Dzień 16
Dzisiaj zaplanowałem zwiedzanie Rzymu! Pokój u Siostrzyczek jest wspaniały. Bardzo wygodne łóżko i klimatyzacja sprawiły, że zregenerowałem się wyśmienicie. Poszedłem na dół zjeść śniadanie, które miałem w cenie noclegu. Automat z kawą, dystrybutor z napojami, a oprócz tego duże pudło z croissantami z różnymi nadzieniami, jakieś inne ciastka, do tego jogurty i tosty do których mogę wziąć dżemiki lub ser zółty. Wziąłem wszystkiego po trochu, bo byłem głodny. Do tego dwie kawy i dwa napoje z czerwonej pomarańczy. Wspaniale! Mogę się zatem zbierać na zwiedzanie.





Google mapa wytyczyła mi, gdzie iść, żeby dojechać do centrum. Najpierw musiałem przejść do przystanku. Jeszcze u Siostrzyczek obczajałem, w jaki sposób mogę kupić bilet na autobus. Niestety ani strona ani żadna aplikacja nie dała mi możliwości zarejestrowania się, bym mógł kupić bilet. Dziwne, ale stwierdziłem, że później to sobie ogarnę. Na przystanku jednak nie było żadnego biletomatu. A po drodze nie było żadnego „trafik” – kiosku, w którym mógłbym bilety kupić. Ponieważ autobus podjeżdżał, stwierdziłem, że może w autobusie uda mi się zapłacić za bilet? Niestety w tym, do którego wsiadłem nie było takiej możliwości. Martwiłem się trochę, co to będzie, jak wejdą Kanary, ale nie widziałem, żeby ktokolwiek kupował bilet u kierowcy. Na moje szczęście tym razem udało mi się i dojechałem na gapę do celu. Przystanek „Circus Maximus”.
Circus Maximus
Gorąco dzisiaj jak w piekle! Do tego niebo błękitne – praktycznie żadnej chmurki, która by przesłaniała chociaż co jakiś czas słońce. Dla mnie zwiedzanie Rzymu, to znów pewnego rodzaju podróż sentymentalna, bo byłem tutaj raz, z moimi Rodzicami, wiele lat temu. Była to zorganizowana wycieczka autokarowa i na zwiedzanie Rzymu mieliśmy niecały dzień. Jednak nie przypominam sobie, żebyśmy widzieli Circus Maximus. To naprawdę ogromny plac! Na żywo sprawia naprawdę ogromne wrażenie swoimi rozmiarami. To, co teraz widziałem mogłem jedynie zestawić z ujęciami filmowymi z takich filmów jak „Ben Hur”, w którym była kultowa scena wyścigu rydwanów, czy z „Gladiatora”. Ruiny, które teraz widziałem mają rozmiar 600 na 200 metrów! Circus Maximus powstał w VI w p.n.e i początkowo był zbudowany z drewnianych elementów, które na przestrzeni wieków były zastępowane kamiennymi i marmurowymi elementami. W szczytowym momencie mógł pomieścić 250 000 widzów! Ostatnie igrzyska na nim odbyły się w 549 roku. Od tamtej pory popadał w zapomnienie i ruinę. Elementy kamienne były wykorzystywane przez mieszkańców jako budulec, a na terenie tego obiektu, wypasano zwierzęta i zakładano ogródki. Dopiero w czasach nowożytnych przystąpiono do prac wykopaliskowych i archeologicznych, by uratować co się da. Dzisiaj teren był praktycznie całkowicie ogrodzony, a tylko część można zwiedzać po wykupieniu biletu – wejście od strony wschodniej. Podobno czasami odbywają się tutaj koncerty masowe.


Mnie nie chciało się jednak zbyt długo smażyć jak skwarek na tym ostrym słońcu, więc po obejrzeniu wszystkiego ze wzniesienia od strony południowej, poszedłem wzdłuż jego wschodniej części w kierunku Colosseum.
Colosseum
Poszedłem wzdłuż wschodniej strony Circus Maximus drogą Via S. Gregorio w kierunku na Północ. Nawigacja Google twierdziła, że tak dojdę do Colosseum. Było to niemal pewne, że szedłem w dobrym kierunku, bo tłum turystów szedł w podobnym do mnie kierunku… Po lewej stronie mijałem ogrodzony i strzeżony teren schowany za niewielkim wzniesieniem. Okazało się, że to już tereny dość rozległego Forum Romanum. Przeszedłem pod resztką akweduktu Nerona, pamiętającego jeszcze czasy świetności Imperium Rzymskiego aż doszedłem do Łuku Konstantyna Wielkiego, który wyglądał, jak bardzo stara brama do antycznego świata wyzierającego zza niego. Po jego prawej stronie widziałem tył (tą niższą zachowaną część) Colosseum, a po jego lewej stronie ruiny Forum Romanum. A to wszystko zalane niesamowitą, ogromną ilością turystów! No naprawdę, ludzi „jak mrówków”! Byli wszędzie, zwłaszcza tam, gdzie był choć fragment cienia.
Ale gdy zobaczyłem wijącą się ogromną kolejkę pod Colosseum i ludzi malutkich jak mróweczki powolnie, ale tłumnie przechadzających się po niemal wszystkich piętrach Koloseum, to już zrozumiałem, że dzisiaj nie będzie mi dane dostać się do środka. To znaczy – gdybym się uparł, to bym się dostał. No ale widziałem, że na samo Koloseum musiałbym poświęcić kilka godzin stania w kolejce do środka i pewnie ze dwie godziny, żeby w tym ślimaczym tempie turystów przejść trasę zwiedzania już w środku. Mimo tego cieszyłem się jak dziecko, które dostało wymarzoną zabawkę, gdy patrzyłem i podziwiałem ogrom tej budowli (już kompletnie nie zwracając uwagi na tłum ludzi). Przepiękna budowla! Mimo upływu tylu lat, nadal gdy się stanie pod nią, ciężko nie wpaść w podziw dla umiejętności ówczesnych budowniczych. Ja w każdym razie oglądałem ją z rozdziawioną mimowolnie gębą i zadartym do góry łbem. Chciałem zrobić zdjęcie, więc rozejrzałem się i znalazłem bodaj idealne miejsce na uchwycenie piękna Koloseum w całej okazałości. Trzeba przejść na drugą stronę drogi, po schodkach na górę, skręcić w lewo i przejść się jakieś 200-300 metrów. No i stąd widać nie tylko Koloseum, ale też nieco z Forum Romanum!



