#0 – Przygotowania do nowej samotnej wyprawy Europa 2025

Dawno nic nowego nie wstawiałem tutaj na blogu… Ale nie myślcie, że wynikało to z tego, że nigdzie nie byłem. Byłem i z pewnością o tym tutaj jeszcze napiszę. Musiałem się skupić na remoncie i sprawach domowych i firmowych. Zasygnalizuję tutaj jedynie, że trzy tygodnie temu wróciliśmy z Dziewczynami z wakacji na Wyspach Kanaryjskich i między innymi o tym napiszę później. A teraz przyszedł czas na moją samotną wyprawę. Zastanawiałem się dość długo, gdzie by tu wyruszyć? Wiedziałem na pewno, że chciałem tym razem pojechać solo. Ostatni bowiem samotny mój wyjazd, to był 2021 rok z Zurychu do Barcelony. Rozważałem różne kierunki, jednak ostatecznie doszedłem do wniosku, że chcę przedłużyć sobie ciepłe, słoneczne wakacje nad morzem – piaszczyste plaże i piękne krajobrazy, miasteczka z historią, urocze wioski, a najlepiej z infrastrukturą, żeby nie trzeba było „spać w krzakach”.

Ten rok jest wyjątkowo zimny. Może wydaje się w mieście będąc non-stop, że tak nie jest – zwłaszcza będąc torpedowanym przez media nieustannym straszeniem, „co to się nie stanie, bo jest efekt cieplarniany, topnieją lodowce, a ludzkość spowodowała przekroczenie punktu zmian bezpowrotnych i będzie tylko gorzej, a apokalipsa tuż tuż”… W każdym razie w Maju na wyspę Energetyk by coś zacząć żeglować, było za zimno. W Czerwcu byliśmy, ale było zimno – wszyscy w kurtkach i przy ogniskach, bo w przyczepie czy na łódkach – zimno. Lipiec wciąż był zimny – choć to nie do wiary! Dopiero w Sierpniu coś się zmieniło, ale nie na długo. W Sierpniu byliśmy na Wyspach Kanaryjskich i było ciepło, słonecznie, ale i tak wietrznie i ponoć jak na warunki panujące w tym rejonie – wyjątkowo zimno w tym 2025 roku. Słowem – zmarzłem, nie zdążyłem dostatecznie wygrzać swoich coraz to starszych kości i dlatego chcę się wygrzać w słońcu na piaszczystych plażach i wykąpać w ciepłym morzu jeszcze nim nastanie jesień.

Dlatego jadę docelowo do Włoch! Ale żeby nie było tak łatwo, to stwierdziłem, że najlepiej będzie, jeśli pojadę tak, by zobaczyć jak najwięcej tego, czego jeszcze we Włoszech nie widziałem. Dolomity znam – byłem na nartach dwa razy. Północne Włochy, też znam. Byłem przed laty i nie tak dawno z Pati i Jagodą, gdy przejechaliśmy Północne Włochy samochodem z namiotem. Wszystkie więc Florencje, Pizy, Werony, Wenecje, Cinque Terre i inne mniejsze atrakcje tej części Italii – znam. Ale nie byłem nigdy w Neapolu. A Rzym widziałem gdy byłem jeszcze w liceum – z Rodzicami. Całe wschodnie wybrzeże Włoch poniżej Rimini i San Marino – to dla mnie wciąż „Terra Incognita”. Ba! Nawet jezioro Garda i Como – to miejsca do których wciąż jeszcze nie trafiłem. Szukając lotów – najlepiej z Rzeszowa znalazłem połączenie Lufthansą do Monachium i plan tegorocznej wyprawy zaczął nabierać kształtów…

Tak wygląda plan mojej tegorocznej samotnej wyprawy rowerowej. Startuję samolotem z rzeszowskiej Jasionki, po wylądowaniu na lotnisku w Monachium, wypakowuję mojego Niebieskiego Wilka z pudła i ruszam w kierunku Altstadt – starej części stolicy Bawarii. Po drodze zahaczam o Decathlon, w którym muszę kupić sobie kartusz z gazem do kuchenki, bo na trasie będę głównie spał w namiocie na campingach, czy na dziko, jeśli nie będzie możliwości na campingu. Dlatego chcę uniknąć historii z 2021 roku, gdy gaz udało mi się upolować dopiero pod koniec wyprawy, we Francji w Marsylii. Zwiedzę „stare śmieci” w centrum Monachium, których nie widziałem już 25 lat i jadę na południe przebijać się przez Alpy. U podnóża zaplanowałem nocleg w Tagernsee na campingu, na którym nie mogłem zrobić rezerwacji. To ogólnie będzie problemem w tej wyprawie, bo nigdzie nie udało mi się zarezerwować miejsca na campingu. Jako turysta solo na rowerze z małym namiotem nie jestem elementem pożądanym, bo nie jadę kamperem z postojem 7 dni lub dłuższym na campingu, więc kasy zostawiam niewiele. Z tego powodu campingi włoskie, ale też austriackie i niemieckie odpisały mi, że „jak dojadę, to się dowiem, czy będą mieli dla mnie miejsce”… Zobaczymy jak wyjdzie.

