Dyskutowaliśmy wczoraj trochę z Christophe o jutrzejszym dniu. Czy lepiej jechać rowerem do miejscowości Portbou już w Hiszpanii i stamtąd pociągiem do Barcelony, czy już z Banyuls-sur-mer jechać pociągiem? Bo to, że muszę jechać pociągiem, wiedziałem od wczoraj. Najważniejsza rzecz, to był czas. Jeślibym jeden dzień poświęcił na jazdę rowerem a nie dojechał do Barcelony, to byłoby krucho. Chciałem mieć przynajmniej półtora dnia w Barcelonie na zwiedzanie, załatwienie pudła na przewóz rowera samolotem i autobusem no i wisienka na torcie, czyli spotkanie się z muzykami z Sant Andreu Jazz Band! Z tego względu jeszcze dziś musiałem się zameldować w hostelu w Barcelonie.
Problem w tym, że aplikacja hiszpańskich kolei nie działa a na stronie tych kolei też nic się nie dało sprawdzić ani kupić biletu. Google map pokazywało połączenia kolejowe, ale bardzo różnie. We francuskich kolejach mogłem kupić bilet do Portbou, ale już nie do Barcelony.
Z tego względu gdy wreszcie przy śniadaniu udało mi się ustalić, o której jest pociąg z Banyuls-sur-mer do Portbou, stwierdziłem, że najlepiej będzie, jeśli pójdę na ten pobliski dworzec i może tam uda mi się coś dowiedzieć. A ponieważ zostało raptem 20 min do pociągu, to raz-dwa poszedłem w towarzystwie Roxanne i jej piesków na dworzec, a Christophe poszedł jeszcze do domu teściowej, gdzie był mój rower, po kask, bo przez przypadek tam został. Szybko doszliśmy do dworca i tam pytam panią w okienku, jak się sprawy mają…
Okazało się, że przyjechał ten pociąg na który się spieszyliśmy, ale nie można na niego kupić biletów, bo to pociąg nocny. Z tego względu na spokojnie, dowiedziałem się, że kolejny pociąg będzie za jakieś 40 minut i w okienku Pani wydrukowała mi, w jakich godzinach będą z Portbou pociągi do Barcelony. Christophe proponował że zawiezie mnie samochodem do Portbou, żebym nie musiał czekać, ale powiedziałem, że nie ma potrzeby i jak dojadę do Barcelony na 15:37, to też będzie dobrze. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia, serdecznie im podziękowałem za wszystko i się pożegnaliśmy.
Zostałem na dworcu czekając na mój pociąg. Kupiłem bilet online, bo tak jest taniej we Francji. Droga do Portbou nie była długa, ale za to widoki za oknem piękne. Po wysiadce na dworcu była kontrola policji hiszpańskiej, gdzie sprawdzali dowody osobiste / paszporty, ale nawet nie pytali o szczepienia czy cokolwiek z koronawirusem. Oczywiście w pociągu, maska na twarzy musiała być, no i na dworcu też. Poszedłem do okienka kupić bilet. Bez problemu. Informacja jaką dostałem w Banyuls była w 100% poprawna. Kupiłem więc bilet i czekałem na peronie na mój pociąg. Jakiś stał, ale nie wiadomo było, czy to ten odpowiedni. Żadnych oznaczeń na nim, żadnej obsługi, więc cierpliwie czekałem. Ja i kilka innych osób które też nie wiedziały co to za pociąg. Gdy było już 10 min do odjazdu, zaryzykowałem i wsiadłem. Dwie minuty później w środku na wyświetlaczu pojawiła się informacja, która potwierdziła mi, że siedzę we właściwym pociągu. Co ciekawe, w Hiszpanii nie ma biletów na rower. A przynajmniej w tych liniach regionalnych. Po półtorej godzinie wysiadłem na dworcu Barcelona – Sants.
