawki, porzucone samochodziki dziecięce, dziecięce wózki i rowerki, no od groma wielkogabarytowego śmiecia! Coś, co w polskim krajobrazie niemal całkowicie zniknęło. A tutaj jest. I to w dużej ilości. Załamka. Taki piękny kraj, tacy fajni ludzie, a taki syf…

W końcu poprzebijałem się drogami powiatowymi o dość sporym ruchu do nadmorskich miejscowości. Początkowo trasa wiodła mnie nie bezpośrednio przy brzegu, a nieco w głębi lądu. Dopiero za Mondragone co jakiś czas widać było morze. Przez całą tę drogę od Neapolu po prawej stronie co i rusz majaczyły średniej wielkości wzgórza. Ogólnie, to całkiem malownicze tereny. Co ciekawe, nie ma tutaj palm. Może nie całkowicie, bo z rzadka pojedyncza się zdarzała, ale stanowiły one wyjątek. A ciekawe to dla mnie było o tyle, że przecież na podobnej wysokości geograficznej ale po drugiej stronie, wschodniej Półwyspu Apenińskiego palmy rosnące dziko i sztucznie nasadzone spotykałem zdecydowanie częściej… Dojechałem do kurortów nadmorskich. Pojawiła się ścieżka rowerowa. Ale też widać było wyraźnie różnicę między tym zachodnim wybrzeżem a wschodnim, którym jechałem kilka dni wcześniej. Tutaj sezon był już nieodwołalnie zakończony. Wesołe miasteczka pozamykane, większość turystycznych restauracji, sklepów, kafejek też. Doceniłem jednak, że nie muszę się przeciskać między szwędającymi się turystami w dużych ilościach, jak było to niespełna dwa tygodnie temu wzdłuż jeziora Garda. Mogłem więc sprawnie pokonywać kolejne kilometry.

Gdy dojechałem do ujścia rzeki Garigliano, musiałem odbić nieco wgłąb lądu, by przekroczyć ją mostem. W nagrodę zobaczyłem pozostałości prawdziwego, pamiętającego czasy starożytne akweduktu – stoi on do dziś! To naprawdę niesamowite. Po prawej widać góry, skąd zapewne czerpano wodę i właśnie tym akweduktem była ona dostarczana do miasta który tutaj niegdyś istaniało pod nazwą Minturnae. Teraz już wiem, że jest tutaj możliwość obejrzenia amfiteatru rzymskiego i ruin po tym starożytnym mieście, ale wtedy z trasy nie dostrzegłem żadnych drogowskazów, bo być może bym skręcił chociaż na pół godziny.

Od miejscowości Scauri zaczęły się górzyste tereny nabrzeżne. Tyle tylko, że te podjazdy wcale nie były jakieś mega ostre ani wysokie, więc nie był to szczególnie duży wysiłek. W każdym razie od momentu, gdy minąłem skręt na Gaeta pojawiły się tunele. W górzystym terenie są one często zbawieniem, ale gdy jedziesz rowerem, a w tunelu są tylko dwa dość wąskie pasy, robi się już mniej przyjemnie. Na szczęście, nawet gdy były podjazdy w tunelu, ruch samochodów był na tyle nieduży, że nie stanowiło to dla mnie dużego problemu. W każdym razie stresowałem się o wiele mniej, niż w podobnych sytuacjach na przykład w Monaco czy Francji, bądź Szwajcarii. Za to widoki na zakrętach rekompensowały i to z dużą nawiązką wszelki wysiłek! Sami popatrzcie!

Znów czułem się jakbym jechał Lazurowym Wybrzeżem. Przepiękne widoki na skały wpadające malowniczo do morza i te przepiękne zatoczki. Niezbyt gęsto pobudowane domki na zboczach wyglądające bardzo malowniczo. Właśnie w takich momentach jestem pewny, że podróżowanie tą drogą rowerem ma o wiele większy sens niż samochodem. Jadę wolno i mam czas na podziwianie tych widoków, to nieśpieszne w porównaniu z samochodem tempo daje mojemu mózgowi czas na przetworzenie tego co widzę i zapamiętanie przesuwających się obrazów. Mogę bez problemu zatrzymać się rowerem, bo przecież nie potrzebuję do tego specjalnej zatoczki, która w lepszych miejscach widokowych niemal na pewno jest zajęta przez innych chętnych. Takie widoki w połączeniu z piękną dzisiejszą pogodą to właśnie esencja takich wypraw rowerowych. Coś dla czego się decyduję na taki wysiłek.

