Bangkok na luzie – trzeci dzień zwiedzania

Na dzisiaj mieliśmy zaplanowanych kilka spraw do załatwienia plus zwiedzanie ostatnich rzeczy jakie chcieliśmy zobaczyć w Bangkoku przed wylotem na północ Tajlandii do Chiang Mai. Najpierw udaliśmy się do serwisu telefonów. Rozwaliłem bowiem wyświetlacz w moim telefonie Xiaomi Redmi Note 4. Nie spodziewałem się, że w Bangkoku wymiana wyświetlacza czy chociaż kupienie szyby na pęknięty wyświetlacz będzie takim problemem. W Polsce serwisy telefonów są na każdym kroku, na każdym rogu. Ale nie w Tajlandii. Internet mi nie pomógł. Dopiero po rozmowie z kilkoma osobami dowiedziałem się, że niedaleko naszego Hostelu jest takie miejsce, gdzie powinni mi pomóc.

Gdy doszliśmy na miejsce, okazało się, że oprócz jednego stoiska przy ulicy, po wejściu zaraz obok znajdujemy się w całej galerii handlowej, w której są wyłącznie serwisy telefonów i stoiska z wszelkimi akcesoriami do nich! Wielkość – połowa galerii Europa II w Rzeszowie, więc naprawdę spora. Niestety na pytanie o wyświetlacz czy chociaż szybę do Xiaomi – wszyscy robili wielkie oczy i kręcili głowami. Obeszliśmy wszystkie stoiska i NIKT nie miał nic do mojego Xiaomi. W jednym jedynym stoisku mieli szyby ale wyłącznie do 3 najnowszych modeli Xiaomi. Byłem tym strasznie zawiedziony i już do końca pobytu w Tajlandii musiałem przesuwać palcem po pękniętym wyświetlaczu obawiając się skaleczenia. Na szczęście telefon działał i wyświetlał nadal bez problemu. W Polsce już po powrocie w autoryzowanym serwisie wymieniono mi cały wyświetlacz, tylną aluminiową obudowę i ramkę wokół wyświetlacza za 250zł.

Wyjątkowe zainteresowanie klientem…

Stamtąd udaliśmy się przez ChinaTown do Świątyni Złotego Buddy. Świątynia ta jest na końcu (idąc z naszej strony) chińskiej dzielnicy. Jak się okazało na miejscu – jest to zaraz przy bramie wjazdowej do chińskiej dzielnicy – Yaowarat Road, czyli przy początku.

Świątynia Złotego Buddy

By wejść do tej Świątyni, trzeba wspiąć się po schodach i ściągnąć obuwie. Pogoda była wtedy świetna, słońce pięknie świeciło, więc złoty dach połyskiwał i mienił się pięknie. W środku figura Buddy była oczywiście złota. Modlących się nie było – sami turyści. Generalnie po odwiedzeniu już kilku innych Świątyń, można stwierdzić, że w środku podobnie jak w innych miejscach. W sumie nic nadzwyczajnego

Gdy wyszliśmy i kierowali do Chinatown, zaczepił nas sympatyczny Taj. Zagadał nas w sposób który wyglądał na kompletnie bezinteresowny. Pytał skąd jesteśmy i gdzie chcemy iść, to nam pomoże na mapie, co warto a co nie. Gdy już myślałem, że naprawdę życzliwy człowiek zwyczajnie chce Farangom – turystom coś podpowiedzieć, wyszło, że jest mała Świątynia o której niewielu turystów wie i że jego kolega może nas tam zawieźć niedrogo TukTukiem. Gdy zaczął coś opowiadać o innym koledze, który szyje ubrania bardzo ładne w dobrej cenie, zacząłem coś podejrzewać. Zaryzykowaliśmy i zgodziliśmy się na kurs TukTukiem z jego kolegą do tej Świątyni. Głównie dlatego, że nie jechaliśmy jeszcze TukTukiem i chcieliśmy tego spróbować. Pojechaliśmy.

My w Tuk Tuku

Rzeczywiście niewielka Świątynia ze sporą figurą odpoczywającego sobie na boku Buddy była w Bot przyległym do szkoły. Obok był jeszcze budynek główny Świątyni z tym że zamknięty. W środku przywitał nas mnich, który chętnie opowiedział nam o tym miejscu, pogadał chwilę z nami i zaproponował, byśmy na pomarańczowym suknie przy Buddzie wpisali imiona członków swoich rodzin, co podobno, ma przynieść nam wszystkim szczęście, zdrowie i wszelką pomyślność. Zapisaliśmy więc imiona naszych bliskich. Na suknie tym nie było zbyt wiele napisów nietajskich, stąd wniosek że koleżka który nas przekonał do przejażdżki mówił prawdę. Gdy szliśmy z powrotem do TukTuka (nasz kierowca grzecznie czekał przysłuchując się naszym rozmowom z mnichem) mijaliśmy w ogrodzeniu Świątyni takie półki. Jak się domyśliłem, to było miejsce na urny z prochami zmarłych mnichów, ich mistrzów itp. Później nasz koleżka zawiózł nas gdzieś, nawet nas nie pytając czy chcemy, i pokazał, że mamy wejść do sklepu z garniturami i sukniami. W środku sporo sprzedawców o hinduskich rysach. Zorientowaliśmy się w sytuacji i szybko wyszliśmy, mówiąc koleżce, że chcemy wracać.

