Dzień 11 – Montpellier – Narbonne

Przemiły wieczór grillowy w rodzinnej atmosferze trwał trochę dłużej niż sądziłem. Z tego względu nie wstałem tak wcześnie jakbym chciał. Ogarnąłem się szybko i byłem gotowy do drogi gdy Yannick i Sophie wybierali się na plażę. Ci to mają życie! Wczoraj byli popołudniem ponurkować w morzu, dzisiaj odpoczynek w morzu i plażowanie. Przywilej mieszkania przy brzegu morza. Dlatego gdy rozmawialiśmy, gdzie mieszkam w Polsce, bardziej interesowały ich góry i jeziora niż morze! Kto wie? Może kiedyś zawitają do mnie? Będą zawsze dla mnie miłymi Gośćmi. Tymczasem ja musiałem ruszać w drogę, bo czekało mnie kolejne około 100 km w ekstremalnym upale. Dlatego na dzisiaj zaplanowałem nieco krótszy odcinek, by dać sobie odrobinę wytchnienia. To już kolejny dzień w takich temperaturach. Co gorsza, pejzaż się zmienia i coraz mniej jest korytarzy ze ścieżkami rowerowymi ukrytych w cieniu wysokich drzew. Daje to wytchnienie od spiekoty dróg asfaltowych i szutrowych na odsłoniętym, wystawionym na palące słońce terenie. Powietrze aż faluje od tych temperatur. Tak czy siak, muszę to pokonać!

Przed samym odjazdem jednak, zostałem przez Gospodarzy poproszony o wpisanie się do księgi gości, jaką prowadzą. Napisałem kilka słów podziękowań, zauważyłem również, że już jacyś Polacy byli tutaj goszczeni przede mną. Yannick potwierdził, że była to mama z córką, która na co dzień mieszka we Francji. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia i wreszcie ruszyłem.

Ponieważ spałem na obrzeżach Montpellier blisko morza, nie musiałem się przedzierać przez miasto. Pyk – i już byłem w trasie. Minąłem Frontignan i dość sprawnie dostałem się do Sete. To ładne miasteczko w rejonie Occitane położone na mierzei pomiędzy zatoką Thau (Etang de Thau) a morzem Śródziemnym nazywane czasami Wenecją Langwedocji.

Miasteczko portowe przez które statki przedostają się do Francji kontynentalnej w zatoce od strony morza i w drugą stronę też. Stąd też sporo tu mostów. Zwłaszcza konstrukcja jednego przykuła moją uwagę – to most Tivoli, przez który przejechałem – podnoszony w jedną stronę.

Spokojny rytm życia który widziałem, gdy mijałem mieszkańców leniwie popijających kawę prawie mi się udzielił, bo palące słońce powodowało, że najchętniej schowałbym się w cieniu i zdrzemnął chwilkę. Stwierdziłem jednak, że lepiej będzie, jeśli dojadę do jakiejś fajnej plaży i tam sobie odpocznę, popływam i strzelę kawkę. Tak właśnie zrobiłem i mniej więcej w połowie długości mierzei zatrzymałem się na popas. Zjadłem drugie śniadanie, schłodziłem w morzu, wypiłem kawę i odpocząłem.

Mogłem ruszyć dalej. Po drodze mijałem wiele campingów. Widać było, że nie ma żartów – całe campingi pełne turystów, domki pełne, każdy skrawek ziemi zajęty przez przyczepy, kampery i namioty. Byłem pełen obaw, co się będzie działo wieczorem, gdy będę chciał gdzieś się rozbić z namiotem… Wysłane wiadomości do wszystkich z warmshowers, których mogłem znaleźć w Narbonne i okolicach pozostawały bez odpowiedzi. Wysłałem więc trzy pytania rezerwacyjne do campingów w okolicach Narbonne. Nie było odpowiedzi. Na szczęście widziałem w aplikacji Camping.info że jest ich sporo, nadzieję więc miałem, że coś się znajdzie na miejscu. Wiedziałem, że w najgorszym wypadku będę spał na dziko gdzieś na plaży. Żeby zdążyć obskoczyć kilka campingów, musiałem się na nich pojawić przed zamknięciem recepcji, czyli najlepiej, żebym był u celu nie później niż koło 17:30-18:00.