Dojechałem do najwyżej położonego punktu w miejscowości Sperlonga. Rozpościerał się stąd widok na piękne półkole wybrzeża ciągnące się od Sperlonga aż do Terracina – Zatoka Sperlonga. W Terracina miałem zamiar dzisiaj nocować i widziałem, że to bardzo optymalny wybór. Gdy dojechałem na miejsce, minąłem jeden zamknięty kemping i wjechałem pod recepcję Campingu Europa. Byłem dość późno, ale nie stanowiło to problemu. Bez marudzenia przyjęli mnie na tą jedną noc. Dostałem parcelę wielkości odpowiedniej dla dużego kampera w drugiej linii od siatki oddzielającej kemping od plaży. Na parceli był prąd, była też rozpostarta siatka chroniąca przed słońcem. Gdy rozbiłem namiot i się wykąpałem, zrobiło się wietrznie. Udało mi się kupić picie w sklepiku kempingowym, zamówić piwo i pizzę w barze. Pizza nie była szczególnie wybitna, ale mi chodziło tylko o uzupełnienie węglowodanów, by jutro mieć siłę jechać cały dzień.

Przebieg dzisiejszej trasy możecie zobaczyć i pobrać tutaj:

Dzień 15

Kolejny piękny, słoneczny poranek, a ja wcześnie na nogach, więc znów ruszyłem na plażę, by zrobić zdjęcia i polatać nieco dronkiem – Bronkiem. Całą noc wiało jak nieszczęście – trzepało namiotem zdrowo. W nocy nad ranem obudziłem się zmarznięty, ale jakoś to przetrwałem. Miałem świadomość, że najprawdopodobniej jest to już moja ostatnia noc pod namiotem w tym roku. Sprawnie spakowałem cały szpej i gdy polatałem już Bronkiem, pożegnałem się z moimi sąsiadami Czechami z kampera obok i ruszyłem do recepcji. Campeggio Europa, to naprawdę bardzo przyjemne miejsce. Podziękowałem za gościnę i ku zdziwieniu Pani która miała właśnie zmianę, dałem jej nowy nieużywany kartusz z gazem na wypadek, gdyby kiedyś się pojawił ktoś, kto by tego potrzebował. Tak bowiem wyszło w czasie tego wyjazdu, że nie miałem ani razu potrzeby odpalania kochera, gotować wody, czy robić sobie jedzenia samemu z wykorzystaniem właśnie gazu z tego kartusza, który kupiłem pierwszego dnia w Decathlonie na przedmieściach Monachium. W czasie tegorocznego wyjazdu było więcej rzeczy, które spowodowały, że zacząłem poważnie myśleć o zmianie mojego sposobu podróżowania rowerem. Ale o tym może przy innej okazji. Dzisiaj wystarczy to, że doszedłem do wniosku, że mam już tyle lat, pieniędzy i na tyle jestem hedonistą, bym nie musiał skąpić pieniędzy na jedzenie na trasie, w miarę możliwości lokalnych specjałów. Co za tym idzie, ten wyjazd pokazał, że niepotrzebnie wziąłem kartusz z gazem, palnik, kocher, sztućce, bo i tak codziennie stołowałem się albo na trasie, albo tam gdzie spałem. A że oprócz śniadań w hotelach, na kempingach też mogłem najczęściej coś zjeść wieczorem w ramach obiadokolacji, to o ile kolejne wyjazdy będą w równie cywilizowanych miejscach jak tutaj, rzeczywiście branie ponad kilograma akcesoriów do gotowania jest zbyteczne. Inna sprawa by była, gdybym spał na dziko.

Choć wczoraj wydawało mi się, że z Terracina będę musiał się wspiąć by przejechać wzniesienie na cyplu tunelem, okazało się dzisiaj rano, że wcale nie. Udało mi się pojechać trasą dołem, wzdłuż wybrzeża. Odpadła mi zatem poranna wspinaczka. Mijając wapienną skałę na wjeździe do miasta widzę starą bramę. Nazywana jest ona przez miejscowych „Porta Napoli” i niegdyś była częścią fortyfikacji oddzielającej Państwo Kościelne od Królestwa Obojga Sycylii. A co również ciekawe, jadę właśnie starą Via Appia, pamiętającą czasy rzymskie.