Podobne chwyty na turystów z tym że na większą skalę widzieliśmy w Egipcie. Działa to tak, że turyści są wożeni w miejsca z którymi przywożący ich jest umówiony. Jeśli turysta coś kupi, to przywożący ich dostaje jakąś prowizję. W Egipcie gdy jechaliśmy zorganizowanymi przez biuro podróży autobusami, co chwilę zatrzymywaliśmy się a to przy sklepie z perfumami, a to z ubraniami, suwenirami i różnymi innymi rzeczami. Turyści byli urabiani przez sprzedawców w taki sposób, żeby głupio im było nie wziąć choćby najdrobniejszej rzeczy. I tak to się kręci. Przy okazji zlatywały się umorusane i obdarte dzieci wciskające turystom którzy chcieli tylko wsiąść do autobusu jakieś papirusy, zakładki do książek. Często z litości coś tam turyści kupowali. Turyści są traktowany w tym schemacie jak stado baranów, które się goli (a w zasadzie ich portfele) z pieniędzy.

Z tego powodu podziękowaliśmy i kazali zawieźć z powrotem do Wrót China Town. Zapłaciliśmy koleżce chyba 140 Bahtów i podziękowali za przejażdżkę. Nie był do końca ukontentowany, ale to jego problem.

Później idąc przez chińską dzielnicę, ponieważ było gorąco, skusiliśmy się na chiński deser w A Ee Wan Yen. Tutaj jest moja recenzja. Deserem było coś złożonego z różnych rzeczy wyglądających jak fasolki, orzeszki i kluski z tym że miało konsystencję żelków i było słodkie. Wszystko skąpane w kruszonym lodzie, bo poprosiliśmy na zimno. Bardzo oryginalne i smaczne! Miejsce to prowadzone jest przez pochodzącą z Chin rodzinę starszego małżeństwa. Nie dało się z nimi rozmawiać po angielsku, więc zamówienie polegało na tym, że dostaliśmy menu ze zdjęciami, pokazaliśmy palcem deser, colę zero. Z zamówieniem dostaliśmy gratis po kubku słodkiego wodnistego kompotu. Później Pan pokazał nam na kalkulatorze kwotę i tyle. Podziękowaliśmy, małżeństwo nisko się nam ukłoniło i wyszliśmy.

Następnym punktem na dzisiaj mieliśmy w planie masaż tajski. Ponieważ dzień wcześniej znaleźliśmy w China Town miejsce, które nam się spodobało, poszliśmy właśnie do Bee Bee Massage. Wzięliśmy z Patką dwa rodzaje masażu. Ja wybrałem masaż tajski całego ciała za 150 Bahtów w 45 minut (jest wersja dłuższa i droższa), a Patka wzięła masaż stóp w 30 minut za 120 Bahtów. Mój masaż w złotych wychodzi około 18 zł, a Patki masaż stóp około 14 złotych. Nie ma szans w Polsce by w takich cenach dostać taki masaż! Sympatyczna pani w średnim wieku kazała mi się położyć na łóżku (spokojnie – byłem 2 metry od Żony!). Dostałem czyste spodnie i koszulę, które miałem na siebie założyć. Na czas przebierania się łóżko na którym leżałem Pani zasłoniła kotarą. W tym czasie Patka na rozkładanym fotelu miała naoliwione nogi i masaż się zaczął. Pierwszy raz miałem okazję doświadczyć masażu tajskiego. W Polsce korzystałem z masażu sportowego, gdzie młoda dziewczyna maltretowała mnie okrutnie i twierdząc, że mam strasznie zbite mięśnie dokładała wszelkich starań, bym zaczął krzyczeć z bólu. Efekt był taki, że gdy używała specjalnych „noży i grzebieni” metalowych do masażu, pociłem się potwornie z bólu, ale nie krzyczałem! Była tym zdziwiona i co chwilę się pytała, czy boli i na ile w skali od 1 do 10. Ból okropny, zakwasy po tych masażach również, sesji było 6. Efektem była większa mobilność i szybsza regeneracja po treningach. A masaż tajski? No cóż – wersja o wiele łagodniejsza i bez wykorzystywania narzędzi. Narzędziami tej uśmiechającej się do mnie Pani były przede wszystkim jej ręce, nogi i całe ciało. Wbijanie łokcia w plecy, mięśnie nóg to była najbardziej bolesna część. Wystrzelała moje gnaty, wymęczyła mięśnie a po całej sesji czułem się jakbym się właśnie obudził z długiego, kojącego snu! Rewelacja! I moim zdaniem – jeden z ważniejszych punktów do zaliczenia przez każdego turystę w Tajlandii.