Forum Romanum
Podszedłem, żeby się zorientować, czy tutaj też jest tak absurdalnie długa kolejka? Niestety też. Co gorsza, w tej kolejce nie ma nawet skrawka cienia – wszyscy grzecznie stoją i smażą się jak skwarki na rozgrzanej patelni. Aż dziw, że nikt nie zemdlał (a przynajmniej nie przy mnie, jak przechodziłem wzdłuż tej kolejki). Na końcu, przy wejściu, naprzeciw Łuku Tytusa, były dwie niewielkie antresole, które były chyba bardziej do zabezpieczenia młodych ludzi z obsługi sprawdzających bilety niż dla turystów. Spytałem ludzi przed bramką wejściową, jak długo czekali w kolejce? Półtorej godziny. No nie. Jeszcze pół godziny bym poczekał, ale półtorej godziny nie. Nie dzisiaj. Muszę tu koniecznie przybyć z Patką i poświęcić jeden dzień z przeznaczeniem na dokładną eksplorację Forum Romanum i Koloseum. A dzisiaj odpuszczę. Z tym postanowieniem ruszyłem wzdłuż ogrodzenia okalającego część Forum Romanum by choć trochę zobaczyć przez ogrodzenie dzisiaj. Byłem w Rzymie podczas wspominanej już przeze mnie wycieczki z Rodzicami wiele lat temu. Pamiętam, że byliśmy w środku Koloseum, ale Forum Romanum nie pamiętam kompletnie, więc wydaje mi się, że z jakichś powodów nie zwiedzaliśmy tego w środku. A teren to jest naprawdę rozległy! Najlepiej widać to na mapie google. Nie wiem, ile z tego jest udostępnione dla turystów do zwiedzania, ale wydaje mi się, że kilka godzin można tutaj spokojnie spędzić. W ten sposób rozmyślając i wspominając doszedłem do kościołu św. Bonawentury na Palatynie. Tu okazało się, że to ślepa uliczka, więc musiałem się wrócić. Poszedłem tym razem wzdłuż Via dei Fori Imperiali, aż doszedłem do…
Plac Wenecki
To miejsce pamiętałem z poprzedniej wizyty w Rzymie. Monumentalny pomnik, który ciężko pomylić z czymkolwiek innym, bo jest po prostu wyjątkowy! To pomnik Wiktora Emanuela II. Ale też pomnik ten nazywany jest „Ołtarzem Ojczyzny”, albo przez mieszkańców Rzymu nazywany zdrobniale i potocznie „Vittoriano”. Wiktor Emanuel II, to człowiek – symbol zjednoczenia Włoch. Był pierwszym władcą powstałego w 1861 roku Królestwa Włoch i to właśnie on był symbolem ruchu, który do tego doprowadził. A samo zjednoczenie Włoch, Włosi nazywają „resorgimento”. Po śmierci Wiktora Emanuela II, podjęto decyzję o postawieniu ku jego czci pomnika, który rozmachem mógłby dorównać doniosłości jego dzieła życia. Państwo nie było wówczas jeszcze zbyt bogate, dlatego budowa pochłaniająca wiele milionów lirów wywoływała protesty społeczne, no ale władza chciała symbolu. By postawić ten pomnik musiano wyburzyć spory zespół budowli średniowiecznych i renesansowych, w tym między innymi wieżę Pawła III i dom Michała Anioła. Ostatecznie, nieukończony jeszcze pomnik został odsłonięty w 1911 roku, w 50 rocznicę zjednoczenia Włoch w obecności Wiktora Emanuela III. W 1921 roku (a więc po zakończeniu I Wojny Światowej), podjęto decyzję o utworzeniu Grobu Nieznanego Żołnierza. Decyzją włoskiego Parlamentu, grób ten został utworzony w centralnej części pomnika. Od tamtej pory pomnik z grobem nieznanego żołnierza zyskał nazwę „Ołtarza Ojczyzny”. Wydarzenie to przyczyniło się do pojednania dotychczas mocno spolaryzowanego społeczeństwa włoskiego, zaś sam monument przestał być identyfikowany z królem, dla którego go wzniesiono, ale zaczął być traktowany jako pomnik wszystkich ofiar I wojny światowej. Budowa pomnika została ukończona dopiero w 1935 roku. W okresie rządów faszystów był często używany jako tło dla parad wojskowych oraz przemówień przywódców ruchu faszystowskiego Benito Mussoliniego, które wygłaszał z balkonu pałacu Weneckiego.


A dzisiaj teren ogrodzony, brama przed schodami, więc nawet nie da się na nich usiąść. Za to tereny okoliczne w remoncie, więc przy takim tłoku turystów i tym ukropie lejącym się z nieba – mało przyjemnie. Nie ustałem tutaj długo i ruszyłem dalej, w kierunku:
Fontanna di Trevi
Kierując się wskazaniami nawigacji google map, szedłem przez Rzym mijając restauracje, sklepy, budynki wszelkiej maści urzędów. Liczyłem na to, że uda mi się nieco zgubić tę rzekę turystów gadających we wszelkich możliwych językach. No ale nie było to możliwe, bo na pomysł przejścia od Colosseum przez Plac Wenecki do Fontanny di Trevi wpadło przynajmniej kilka tysięcy innych osób! Nie mogę się przez ten tłum przebić i iść szybciej niż oni. A gdyby chodnik był mniej zatłoczony, to nawet w klapkach, w których szedłem, wyprzedziłbym ich bez problemu! Męczące to dla mnie te powolne tempo marszu, no ale co miałem zrobić? W końcu dotarłem pod tą najbardziej znaną barokową fontannę. Niestety pomiędzy niecką basenową fontanny, a okalającymi ją budynkami nie ma zbyt wiele przestrzeni. I cała ta przestrzeń jest zapchana ludźmi. Każdy chce się przecisnąć albo do barierki, by być jak najbliżej fontanny i móc zrobić sobie zdjęcie możliwie bez innych osób w kadrze poza sobą, albo w drugą stronę, czyli uciec z tego tygla i pójść gdzieś dalej. Pomiędzy ludźmi przeciskają się podejrzanie wyglądające typy, które oferują zrobienie profesjonalnych zdjęć. Idealne warunki dla kieszonkowców! Właśnie po to, by nie kusić złodziei, miałem ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy, czyli gotówka w kieszonce na zamek, gopro i telefon. W tym tłumie, kamerkę i telefon trzymałem w rękach, więc można uznać, że byłem bezpieczny.