W Terracina jechałem jeszcze chwilę piękną, pomalowaną na niebiesko ścieżką rowerową wzdłuż wybrzeża, ale już w Porto Badino ruszyłem prosto na Sabaudia przez ląd. Nawierzchnia się zmieniała. Od szutrowej nawierzchni przez pola, przez wielokrotnie łatane wąskie drogi asfaltowe wiejskie, po całkiem ładne drogi lokalne. Widać, że to nie jest najbogatszy region. Domy, obejścia, samochody – raczej skromne, nieduże, mające wiele lat, ale wciąż funkcjonalne. Od momentu, gdy przejechałem nad Rio Martino – kanałem, wjechałem na Via Lungomare i mogłem po raz ostatni tego wyjazdu nacieszyć się widokiem włoskiego wybrzeża. Początkowo wyglądało to wyjątkowo, bo po lewej stronie, a więc stronie morza, nie było równej piaszczystej plaży, a właśnie wyjątkowe wydmy – pofałdowane piaszczyste podłoże porośnięte niezbyt gęsto roślinnością. Wyglądało to bardzo swojsko, bo właśnie tak najczęściej wyglądają plaże w Polsce. A po prawej stronie asfaltowej dwupasmowej drogi, stoją zaparkowane ciągiem samochody i od czasu do czasu da się dojrzeć, że nieco w oddali po prawej stronie też jest woda. To Lago Di Fogliano. Znaczy, że jadę mierzeją. Od czasu do czasu wzdłuż drogi po lewej stronie, więc od strony morza stoją drewniane restauracje, bary. Niestety najczęściej zamknięte, no bo jest już po sezonie. Mierzeja skończyła się rondem i zmienił się wygląd wybrzeża. Teraz było to bardzo podobne do wschodniego wybrzeża. Czyli po lewej morze i piaszczyste plaże ciągnące się niemal cały czas, później miejsce na leżaki i parasole, których już praktycznie nie było, bo większość banio się pozamykało ze względy na koniec sezonu. Później bary i restauracje, chodnik/ścieżka rowerowa, albo ciąg pieszo-rowerowy w zależności od fantazji projektanta danego odcinka. Miejsca do parkowania samochodów wzdłuż jezdni, dwa pasy jezdni, chodnik dla pieszych i ciąg budynków – hotele, restauracje, sklepy, punkty usługowe, domy, bloczki, apartamentowce. Lido di Latina nazywało się to miejsce i przejechałem je całe aż za Santa Rosa skręciłem w prawo, tym samym odbijając od wybrzeża wgłąb lądu.

Jechałem na północ mijając Aprilia (ta nazwa jednoznacznie kojarzy mi się z włoskimi skuterami i motocyklami, choć to nie tutaj jest fabryka). Jest płasko, gdzieś w oddali po wschodniej stronie majaczą jakieś góry, a ja prę do przodu w tym upale. Na trasie prawie nie ma cienia. Nie ma lasów, które by mi dały nieco wytchnienia od skwaru. Drzewa tylko gdzieniegdzie się pojawiają, ale większość z nich nie jest wysoka. W każdym razie nie mam szans na to, żeby jechać przez jakiś czas w cieniu drzew takich czy innych. Z tego względu, gdy tylko nadarza się okazja, zatrzymuję się, by nieco schłodzić się w klimatyzowanym sklepie, kupić zimne napoje, jakiegoś banana, czy żelka, bądź ciastko i odpocząć nieco od słońca i skwaru. Dzisiaj wybitnie doskwiera mi temperatura i słońce, więc tych postojów robię więcej niż wczoraj, czy we wcześniejszych dniach. Moje ulubione napoje, to sok bądź napój z czerwonych sycylijskich pomarańczy i Lemon Soda, lokalny napój cytrynowy. No można powiedzieć, że się uzależniłem!