Odświeżeni po masażu ruszyliśmy załatwić jeszcze jedną sprawę. W moim Olympusie – aparacie pojawiła się plamka na matrycy, a ponieważ zapomniałem o tym przed wyjazdem, to sprawdziłem na internecie, że jest taki serwis w Bangkoku, gdzie super fachowcy załatwiają taki problem za niewielkie pieniądze. Firma ta, to A.V. Camera Company położona w innej części Bangkoku. Poszliśmy tam piechotą, chcąc pooglądać Bangkok. Na miejscu okazało się, że Panowie potrzebują godziny czasu, więc obok w galerii handlowej usiedliśmy zjeść obiad. Pad Thai nie był wybitny, ale i tak smaczny. A w galerii było podobnie jak w amerykańskich sklepach typu TJ Maxx. Niestety po godzinie okazało się, że skaza na matrycy aparatu jest na tyle głęboko, że nie dało się tego wyczyścić. Wyłącznie autoryzowany serwis Olympusa może sobie z tym poradzić. Na szczęście Panowie nie policzyli nic za diagnozę. Miło.

Pojechaliśmy stamtąd kolejką nadziemną do parku Lumpini. To coś jak Central Park w Nowym Yorku. Pooglądaliśmy ptactwo na jeziorku. Wszyscy nieśpiesznie spacerują, rozmawiają, siadają na trawie i odpoczywają. Sielanka. My również odpoczęliśmy trochę, pospacerowaliśmy i wychodząc z parku zobaczyliśmy poruszenie. Dźwięki rytmicznej muzyki i pokrzykiwania trenera przez system nagłośnieniowy nawoływały ludzi do step aerobicu. Co chwilę ktoś podchodził do grupy ćwiczących i dołączał do ćwiczeń. Starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni. Takie ćwiczenia na wolnym powietrzu w tym parku odbywają się regularnie.

Poszliśmy do pobliskiego street marketu – taki bazar gdzie oprócz ubrań, pamiątek, torebek, plecaków, podróbek różnych znanych marek, zegarków, można również zjeść. Wzięliśmy mango sticky rice. To kleisty ryż polany mleczkiem kokosowym ze świeżymi kawałkami mango. Ponieważ (podobno) sezon na mango już się skończył, ceny tego przysmaku są bardzo różne. A w tym miejscu było niedrogo. Nie było za bardzo miejsca gdzie moglibyśmy usiąść i zjeść, więc weszliśmy w boczną uliczkę i tam przysiedliśmy na krawężniku. Okazało się, że to uliczka z barami gejowskimi. Sami „Fresh Boys”, „Smoky Boys”, Handsomes i temu podobni. Kolorowe neony zachęcały do wejścia do środka. Do tego wszystkiego szczury z rzadka przebiegające pomiędzy workami ze śmieciami. Taki klimacik. Ale co tam! Ciekawi świata, przeszliśmy tamtędy, by poczuć atmosferę. Nic nadzwyczajnego. To samo co dla hetero z tym że dla gejów. No może chłopcy jacyś tacy bardziej urodziwi i nieco zniewieściali. Nie wchodziliśmy do środka. Nikt nas nawet nie zachęcał ani nie nagabywał. Chyba nie wyglądaliśmy „zbyt gejowo”… Na wyjściu przy głównej ulicy kilku gości za to zachęcało nas na pokazy dziewczyn potrafiących zdziałać swoimi waginami różne „cuda”. Pokazywali nam nawet tabliczki z cenami za poszczególne pokazy. Jednak nie dawali mi możliwości zrobienia temu cennikowi zdjęcia. A jak chciałem pstryknąć fotkę znienacka, momentalnie je chowali. Nie dałem rady. Szkoda!

W drodze powrotnej do Hostelu, podjechaliśmy kawałek metrem z parku Lumpini. Wysiedliśmy w chińskiej dzielnicy (a jakże!). Zjedliśmy jeszcze pad thaia po drodze w ramach kolacji i zrobiliśmy zakupy na jutrzejszą podróż samolotem do Chiang Mai.

inna wersja Pad Thai

Tego dnia również zrobiliśmy na piechotę sporo kilometrów. Nie wiem dokładnie ile, bo nie wyłączyłem zegarka podczas jazdy kolejką i metrem. Z tymi odcinkami wyszło nam 25km, więc niemało!

A w kolejnej relacji – lecimy samolotem na północ Tajlandii do Chiang Mai, gdzie mamy się spotkać z Pierre Duterte i jego kompanem, którzy na rowerach mają dojechać do tego samego hostelu. Pierre’a gościłem ponad pół roku wcześniej w moim mieszkaniu. Wyjechał z Francji i na rowerze dojechał przez pół Świata do Tajlandii, byśmy się przez przypadek znów mogli spotkać! Co za spotkanie!

Piotr

Zostaw komentarz