W moim wyprawowym rowerze nie robiłem w tym roku wielkich zmian. Wynika to z tego, że mój kupiony w Decathlonie Riverside 520 Touring Bike bardzo dobrze się sprawdza w ostatnich 4 latach. Najlepiej opony, w których nie zaliczyłem ani jednej (!!!) złapanej gumy! W Szwajcarii był problem, który nie udało mi się zdiagnozować, ale obstawiam problem z wentylami, bądź dętkami. Przebicia tych opon nie doświadczyłem i oby tak zostało… Zmiana kierownicy w ubiegłym roku, była strzałem w 10! W tym roku jedynie, co zmieniłem, to owijki, rączki na wyprofilowane z rogami, bo w ubiegłym roku z Opałem jadąc przez Skandynawię, przy podjazdach łapałem się na tym, że chcę złapać za rogi, których nie było. Zmieniłem też mostek na krótszy i bez regulacji wysokości. Chodziło o to, że mostki z regulacją wysokości skrzypią, zwłaszcza przy moich ciężkich łapach. Wkurzało mnie to, a poza tym zorientowałem się, że wcale nie potrzebuję tej mojej kierownicy Jones H-Bar od majfrendów odsuwać od siebie i może ona być zamocowana bezpośrednio przy wsporniku (wydłużonym w stosunku do fabrycznego). Hamulce, które w ubiegłym roku musiałem wymienić na Deore M6100 sprawdziły się świetnie a do tego klocki hamulcowe wciąż są jak nowe – niezużyte. Zmieniłem uchwyt telefonu, bo ten który w ubiegłym roku miałem okazał się być słaby i przy wjechaniu w tył Opała plastikowa blokada pękła i tyle było z jeżdżenia z telefonem na grzybku Aheada. Zamontowałem uchwyt Sincetop z blokadą i wygląda to na bardziej solidne rozwiązanie. A jak wyjdzie – zobaczymy. Ostatnimi nowinkami są składany panel fotowoltaiczny, bo stary przestał działać i bezprzewodowe mikrofony z dead-catem, by dało się cokolwiek nagrać jadąc rowerem poza szumem powietrza. Dron, GoPro i laptop po staremu mam ze sobą. Namiot wciąż ten sam, bo mimo iż nieco wypłowiał kolor na jego topie, to wciąż robi robotę i rozmiarowo bardzo mi odpowiada. Poza tym szybko się go rozstawia. Ale już widzę, że na przyszły rok będę musiał się rozejrzeć za nowym, może lżejszym? Możliwe też, że wówczas zmienię i śpiwór, który ma już swoje lata, bo kupiłem go będąc jeszcze w liceum, ale to Alpinus i naprawdę nic mu nie jest. Bywają jednak takie noce, gdy żałuję, że nie jest nieco cieplejszy. Gdy jest gorąco, to śpiwora nie potrzebuję, ale bywa, że budzę się koło 4-5 nad ranem i czuję, że mi zimno… A materac? Dmuchany z Decathlona – też sprawdza się znakomicie! Jakby na przekór tym wszystkim, którzy mi marudzili, że się przebije, że nie wytrzyma sezonu itp. Nic z tych rzeczy – świetny, lekki, po złożeniu zajmuje mało miejsca i robi robotę.

Dobra – to tyle jeśli chodzi o sprzęt na wyprawę. Tym razem trochę powybrzydzałem jeśli chodzi o pudło na rower, bo w ubiegłym roku straciliśmy sporo czasu na zmontowaniu rowerów w Oslo. Powodem były zbyt małe pudła. Musiałem zdjąć z ramy niemal wszystko – kierownicę, siodło, oba koła, bagażniki, błotniki. Dlatego w tym roku poszukałem większego pudła i dzięki pomocy Tomka Zakrzewskiego z Rojaxu, dostałem pudło do którego musiałem zdjąć tylko przednie koło i kierownicę. Wymiarowo zmieściłem się niemal na styk, bo Lufthansa liczy szerokość + wysokość + głębokość pudła nie może przekroczyć 280 cm. Moje pudło ma 282 cm. Pozostaje jeszcze kwestia wagi. Pudło z zawartością nie może przekroczyć 32 kg. Sam rower waży 22,5 kg. Po odpowiednim spakowaniu jednej dużej i jednej małej sakwy, udało mi się zmieścić w pudle z rowerem w wadze 31,6 kg. Ze sobą na pokład biorę tylko to co muszę mieć na pokładzie, czyli głównie elektronikę, ładowarki, laptopa, drona i resztę rzeczy, które mogą być na pokładzie, ale już ze względu na wagę nie dam rady dać do pudła z rowerem.

Pozostało wziąć spakowane i zaklejone pudło z rowerem, w którym ściągnąłem pedały, kierownicę, przednie koło, a resztę odpowiednio spakowałem, zabezpieczyłem, wsadziłem dwie sakwy i tak przygotowane zmieściło się bez problemu do mojego Forda. Pati zawiozła mnie na lotnisko. Nauczony doświadczeniem chciałem być na lotnisku przynajmniej godzinę przed rozpoczęciem odprawy. Bez pośpiechu, bo lotnisko w Rzeszowie jest małe, udało mi się zważyć pudło z rowerem, okleić je i nadać na okienku nadbagażu. A co dalej? To w kolejnej relacji, w której już zaczyna się moja tegoroczna samotna wyprawa. Zapraszam do śledzenia!

Piotr

Zostaw komentarz