Gdy miałem jeszcze trochę drogi do Rzymu, zatrzymałem się w przydrożnym barze. Czas leniwie tu płynął. A ja miałem możliwość trochę poprzyglądać się lokalsom, którzy właśnie do tego baru zajeżdżali, najczęściej na kawę, czasem coś zimnego. Jechali samochodami nieśpiesznie. Tak samo bez pośpiechu parkowali te samochody, a później nieśpiesznie szli, siadali. Nawet gdy mówili ze sobą, robili to powoli. To spory kontrast z Neapolem, w którym miałem wrażenie, że wszystko odbywało się szybko, w pośpiechu. Nawet stanie w korkach było podszyte pośpiechem. Ludzie szybko szli, jechali, ruszali się, bardzo szybko mówili i gestykulowali (jak to Włosi). A tutaj SPOKÓJ… Jakby wszystko co obserwowałem, odbywało się w zwolnionym tempie…

Czas jednak leciał i musiałem się zbierać do dalszej drogi. Gdy założyłem kask, okulary i chciałem ruszyć, wydarzyło się coś, co przytrafiło mi się pierwszy raz w życiu. Osa użądliła mnie w wewnętrzną stronę dłoni! Otóż złapałem za kierownicę lewą ręką i gdy tylko ruszyłem chwyciłem kierownicę prawą ręką. Ku mojemu totalnemu zaskoczeniu, poczułem ukłucie. Odruchowo, nerwowo cofnąłem rękę, otrzepałem ją o siebie. Nie wiem na pewno, co mnie użądliło, ale najprawdopodobniej była to osa. W tym dzisiejszym upale, chwyty kierownicy były przepocone i to musiało przyciągnąć osę, która usiadła na uchwycie. Użądliła mnie w wewnętrzną część dłoni, nieco na jej brzegu. A dlaczego tak się tym przejąłem? Bo mam uczulenie na jad owadzi. Gdy szerszeń mnie użądlił podczas kolonii w Słowacji gdy miałem kilkanaście lat, karetka zawiozła mnie do szpitala i resztę kolonii już spędziłem w szpitalu w Michalovcach. Bo tak spuchłem, że było ryzyko, że nie przeżyję.

Ręka puchła, ale przecież jakoś kierownicę trzymać trzeba było a i dojechać do celu też. W tym roku nie wziąłem ze sobą zastrzyku z andrenaliną. Wiedziałem, że to mija się z celem, bo adrenalinę powinno się przechowywać w lodówce, a ja nie mam lodówki na rowerze w czasie wyprawy. Pozostało mi więc zacisnąć zęby i dojechać do Rzymu, a tam, jeśli byłoby kiepsko, jechać na pogotowie. Ręka puchła i zanim dojechałem do rogatek Rzymu, palce ledwie mogłem zginać, nie mówiąc już o ściskaniu kierownicy. Ale jechałem dalej.

Ostatnie 50 kilometrów dzisiaj wiązało się z dość długim podjazdem i mniejszymi w trakcie. Wiedziałem o tym, dlatego, gdy tylko przekroczyłem 110 kilometrów i rogatki Rzymu, stanąłem na postój w sklepie. Schłodziłem spuchniętą łapę w zamrażarce z mrożonkami (taki patent 🙂 ) kupiłem jedzenie na wieczór i picie, odpocząłem nieco i mogłem ruszyć w ostatnie podjazdy do celu w Rzymie. A celem był Casa per Ferie Eden Cusmano. Nazwa nic mi nie mówiła. Rezerwację zrobiłem jeszcze będąc w Neapolu. Rezerwacja od 16 do 19 Września, czyli na 4 dni a 3 noce. Jednoosobowy pokój z łazienką i śniadania w cenie. A cena rewelacyjna, bo ciut drożej od najtańszego hostelu, w którym spałbym na piętrowym łóżku w pokoju z kilkunastoma innymi ludźmi (niekoniecznie tylko chłopami). 180 EUR plus podatek miejski 18 EUR! Bardzo dobra cena zwłaszcza, że nie było wcale tak daleko od Centrum Rzymu. No ale! Trzeba tam jeszcze dojechać. I powiem Wam, że nie spodziewałem się, że aż tak dużo będzie podjazdów, a w końcowej fazie tak strome będą te podjazdy. W każdym razie udało mi się dojechać pod bramę czegoś, co wyglądało jak dom pogodnej starości, albo coś podobnego. Bo otoczone murem za który nie da się za bardzo wyglądać. Wszystko zamknięte, ogrodzone. Brama wjazdowa z monitoringiem. Trudno – dzwonię na numer z bookingu. W końcu ktoś odebrał. Kobiecy głos wypytał kim jestem, co chcę, po czym zakomenderował, że mam czekać pod bramą aż ktoś mi otworzy. Kilka minut później brama się otworzyła. Wjechałem. Widzę budynek w planie gwiazdy albo X z głową. Ale na fasadzie tej głowy widzę coś, co bardziej wygląda mi na kościół. Spory teren ogrodzony, trawka pięknie przycięta, ładne duże drzewa dają sporo cienia, alejki dla pieszych i droga, która prowadzi w dół, jakby pod głowę tego X. Jadę i szukam, gdzie jest wejście. Ktoś mnie woła. Widzę uśmiechniętą siostrę zakonną, z wyglądu Filipinkę. Pokazuje mi, gdzie mam podjechać rowerem, po czym podchodzi do mnie, wita się i wszystko po kolei tłumaczy.