Z boku fontanny, po lewej jej stronie była bramka i możliwość za dodatkową opłatą wejścia nieco bliżej niż reszta gawiedzi, by w lepszych warunkach zrobić sobie zdjęcie z tą atrakcją. Nagrałem więc krótkie filmy ukazujące ten tłum i fontannę, dopchałem się do barierki, cyknąłem kilka nienajlepszych zdjęć, bo co chwilę ktoś mnie trącał i stwierdziłem, że trzeba się stąd ewakuować.


Pantheon
Poszedłem później w kierunku zachodnim, chcąc zobaczyć Panteon. Co jakiś czas wyróżniający się w tłumie turystów wyglądających dość podobnie, pojawiali się Włosi i Włoszki. To był chyba czas jakiejś przerwy, bo ubrani elegancko. Mimo niesamowitego gorąca w garniturach, mokasynach, czy innych eleganckich butach, czasem w koszuli bez marynarki, a kobiety w eleganckich sukienkach na szpilkach. Na pewno minąłem urząd miasta i chyba jakieś instytucje finansowe, więc podejrzewam, że to tutejsi pracownicy. Muszę jednak oddać, że fason, dobór kolorów i całość ubioru Włochów tutaj zrobił na mnie dobre wrażenie! No potrafią się Włosi ładnie ubrać, mają do tego nosa!
Dotarłem na Pole Marsowe na którym zobaczyłem po raz pierwszy w swoim życiu Pantheon. Budowla 27 r.p.n.e i w 126 r n.e. odbudowana po pożarze przez Cesarza Hadriana jest jedną z najlepiej zachowanych budowli z czasów starożytnego Rzymu. Była to początkowo świątynia poświęcona wszystkim rzymskim bogom. Od VII wieku Panteon jest używany jako katolicki kościół Najświętszej Marii Panny od Męczenników. Co ciekawe na Panteonie wzorowany był kościół św. Aleksandra w Warszawie na Placu Trzech Krzyży. Panteon był największą budowlą kopułową na Świecie i przetrwał do dziś w nienaruszonym stanie (przynajmniej z zewnątrz).


Piazza Navona
A ja szedłem sobie dalej uliczkami Rzymu przez Piazza Navona, który powstał w miejscu stadionu Domicjana na którym odbywały się konkurencje atletyczne typu greckiego (tzw. „agonie”). Plac jest sporą otwartą przestrzenią, którą okalają budynki, a w środku tego placu jest Fontanna Czterech Rzek z egipskim obeliskiem w jej środku. Na placu są jeszcze dwie fontanny Maura i Neptuna po przeciwległych stronach od centralnego obelisku.
Ponieważ zrobiłem się głodny, a Dudi polecił mi restaurację, która jest nieopodal, stwierdziłem, że spróbuję swojego szczęścia, czy uda mi się z ulicy bez rezerwacji dostać tam miejsce teraz? Miejsce nazywa się Mimì e Cocò i jest tuż obok Piazza Navona po zachodniej stronie. Przed wejściem do środka stało kilka osób, więc stanąłem w kolejce z nastawieniem, że jeśli uda mi się dostać do środka w ciągu 20 minut, to zostanę tutaj na obiad, a jeśli będzie to trwało dłużej, to pójdę dalej i może później znów spróbuję. Na szczęście w ciągu 15 minut dostałem miejsce przy małym stoliku dla dwojga z boku baru, więc zadowolony zostałem tu na obiad. Menu nie było zbyt obszerne, ale to dobrze. Wybrałem spaghetti carbonarę i piwo oraz lemoniadę, by zmiksować sobie radlera. W tym upale nawadnianie, to podstawa! Ruch tutaj spory, ale obserwowałem, że obsługa sprawnie radziła sobie z obsługą zamówień, sadzaniem nowych chętnych. Na oko połowę klienteli stanowili turyści, a drugie pół, to zdecydowanie miejscowi. To dobrze wróżyło co do jakości jedzenia, więc Dudi miał rację polecając mi tutaj właśnie przyjść na jedzenie. Carbonara bardzo smaczna, porcja nienajwiększa, jedzenie dostałem dość szybko, a cena jak na centrum Rzymu i popularność tego miejsca, mnie nie powaliła! Samo danie kosztowało 13,50 EUR, co było średnią ceną carbonary we Włoszech – a przynajmniej w tych turystycznych bardziej i mniej miejscach, w których byłem. Piwo dość drogie, a całość wyszła z napiwkiem 29 EUR.



Vaticano
Najedzony wyszedłem z restauracji i skierowałem się do Watykanu. Wybrałem most Wiktora Emanuela II, by przekroczyć rzekę Tyber. Z mostu rzuciłem jeszcze okiem na stojący po drugiej stronie rzeki nieco na wschód ode mnie Zamek Świętego Anioła, czyli Castel Sant’Angelo. To charakterystyczny okrągły budynek, który powstał w 139 roku jako mauzoleum Hadriana. Początkowo faktycznie budynek ten pełnił rolę grobowca cesarza Hadriana, jego rodziny i następców. W 217 roku budowla została włączona w system murów obronnych Rzymu. Od VI wieku budowla została przemianowana na Zamek Św. Anioła, a w X wieku został ufortyfikowany i wybudowana została na jego szczycie wieża. W czasach średniowiecza i renesansu zamek funkcjonował jako więzienie i twierdza a w XIII wieku połączony został korytarzem z Watykanem. Korytarz ten istnieje do dziś.


Wszedłem na plac św. Piotra od frontu. Plac zaprojektowany przez Berniniego – charakterystyczny owal otoczony kolumnadą Berniniego a po środku placu stoi jeden z trzynastu stojących w Rzymie egipskich obelisków. Obelisk ten z XIII w p.n.e. sprowadzono do Rzymu na polecenie cesarza Kaliguli. Na placu symetrycznie rozmieszczone po bokach stoją dwie fontanny. Zwieńczeniem placu jest Bazylika św. Piotra. Bazylikę budowano w XVI i XVII wieku na miejscu starszej bazyliki wczesnochrześcijańskiej jeszcze z czasów Konstantyna Wielkiego. Ponoć w miejscu pochówku św. Piotra. Bazylika jest czołowym dziełem renesansu i baroku i drugim co do wielkości kościołem na Świecie.