Wczoraj zarezerwowałem sobie miejsce w Hostelu One Sants w Barcelonie. Dokładnie to łóżko w pokoju sześcioosobowym. Blisko centrum a cena za dwie noce to tylko 37 EURO! I nie mam żadnych kretyńskich dopłat za korzystanie z prądu, czy żetonów po 3,5 EUR za trzy minuty ciepłego prysznica. To mi jasno pokazało jak absurdalne są ceny na francuskich campingach. A że pokój wieloosobowy? Ja w tym hostelu będę tylko spał i zjem kolację i śniadanie (choć niekoniecznie), więc naprawdę nie mają dla mnie znaczenia jakieś wygody, gwiazdki hotelowe, czy baseny. Łóżko było wygodne, rzeczy zamknąłem w szufladzie na kłódkę, więc hostel ten był dla mnie satysfakcjonujący. I był blisko dworca, więc szybko tam dojechałem.
Po zameldowaniu się w hostelu, gdy tylko schowałem rower w piwnicy i swoje rzeczy w pokoju, wykąpałem się, przebrałem i ruszyłem w miasto w poszukiwaniu pudła rowerowego. W miarę blisko było kilka sklepów. Oczywiście spytałem w recepcji o to, czy wiedzą, gdzie mogę takie pudło zdobyć. Nie wiedzieli. Jakiś Brytyjczyk, Jerome powiedział że słyszał, że na poczcie można takie kupić. Może, ja w każdym razie ruszyłem w miasto na łowy. Okazało się że jestem w dzielnicy zamieszkanej w dużej mierze przez Latynosów. Zwłaszcza z Dominikany, Kolumbii i Kuby. Pierwszy sklep zamknięty, krata zasunięta, informacji żadnej. Drugi sklep zamknięty, informacja, że do 5 września zamknięty. Trzeci sklep też zamknięty na sezon wakacyjny. Ale znalazłem sklep z taśmą do pozaklejania pudła. Kupiłem taśmę. Zacząłem szukać sklepów które w google mapie widniały jako otwarte. Straciłem jeszcze 1,5 godziny by do nich dojść.
Niestety były zamknięte podobnie jak wcześniejsze. Wróciłem do hostelu. Podładowałem telefon i wziąłem powerbank. Znalazłem 3 Decathlony w miarę blisko stąd. Wybrałem najbliższy i poszedłem tam. Na miejscu spytem sprzedawcy, czy ma może pudło na przewóz roweru. Gość zdziwiony zaczął mi gadać, że nie ma, że oni mają obowiązek utylizowania opakowań itd. Tłumacze mu więc, że potrzebuję takiego pudła by przewieźć rower samolotem i autobusem do Polski i w Polsce. Że wszystkie sklepy rowerowe zamknięte i że mam z tym duży problem, no i że go bardzo bardzo proszę! Powiedział że pójdzie do swojego kierownika i zobaczy co się da zrobić…
Siadłem grzecznie i czekam.


Po 15 minutach idzie mój zbawca ciągnąc ze sobą OGROMNE pudło rowerowe… Mina mi zrzedła. Spytałem go, jaki to rozmiar pudła, na co on odpowiada, że tylko takie pudło mają. Miał metr taki papierowy metrowy… Wyszło, że pudło ma 1,8 długości, wysokości pewnie 90-100 cm. Masakra. Ale serdecznie mu podziękowałem i wyszedłem z pudłem na chodnik. Zamówiłem ubera do hostelu. Miał być za 3 minuty, a chwilę później się pojawiło, że będzie za 23 minuty! No nic, czekam myśląc, jak to pudło teraz wpakuję do taksówki… Na szczęście zlecenie podjął niejaki Mamadou Samba Fordem connect, więc byłem już spokojny, bo to spore auto. Sympatyczny ciemnoskóry Mr. Samba szybko złożył fotele z tyłu i pudło weszło na styk. 7,65 EUR kosztował kurs Uberem. Pudło przymierzyłem do rowera. Było tak wielkie, że byłem prawie pewien, że zmieści mi się rower do niego bez ściągania przedniego koła jak poprzednio. Temat pakowania rowera jednak zostawiłem na jutro.
Poszedłem na spacer po okolicy i na obiadokolację. W międzyczasie sprawdzałem, czy do Wizzair mogę wziąć pudło bez limitu wielkości i wagi. Wyszło mi na to, że wielkość nie powinna być problemem, a waga nie powinna przekroczyć 32 kg. To sporo. Za to bagaż rejestrowany nie powinien przekroczyć 10 kg. Miałem jednak jeszcze czas na zważenie wszystkiego i w razie potrzeby jeszcze mogłem dokupić większą wagę bagażu.