Rower mam zostawić przed wejściem „Casa per Ferie” i wejść do recepcji. Tam daję mój dowód osobisty do spisania danych (co, jak już wiecie we Włoszech jest normą). Dostaję magnetyczny token do drzwi wejściowych i wyjścia z ośrodka furtką obok Kurii oraz klucz do mojego pokoju. Rower mogę zostawić przed wejściem bez obaw, że ktoś go ukradnie. Biorę sakwy i zakonnica pokazuje mi, gdzie jutro rano będę mógł zjeść śniadanie. Mijam pokój modlitw, w którym dwie zakonnice klęczą skupione. Windą dojechałem z sakwami na drugie piętro. Na drzwiach windy hasło do WiFi – przyda się. Idę do mojego pokoju korytarzem na końcu którego majaczy mi figurka Matki Boskiej w nienaturalny sposób podświetlona przez szpary w nieco uchylonych roletach. Wchodzę do pokoju i jestem zachwycony. Mam całe duże łóżko małżeńskie z wygodnym materacem tylko dla siebie! Oprócz tego jest jeszcze rozkładana wersalka w pokoju, biurko, mały telewizor i łazienka. W łazience kabina prysznicowa, umywalka i toaleta – standard, ale wszystko sprawne, czyste, ciepła woda jest. Jedynie projektantowi tej łazience dałbym po łapach, bo jak siadam na kiblu, to kolanami dotykam kabiny prysznicowej – można to było lepiej poukładać. Mam jeszcze balkon, o czym dowiedziałem się, gdy podniosłem rolety. Ale to wszystko nie przebije klimatyzacji! Tak, w tej cenie mam jeszcze klimatyzację. Także po takim dniu jak dzisiaj, możliwość wykąpania się i położenia w schłodzonym klimatyzacją pokoju była doprawdy błogosławieństwem!

Łapsko spuchnięte mocno, więc musiałem gdzieś pójść, żeby kupić cokolwiek do posmarowania obrzęku. A przy okazji coś zjeść. Obczaiłem na google mapie, że niedaleko jest i apteka i restauracja, więc ubrałem się i ruszyłem. Niestety zanim doczłapałem w klapkach do Apteki, to okazało się, że jest już zamknięta. Trudno. Poszedłem na kolację do Ristorante Bistrot 139. Musiałem tylko przejść na drugą stronę ulicy. Ulicy LENINA! Tak tak… Via Lenin. Doprawdy byłem zdziwiony. No ale Rzym jest duży, pewnie zabrakło już innych nazwisk do nadania ulicom, więc sięgnęli do postaci, która nomen omen odcisnęła swój ślad w historii Świata. Ale jak się tak zastanowić, to myślę, że z perspektywy Włochów (choć nie wiem, jak ich uczą na historii), mógł nie być przedstawiany na równi ze Stalinem czy Hitlerem. Podejrzewam, że tutaj mogą nie wiedzieć o tym, ile milionów ludzi zginęło za sprawą jego działania i decyzji. Zamówiłem spaghetti carbonara w nagrodę za pokonanie dzisiaj ponad 122 kilometrów w tym cholernym upale!

Przebieg trasy możecie zobaczyć tutaj:

Zostaw komentarz