Sporo turystów. W tym ostrym słońcu na tym owalnym placu, ludzie wyglądali jak skwarki na patelni. Nie chciałem stać w długiej kolejce, by dostać się do wnętrza, ale też po prawdzie, byłem w krótkich spodenkach i nie miałem pewności, czy mogę w nich wejść nie obrażając czyichś uczuć i powadze miejsca. Na tym etapie zwiedzania Rzymu byłem już przekonany, że muszę się wybrać z Pati kiedyś i do Rzymu i Neapolu, żeby spokojnie pozwiedzać te miejsca w środku, zobaczyć muzea, wystawy. Dzisiaj chciałem nieco odświeżyć pamięć i cieszyć się widokami z zewnątrz. Na środek jeszcze przyjdzie czas.
Schowałem się w cieniu, by nieco odpocząć od słońca i zadzwoniłem do Decathlona w pobliżu rzymskiego lotniska Fiumicino, by dowiedzieć się, czy uda mi się od nich dostać pudło na przewiezienie mojego roweru i dwóch sakw w drodze powrotnej do Rzeszowa? Odebrał gość, który po angielsku strasznie kaleczył, ale w końcu zrozumiał o co mi chodzi i kazał poczekać, jak spyta się swojej przełożonej. Niestety. Powiedział, że nie mają pudeł i nie będą mieć pudeł i żebym „poszedł sobie do Leroy-Merlin obok, bo tam mają pudła na rower”! Kompletny brak zrozumienia tematu! Byłem załamany. Ale miałem jeszcze dwa dni na wykombinowanie czegoś, w czym będę mógł przetransportować rower samolotem. Stwierdziłem, że spiekłem się na tyle w słońcu, że chcę wrócić do swojego klimatyzowanego pokoju ochłonąć, więc ruszyłem na przystanek autobusowy. Żeby dojechać do Eden Cusmano – siostrzyczek, musiałem pojechać dwoma autobusami. Nawigacja google pokazuje przewidywany czas przyjazdu odpowiedniej linii autobusowej i gdzie się przesiąść oraz do jakiej linii na drugi autobus. Moja podróż miała zająć około godziny. Niestety zorientowałem się już, że godziny przyjazdu autobusów w Rzymie są „mocno umowne” i musiałem poczekać w słońcu i tłumie na mój autobus 20 min planowo według google oraz pół godziny dodatkowo, bo autobus się spóźniał. Na szczęście później przesiadłem się dość sprawnie i dojechałem w rejon mojego noclegu. Jeśli chodzi o płacenie za autobus, to poza pierwszym dzisiaj, którym jechałem do Circus Maximus, w którym nie było terminali – kasowników, to w pozostałych mogłem zapłacić kartą zaraz po wejściu do autobusu. Ale ten pierwszy autobus był stary i miał tylko stare kasowniki bez możliwości „tap&pay” czyli płatności zbliżeniowej a w pobliżu przystanku nie było żadnego biletomatu ani „Tabacchi” – kiosku, w którym można kupić bilety. Dlatego, jak wsiadłem, spytałem kierowcę o „biglietti”, na co ten zaczął coś po włosku żywo gestykulując, że nie ma terminala i „relax relax”. No to ja relax i liczyłem na to, że jak kanary wsiądą, to jakoś się wytłumaczę…
Poszedłem do sklepu na „mojej dzielni” zrobić jakieś zakupy typu picie, owoce, coś na ząb. Poczłapałem do „domu” zadowolony, że słońce już zachodziło i robiło się coraz znośniej. Podoba mi się ta dzielnica. Niskie bloki w przyjemnej architekturze, sporo dość młodych ludzi, cisza, spokój, są chodniki, ścieżki rowerowe, dość zielona okolica. Wzdłuż chodnika i ścieżki rowerowej rosły jakieś iglaste drzewa. Ogólnie było czysto, ale na chodniku widać, że nie dbają zbyt często po kopach igieł jakie spadły z tych drzew. No więc idąc przez taką jedną kopę igieł w klapkach, źle postawiłem stopę i zawadziłem o jej szczyt. Igły wpadły mi do klapka, a tu nagle jak nie poczułem ukłucie i ból! Zacząłem trzepać klapkiem, po tym nogą… Zauważyłem tylko, że coś odleciało. Coś mnie użądliło w prawą stopę, a dokładniej śródstopie przy małym palcu. To brzmi jak ponury żart! Wczoraj w dłoń, dzisiaj w stopę. Nawet nie wiem, czy to pszczoła, osa, czy inne diabelstwo? Wpadł mi owad razem z tymi igłami do klapka, postawiłem stopę, docisnęło owada, owad spanikował i mnie użądlił. Poszedłem do Siostrzyczek. Jednak ból w stopie pulsował i bolało coraz bardziej. Gdy byłem już w pokoju, zanurzyłem stopę i dłoń w zimnej wodzie, obejrzałem, czy nie ma żądła w skórze. Odpocząłem chwilę, po czym poszedłem do tego samego baru co wczoraj na kolację, po drodze zahaczając o aptekę, w której kupiłem jakieś tabletki i żel antyhistaminowy do smarowania. Stopa już spuchła i była zaczerwieniona. Usiadłem w Ristorante Bistrot 139. Dowiedziałem się jednak, że o 19, to oni jeszcze nie mają uruchomionej kuchni, więc piłem sobie piwko i smarowałem stopę, która przestawała się mieścić w klapku. Po pół godzinie dostałem od szefa jakieś przekąski w oczekiwaniu na spaghetti z grzybami leśnymi. Gdy wreszcie dostałem jedzenie, stwierdziłem, że owszem, lubię al dente makarony, ale ten to było lekkie przegięcie. Byłem jednak głodny, więc nie chciało mi się wykłócać i zjadłem. Zdecydowanie jednak wczorajsza carbonara była lepsza niż dzisiejsze grzyby, które ani nie smakowały, ani nie były aromatyczne. Chyba mrożone i takie byle jakie. Popiłem piwem i poszedłem do pokoju spać.