Blisko hostelu był skwer na którym niestety mimo trzech restauracyjek, miejsc przy stolikach nie było, poszedłem więc dalej i tak trafiłem na El Paradiso Bar VIP. Nooo! Jak VIP, to miejsce dla mnie! Wszedłem do środka, rozglądając się za menu aż zaczepił mnie gość pytając, na co mam ochotę? Powiedziałem po angielsku, że szukam menu, bo chce zobaczyć, co mogę tu zjeść? Pokazał mi menu po hiszpańsku zaczął coś w niezrozumiałej mieszance hiszpańskiego i angielskiego tłumaczyć. Uruchomiłem Google translate w opcji aparatu i zobaczyłem po polsku co tam jest napisane. Gość się zdumiał gdy. To zobaczył. Rozbawiła go ta opcja, gdy w „magiczny” sposób napisy na menu zmieniają się z hiszpańskich na polskie. Zamówiłem więc pollo, czyli kurczaka z ryżem i w zestawie z sałatkami. Do tego spytałem o radler? Gość się uśmiechnął i pokazując na pipę z piwem na której napisane było radler, powiedział „si si, radler”. Pokazał mi stolik przy którym usiadłem.
Dopiero wtedy zorientowałem się, gdzie jestem. To dominikańska knajpa. Przy stoliku naprzeciw mojego siedział gość z dwoma kobietami. Główna muzyka w gorących latynoskich rytmach powodowała, że mój tyłek sam podrygiwał na siedzeniu, a łeb bezwiednie zupełnie też się bujał w rytm. Bardzo lubię latynoskie rytmy a już latino jazz to coś co uwielbiam! Popijam radlerka czekając na jedzenie i bujam się w rytm muzyki a w tym czasie kobiety przy stoliku naprzeciw zaczynają podśpiewywać coraz głośniej refren piosenki jaka leci z głośników. Ludzie wchodzą, witając się z gościem obok śpiewających kobiet i z szacunkiem się witając z gośćmi przy stoliku za mną. Chyba stali bywalcy. Na chwilę się odwróciłem i zobaczyłem trzech starszych ode mnie gości pijących kawę i żywo dyskutujących. Facet który przyjął ode mnie zamówienie znikł. Zamiast tego za barem i przy stolikach w środku i na zewnątrz uwijają się trzy piękne latynoskie dziewczyny. W końcu na mój stolik wjeżdża ogromny talerz sypkiego ryżu, miska z fasolą w sosie koloru świeżej dziecięcej kupy i jeszcze jeden talerz z sałatą lodową, pomidorami i burakami no i sztućce. Ale nie ma mięsa… Wobec tego dalej czekam. Kilka minut później uśmiechnięta dziewczyna przynosi mi talerz z… Żeberkami grillowanymi w jakimś sosie… 3 sekundy zastanowienia i stwierdziłem że w sumie, to nie robi mi różnicy, jestem głodny, więc nie będę dochodził że mial być kurczak a nie żeberka.


Jakie to było dobre! Żeberka przepyszne! Zajadałem jak wściekły, bo byłem bardzo głodny, a jedzenie było pyszne. A porcja ogromna. Zjadłem wszystko, wypiłem radlerka do końca i poprosiłem dziewczynę przy barze, by mnie podliczyła. 12 euro. Tyle miało kosztować samo jedzenie z kurczakiem. Spytałem czy to na pewno tylko tyle? Tak. A czy doliczyła Pani za radlerka? Tak… Na pewno? Na co dziewczyna się mnie pyta czy wszystko mi smakowało i czy było bueno? Si si? Molto bueno (mimo że to po włosku, chyba zrozumiała) pokazałem kciuka w górę podziękowałem serdecznie, zostawiłem jeszcze napiwek i poszedłem do hostelu. Byłem w pokoju sam, bo reszta lokatorów była na jakimś festiwalu. Zasunąłem więc zasłonę w moim łóżku i zasnąłem.
A już jutro relacja ze zwiedzania Barcelony. Czy udało mi się spotkać z Muzykami Sant Andreu Jazz Band? Do zobaczenia!
Piotr i Wilk