Dzień 17
Jeszcze wczoraj wieczorem przed snem wysłałem maila do Decathlona z pytaniem o pudło na rower, licząc na to, że może ktoś inny spojrzy na to inaczej? Dzisiaj rano nie było odpowiedzi, dlatego napisałem jeszcze do kilku innych sklepów rowerowych w okolicy lotniska Fiumicino. Napisałem też do Reinera, czy możemy się zobaczyć, bo wczoraj nie odpisał, więc dlatego wczorajsze wyjście nocne na miasto odpadło. Inna sprawa, że z tą spuchniętą nogą ciężko byłoby mi gdzieś dużo łazić. Poszedłem na dół na śniadanie. No zaprawdę powiadam Wam: włoskie śniadania, to ciekawa dieta, ale morda mi się cieszyła, że mogę sobie na nią pozwolić biorąc pod uwagę ile kalorii w czasie tej wyprawy spaliłem. Gdy więc wróciłem najedzony i napojony kawą i oczywiście sokiem z czerwonych pomarańczy do pokoju, zacząłem dzwonić po sklepach rowerowych. Kilka jeszcze nieczynnych. Ale udało mi się dodzwonić do sklepu, który jest blisko hotelu w którym jest Reiner z jego Tatą. Gość z którym rozmawiałem powiedział mi, że będzie miał dla mnie pudło, ale mają siestę, więc albo zdążę do niego przed 13 dojechać, albo po 16. No to mam plan!
Zebrałem się szybko, nasmarowałem jeszcze nogę i dłoń, wziąłem piguły (choć nie czułem, żeby cokolwiek działały) i ruszyłem na przystanek. Przystanek oddalony o prawie kilometr, a noga boli z każdym krokiem. Stopa spuchnięta dzisiaj rano była bardziej niż wczoraj, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że po prostu muszę załatwić pudło – najlepiej dzisiaj, żeby jutro móc po prostu pojechać na lotnisko. Stanąłem na przystanku i czekałem prawie 15 minut, po czym zorientowałem się, że coś tu nie gra… Jechał autobus linii na którą czekałem ale w drugą stronę. Dopiero wtedy się zorientowałem, że stałem po niewłaściwej stronie ulicy, na przystanku w drugą niż właściwa stronę. Trudno, dokuśtykałem do właściwego przystanku i poczekałem na następny autobus. Dojechałem na plac Val Fiorita, gdzie mogłem na dworcu Magliana wsiąść do „Metromare” nazywanym też RomaLido pociągu, który kursuje właśnie z Rzymu do Lido Di Ostia. Wysiadłem na dworcu Lido Centro i pieszo ruszyłem 25 minut do sklepu rowerowego Cicli Petta w Ostii. To niby tylko 1,8km ale z tą spuchniętą nogą dłużyło się jak nie wiem co. I wtedy pożałowałem, że w pośpiechu wybiegając z pokoju, by zdążyć na autobus, nie wziąłem maści antyhistaminowej. Na miejscu w sklepie najpierw nikt nie wiedział, o co mi chodzi, dopiero gdy przyszedł jakiś skośnooki przełożony, potwierdził, że rozmawiał ze mną i zna temat. Dostałem pudło, z którego jeden z pracowników wyciągnął nowiutkie Bianchi – piękny gravel w kolorze miętowym. Zwróciłem uwagę, że w środku zostały jakieś kartony, papiery i inne gąbki, co gość z obsługi skwitował wzruszeniem ramion. Nie grymasiłem, tylko wziąłem pudło, podziękowałem serdecznie i wyszedłem ze sklepu do kontenerów na odpady, które zapamiętałem, że mijałem idąc tutaj. Wywaliłem wszystkie zbyteczne rzeczy i dziarsko ruszyłem na przystanek autobusowy.
Cholera, daleko. Ale ja jestem z Generacji X. Nie takie rzeczy… Doszedłem. Stanąłem na przystanku, sprawdziłem jeszcze raz w nawigacji czy na pewno wszystko jest OK. Autobus miał być za 20 minut. Niestety, dowiedziałem się, że od wczoraj jest strajk transportu publicznego w Rzymie i okolicach i z tego względu jest mniej jeżdżących linii i bardziej obciążone taksówki. Zobaczyłem w oddali autobus, który miał mnie dowieźć na lotnisko Fiumicino. Im bliżej był autobus, tym bardziej martwiłem się, że niestety jest załadowany ludźmi po korek i nie uda mi się z tym wielgachnym pudłem zwyczajnie wejść do środka! Problem rozwiązał się sam, bo autobus powolutku minął przystanek i pojechał dalej nie zatrzymując się… I wtedy zobaczyłem jak wygląda włoska furia. Koleś obok mnie też czekał na ten autobus i szlag go jasny trafił! Zaczął się wydzierać bardzo żywo gestykulując i wymachując do kierowcy. Gdy ochłonął, spytałem go grzecznie, czy to normalna sytuacja? Odpowiedział mi po angielsku, bo to młody chłopak, że nie i że jest strajk i że on mu tego nie popuści aż zwolnią tego kierowcę z roboty. Po czym powiedział mi, że „raczej nie uda ci się wejść do autobusu do Fiumicino z tym kartonem, bo te autobusy są bardzo zatłoczone”. Podziękowałem mu, bo tylko potwierdził to, co przypuszczałem. Zacząłem zamawiać FreeNow i Bolt. Ceny tych taksówek były dla mnie absurdalne, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że nie mam wyboru. Ponad 40 EUR za dojazd do lotniska! Jeszcze wieczorem w rozmowie z Reinerem okazało się, że nie ma on samochodu, więc nie będzie mi mógł pomóc w transporcie pudła, dlatego musiałem sobie poradzić. Zamówiłem FreeNow. Śledzę w aplikacji, że zamówiona przeze mnie taksówka nie jedzie w moim kierunku. Napisałem pytanie, czy dojedzie do mnie, na co taksówkarz anulował przejazd… Próbuję zamówić znów jednocześnie w Bolt i FreeNow, ale nikt nie podejmuje kursu. W zamówieniu kursu napisałem, że mam pudło rowerowe do wzięcia. Po pół godzinie czekania na cokolwiek, gdy ani autobus, ani żadna taksówka nie podjęła kursu zacząłem się martwić. Podszedłem do baru na rogu skrzyżowania, by usiąść, napić się coś zimnego i w cieniu próbować dalej. Zmieniłem zamówienie bez informowania, że mam jakieś pudło do wzięcia. Dopiero po tym kolejny taksówkarz podjął zlecenie. Po 10 minutach napisał mi, że stoi w korkach i będzie dopiero za 30 minut. Odpisałem, że czekam na niego mimo tego. Anulował zlecenie po 5 minutach. Katastrofa. Wtedy pojawiła się opcja, że mogę zamówić taksówkę nie za określoną z góry stawkę, tylko według taksy. Nacisnąłem na to. Po 15 minutach podjechał taksówkarz. Nie robił problemów ze złożeniem tylnej kanapy, by wsadzić pudło i pojechaliśmy. Z sympatycznym Alessandro pogadaliśmy, co to się dzieje z tym transportem i droga zeszła nam szybciej niż myślałem. Zapłaciłem 43,50 EUR. Dużo, ale to już nie miało znaczenia.
Wysiadłem na lotnisku Fiumicino. Ruszyłem z misją znalezienia miejsca do przechowania pudła do jutra. Założyłem pudło na wózek i zacząłem się kręcić po lotnisku. Lotnisko spore i ma dwie kondygnacje. Próbowałem się dogadać co do przechowania pudła w kilku miejscach, ale gołym okiem widziałem, że te wszystkie sklepy, bary itp. praktycznie nie miały magazynów, a jeśli nawet to niewielkie. W każdym miejscu mi odmówiono. Pytałem się ochrony, sprzątaczy, gdzie mógłbym zostawić to pudło, żeby mi go nikt nie wyrzucił a jutro bym mógł je wziąć? Wszyscy wzruszali ramionami. Nie mieli żadnego pomysłu. Na informacji powiedziano mi, że powinienem iść do przechowalni bagażu. Kiedy już wszystkie inne opcje mi odpadły (łącznie z pomysłem, żeby pudło gdzieś schować za płotem, czy na parkingu), ruszyłem tam. Czyli musiałem windą zjechać na niższy poziom, przeczłapać na drugi koniec lotniska aż doszedłem do przechowalni bagażu. A tam kolejka. Wystałem swoje aż dostałem się do okienka. Rozmawiałem z „Szefową”. Babka w średnim wieku, która przestawiała wszystkich chłopów kręcących się za szybą w magazynie. Powiedziałem, że chcę zostawić to pudło rowerowe do jutra do godziny 12. Zaczęła od tego, że oni takich rzeczy nie przetrzymują, że to duże i w ogóle o co mi chodzi. W końcu pojawił się obok niej jakiś młodzik, wymienili się kilkoma zdaniami po włosku, on znikł na chwilę, wrócił, coś jej szepnął na ucho i ze skwaszoną miną, jakby robiła coś wbrew sobie rzekła „OK”. „ID or passport”. Zbladłem. Nie wziąłem dzisiaj dowodu osobistego nie chcąc ryzykować, że jakiś kieszonkowiec mi go buchnie, a paszportu nie brałem w ogóle na ten wyjazd, bo nie było to konieczne. Wyciągnąłem telefon i wyświetliłem jej z mObywatela dowód osobisty. Nie rozumiała co to jest, więc tłumaczę, że w Polsce mamy takie dowody osobiste i są tożsame z dowodami fizycznymi, a fizyczny zostawiłem w hotelu. Mogę go jutro przy odbiorze Pani dać. „Wróć z dowodem osobistym! Następny!” zaordynowała machając na ludzi za mną. Zacząłem przymilnie prosić ją, by zrobiła wyjątek. Że te dane w mObywatelu są takie same jak na plastikowym ID, a jak nie mam co teraz z tym pudłem zrobić. ID mam w hotelu w Rzymie i zanim tam pojadę i wrócę, to minie jakieś 4h a z tym pudłem ciężko się przemieszczać i że bardzo ją proszę. Znów skwaszona mina. Odwróciła się do młodego coś mu tam powiedziała i nie odwracając się nawet do mnie machnęła ręką, żebym podał jej telefon z dowodem osobistym. Coś tam wyszczebiotała o wyjątku i że nie może takich rzeczy robić, bo oni mają procedury itd. ale to już mnie nie interesowało. Podałem co było potrzebne i zapłaciłem bez szemrania 10 EUR za przechowanie pudła. „Grazie mille Seniora” powiedziałem i dopiero wtedy zobaczyłem, że ta herszt-Baba ma ładny uśmiech! Jak zechce.
Poszedłem w kierunku przystanku autobusowego i napisałem do Reinera, by sprawdzić, czy jest szansa się spotkać, czy mam jechać do Rzymu. Reiner odpisał, że jest w Hotelu i że czeka na mnie, a nie mógł wcześniej odpisać, bo musiał się zajmować Tatą. Spoko. Pojechałem więc autobusem spowrotem do Lido di Ostia. Po drodze wstąpiłem do apteki, by kupić Fenistil Gel, bo noga spuchnięta bardzo a od tego chodzenia w klapkach porobiły mi się jeszcze bąble i odciski. Gdy dotarłem do hotelu Ping-Pong. Nie musiałem długo czekać, bo chwilę później zobaczyłem Reinera z siatkami zakupów i uśmiechem od ucha do ucha! Pojechaliśmy na górę do pokoju, usiedliśmy na tarasie i zaczęliśmy żywo rozmawiać o tym, co nas spotkało przez ten czas, gdy się nie widzieliśmy. Reiner zrobił nam radlerki, postawił na stole przekąski. No ugościł mnie jak najlepszego kumpla! Bardzo przyjemne spotkanie. Tato Reinera jest życzliwym starszym jegomościem. Powiedział, że Reiner mu o mnie opowiadał i cieszy się, że się poznaliśmy. To w ogóle jest ciekawa historia, że Reiner wymyślił swojemu Tacie, który ogólnie jest schorowany, żeby zrobić sobie wakacje we dwóch w taki sposób, że on pojedzie rowerem do Ostii nad morze, a Ojcu załatwił transport z domu na lotnisko (Ojciec ma problem z poruszaniem się), tam obsługa lotniska na wózku wprowadziła go na pokład samolotu a po wylądowaniu został przetransportowany przez obsługę bezpośrednio do hotelu, gdzie już czekał na niego Reiner – Syn. W ten sposób Reiner mógł przejechać się rowerem od siebie z Niemiec do Włoch i później razem mogli z Ojcem spędzić tydzień nad morzem.
Wzięliśmy Tatę wózkiem na drugą stronę drogi z hotelu do plaży, więc mogliśmy jeszcze dalej pogadać, trochę zmoczyć się w morzu aż nadszedł czas, gdy musiałem się zbierać w drogę powrotną. Reiner, to świetny Facet i mam nadzieję, że uda nam się zrealizować plan spotkania w Polsce, by przyjechał do mnie. Tym bardziej, że Reiner jeszcze nie zna Polski i myślę – ba! Jestem przekonany, że mu się w Polsce spodoba. Wyściskaliśmy się na pożegnanie i pojechałem Metromare spowrotem do Rzymu.



Ponieważ nie było dość długo autobusu z dworca do mojej dzielnicy (tak, ten strajk), to ponieważ noga mnie napieprzała jak wściekła, wziąłem taksówkę. 21,10 EUR, to jak na rzeszowskie standardy dużo, ale w Rzymie w czasie strajku, to normalna cena. Dojechałem pod sklep w mojej okolicy. W drodze do Siostrzyczek zatrzymałem się tym razem nie w Bistro (bo ten makaron wczoraj był słaby), a w restauracji „Ciclostazione Frattini„. Dzisiaj postawiłem na pizzę i był to dobry wybór! Rozsądne ceny, fajna obsługa i przyjemne miejsce. Trochę mieszkających w okolicy rodzin z dziećmi siedziało tutaj na obiado-kolacji, bo nie przyjechali samochodami, tylko przyszli spacerem. Miła atmosfera.


A ja najedzony, mogłem ruszyć do swojego pokoju.
Dzień 18
Dziś jest dzień powrotu. Dlatego rano najpierw zająłem się swoją stopą. Obrzęk nieco się zmniejszył. Dłoń już przestała doskwierać, więc rodziło to przypuszczenia, że podobnie będzie i ze stopą. Wziąłem tabletki, nasmarowałem stopę i poszedłem na śniadanie na dół. Dwie uśmiechnięte Siostrzyczki wypytały mnie, skąd jestem i co tu robię, po czym poszedłem na górę się spakować. Nie było pośpiechu, miałem czas. Kluczowe było dla mnie, bym dojechał na lotnisko możliwie jak najsprawniej, bez przygód, odebrał pudło, spakował się i dostał do samolotu. Gdy spakowałem swój cały dobytek w sakwy, mogłem założyć buty. Używam butów SPD Scott z zapięciami BOA. Początkowo więc prawą stopę zostawiłem dość luźno zapiętą, chcąc, by się „uformowała” i nie powodowała zbyt dużego bólu. O dziwo było nienajgorzej. Klucz zostawiłem w recepcji, a gdy kończyłem zakładać sakwy na rower, pojawiła się przełożona Siostrzyczek, która zajmowała się tym przybytkiem – Casa per ferie. Serdecznie podziękowałem za gościnę, obiecałem wystawić najwyższą ocenę w Bookingu i na mapach Google i życzyłem im powodzenia. Chcąc-niechcąc, Siostrzyczka zrobiła mi błogosławieństwo na dalszą drogę, zmówiła za mnie szybką modlitwę i mogłem ruszyć w kierunku lotniska. Na szczęście dla mnie, nie miałem zbyt dużo jazdy pod górkę – było dość płasko.
Dość sprawnie wyjechałem z Rzymu i wjechałem na ścieżkę rowerową. Nie było już nic zbyt ciekawego do zobaczenia – ot – transfer do lotniska. Słuchałem którejś części Sapkowskiego o przygodach Wiedźmina i tak mi zleciało. Gdy byłem w okolicy lotniska, nie byłem pewien, jak jechać, więc zaufałem nawigacji. I to był błąd. Okazało się bowiem, że niepotrzebnie pokonałem ponad 4 kilometry wzdłuż terenów lotniskowych oddalając się od terminali. Musiałem się zatrzymać, zawrócić i pojechać na czuja. Ani nawigacja google, ani komoot nie radziły sobie z możliwością wytyczenia trasy dla roweru. Powodem było to, że nie ma ścieżki rowerowej prowadzącej do terminali. Sam dojazd dla samochodów też jest niemałą łamigłówką. Mimo tego, w końcu udało mi się dotrzeć do terminala.
Skierowałem się do przechowalni bagażu, odebrałem pudło. Nie chcieli oglądać mojego dowodu osobistego. Dzisiaj już nie miało to dla nich znaczenia. Znalazłem nieopodal miejsce, w którym mogłem się rozłożyć, żeby spakować rower do pudła. Nie udało mi się niestety odkręcić jednego pedału SPD. Przez to pudło było nieco zniekształcone na jednym boku, ale to nie problem. Ponieważ pudło było dość małe, musiałem ściągnąć przednie i tylne koło, kierownicę z przedłużkami, błotniki, siodełko – no praktycznie wszystko z ramy. Przez to było mało miejsca na schowanie dwóch sakw – dużej i małej. Część zawartości dużej sakwy musiałem więc wrzucić do pudła luzem, a małą całkiem opróżnić. Do pudła nie można wsadzać elektroniki i baterii, więc wszystkie te rzeczy, czyli laptop, powerbank, nawigacja, dron muszą być w sakwie, która idzie ze mną do kabiny pasażerskiej. Ale w pudle z kolei muszą się znaleźć wszystkie narzędzia plus scyzoryk, noż, multitool, maszynki do golenia z żyletkami. Także po roszadach rzeczy w sakwach, poszedłem zważyć pudło. Wyszło 31,8 kg, więc się mieszczę. Jest dobrze. Pudło na wózek i jeszcze dwie sakwy na niego i mogę ruszyć w drogę przez całe lotnisko do odprawy bagażowej WizzAir. A tam kolejka jak nieszczęście. Co gorsza, kolejka tylko rośnie, ale się nie porusza. Nie będę przedłużał, więc powiem, że od pewnego momentu zrobiło się bardzo nerwowo, bo część ludzi stojących w kolejce zaczęło się burzyć, że oni zaraz mają samoloty i coś się musi zmienić z obsługą i tak się stało.



W ciągu pół godziny ogromna kolejka została podzielona na cztery mniejsze, przez co ja z pudłem na wózku miałem ogromne problemy z poruszaniem się – marudzili wszyscy, no ale trudno. W końcu udało mi się postawić wózek nieco z boku i dostałem się do sprawnego Włocha, który sprawnie zważył mi pudło, nakleił co trzeba i mogłem iść do nadania nadbagażu. Obyło się bez problemów. Odetchnąłem jednak dopiero gdy usiadłem w samolocie. Ciągle z tyłu głowy bowiem kołatał mi się, że ktoś z obsługi lotniskowej może coś marudzić na wagę pudła, jak miałem to w przypadku wyjazdu na narty do Gruzji i wówczas nie polecieliśmy, bo nie wpuszczono nas na pokład. Na szczęście tym razem obyło się bez tego. Wylądowałem w Rzeszowie, jako ostatni dostałem moje pudło z rowerem i mogłem się wyściskać z moją Pati, która czekała na mnie. I tak oto skończyła się moja kolejna wyprawa rowerowa. Najdłuższa z dotychczasowych, bo aż 18-dniowa.
Podsumowując:
- Przejechałem łącznie ponad 1245 kilometrów w ciągu 13 dni, w których jechałem rowerem więc to wcale nie jest najwięcej przejechanych kilometrów w ciągu jednej wyprawy. Reszta dni, to było zwiedzanie, podróż pociągiem i jeden dzień przestoju z powodu ulewy.
- Poznałem kilka osób w trakcie wyprawy, a z Fabianem i Reinerem trzymam kontakt cały czas i mam nadzieję, że jeszcze będziemy mieli możliwość się gdzieś spotkać, a może będę mógł ich ugościć u mnie?
- Zarówno rower, jak i mój ekwipunek spełniły moje oczekiwania w 100%!
- Na wszystko w sumie wydałem ponad 11 tysięcy złotych. To o wiele więcej niż wydawałem podczas dotychczasowych wypraw, ale tym razem często nocowałem w hotelach, hostelach, codziennie przynajmniej raz jadłem w restauracjach i generalnie nie ciąłem kosztów. A w tych kosztach jest też nawigacja, którą musiałem kupić (a którą to po powrocie sprzedałem na OLX).
- Wyciągnąłem wnioski na przyszłość jeśli chodzi o wagę tak roweru, jak i ekwipunku. Chcąc dalej jeździć podobne wyprawy, z racji, że lat mi przybywa, muszę zmniejszyć wagę tego wszystkiego co później siłą swoich mięśni będę taszczył ze sobą. Dlatego poważnie myślę o lżejszym gravelu. Ale też o innym lżejszym namiocie, innym śpiworze. Ale z całą pewnością gruntownie przemyślę resztę swojego szpeju! No bo w tym wyjeździe okazało się, że nie używałem ani kartusza z gazem a więc też kuchenki itd. Nie używałem też panela fotowoltaicznego do ładowania powerbanka, bo nie było takiej potrzeby – codziennie mogłem wszystko naładować. Nawet powerbank używałem zbyt rzadko, żeby tak duży i ciężki ze sobą wozić. Zbyt rzadko używałem drona – znów. Ale to już wynika z tego, że puszczenie mojego DJI Mini 2 wiąże się z przynajmiej 30 minutami by drona wyjąć, rozłożyć, podłączyć aparaturę itd. Dlatego mogę już powiedzieć, że kupiłem nowego drona DJI Neo 2, który jest mniejszy, lżejszy i który umożliwi mi szybsze wypuszczenie, by zarejestrować to co chcę z mniejszym marnotrawieniem czasu na to, żeby to zrobić. Niepotrzebnie też woziłem ze sobą laptopa. Co prawda jest lekki i waży tylko 999 g, ale w czasie tego wyjazdu wrzucałem na Instagramie i Facebooku relacje codziennie a na codzienne pisanie bloga zwyczajnie nie miałem już czasu. Z perspektywy czasu widzę, że taki system jest lepszy.
- Także muszę zrobić przegląd szpeju i zasadność brania ze sobą w przyszłych wyprawach tych rzeczy, biorąc pod uwagę, gdzie będę. Europa Zachodnia ma na tyle rozbudowaną infrastrukturę turystyczną, że gdy wolę spać na kempingach, czy w hostelach, hotelach a nie na dziko – nie ma sensu brać rzeczy „na wszelki wypadek”. Bo później gorzko żałuję, że muszę to wytargać pod górę, gdy już opadam z sił.
- Włochy zdecydowanie polecam na miejsce do planowania rowerowych eskapad i wypraw! Oprócz różnorodności krajobrazów, ogromnej ilości historii, zabytków i atrakcji turystycznych, moim zdaniem, największa wartość, to Ludzie! Włosi są przesympatyczni, pomocni, uroczy tą swoją otwartością i żywiołowością, serdecznością. Nie spotkała mnie żadna przykra sytuacja. Czułem się bezpiecznie. No a jedzenie! Po prostu fenomenalne!
- Mimo iż wyprawa ta wyglądała na dość duże wyzwanie, dałem radę! Mimo braku możliwości zarezerwowania wcześniej miejsc noclegowych (mam na myśli głównie kempingi), nie miałem ani razu sytuacji, w której byłbym zmuszony do szukania noclegu na dziko. Wyprawa ta potwierdza tylko, że takie dłuższe podróżowanie po Europie Zachodniej jest stosunkowo proste i bezpieczne i nie jest jakimś ogromnym obciążeniem finansowym. To tylko kwestia planowania i układania pod swoje oczekiwania. Dlatego, jeśli wciąż się zastanawiasz, czy dasz radę itd. to przestań się zastanawiać nad tym, a zacznij planować trasę – co chcesz zobaczyć, ile czasu chcesz spędzić w siodle i nie obawiaj się o bezpieczeństwo – będzie dobrze. Najważniejsze, to zaplanować i ruszyć – będzie dobrze!
I to by było na tyle z relacji wyprawy rowerowej z sakwami po Europie w 2025 roku. Dziękuję Wam wszystkim za uwagę, za wsparcie i reakcje na social mediach. Już planuję kolejne destynacje na 2026 rok i możliwe, że Was zaskoczę. Do zobaczenia w następnych wpisach!
Piotr