Przejechałem przez przedmieścia Agde na drugim końcu mierzei i dalej kierowałem się na Beziers. Minąłem je jednak południową stroną aż wjechałem do małej miejscowości Serignan. Tutaj w samym centrum jak to często jest w takich małych francuskich miejscowościach, pomiędzy starymi kamienicami skwerek porośnięty jest ogromnymi drzewami dającymi wytchnienie od palącego słońca – CIEŃ – dużo cienia! I kawiarenki, gdzie w letnich ogródkach przed nimi przesiadują lokalsi. Zatrzymałem się więc. Zamówiłem zimną colę i wodę mineralną oraz loda pistacjowego. Kibelek. Odpocząłem trochę popijając i jedząc loda, pisałem dziennik mojej podróży. Tak właśnie! Gdy pytacie mnie, kiedy znajduję czas na pisanie, to właśnie jest odpowiedź – praktycznie zawsze, gdy nie jadę. Nawet w czasie odpoczynku. Takie kompresowanie czasu – robienie kilku rzeczy na raz, pozwala mi na znalezienie czasu na sprawdzenie trasy lub jej skorygowanie, wysłanie pytań o nocleg no i pisanie relacji właśnie!

Dalsza trasa biegła już przez tereny bagniste i parku narodowego w okolicach Narbonne. Odsłonięty teren, dlatego przyśpieszyłem wiedząc, że już blisko do campingów. Zastanawia mnie mijane co jakiś czas większe skupiska rosnących bambusów. Nie wiem dlaczego, ale sądziłem, że bambus na dziko to rośnie tylko w Azji? Czyżbym się mylił?

Wpadłem do campingu, z którego dostałem informację, że zarezerwowali mi miejsce. Wchodzę do recepcji, przedstawiam się, pokazuję maila z rezerwacją i słyszę zdumiony: „We cancelled your reservation” – anulowaliśmy rezerwację. Pytam, dlaczego? Słyszę całą litanię po francusku. Zaczynam tłumaczyć, że przyjechałem specjalnie do nich, że jadę rowerem 100 km, że jest ekstremalnie gorąco – zresztą wystarczyło na mnie całego czerwonego i na maksa spoconego spojrzeć, że nie żartuję. Słyszę w odpowiedzi :”Sorry, there are other campings 6 km from here”. Zrezygnowany już nie miałem siły się wykłócać z kimś, kto za grosz nie zrozumie, że samochodem 6 km, to pikuś, ale rowerem w tym terenie to naprawdę daleko. Miałem mało czasu, więc pojechałem dalej klnąc pod nosem. Kolejny camping. „Sorry no place”. I kolejny: „Sorry…” Już zacząłem myśleć, czy zdążę dojechać do kolejnego przed zamknięciem recepcji, gdy pojawiła się jakaś młoda dziewczyna w recepcji i ładnym angielskim zaczęła pytać, na jak długo chcę się zatrzymać. Widząc nadzieję, zacząłem szybko i dużo, łagodnym głosem mówić, że mam mały namiot i to tylko na dzisiejszą noc, jutro rano mnie nie będzie i że bardzo ją proszę.

Zgodziła się. Wzięła mój dowód osobisty, kazała wypełnić formularz. Spytałem ile będzie mnie to kosztować i czy będę mieć dostęp do prądu, by naładować telefon, powerbanka itd… Thirty six euro. OK! Can I pay with a card? Yes! (36 EUR. Czy mogę zapłacić kartą? Tak). Podsuwa mi terminal płatniczy i już mam płacić, gdy widzę na wyświetlaczu 46,60 EUR! Pytam się, czy to nie błąd. W odpowiedzi słyszę: „No, no mistake – it’s THIRTY SIX, SIXTEEN” (nie, to nie błąd – to trzydzieści sześć szesnaście). Uuuu, powiedziałem. To naprawdę drogo? Jest Pani pewna, że kwota się zgadza? I wtedy usłyszałem: „Tak, cena jest dobra! Jeśli Panu nie pasuje, niech Pan jedzie do innego campingu – ten 5 km dalej na pewno jest droższy”. No dobra – zapłaciłem, ale byłem naprawdę zaskoczony…
W Marsylii, gdy rozmawiałem z Christophe i Celiną na temat cen na campingach, usłyszałem od nich, że te w rejonie Cote d’Azur są bardzo drogie, a już w Cannes to w ogóle wszystko drogie, bo to rejon wakacyjny dla samych bogaczy. Mówili mi też, że spokojnie – w rejonie Narbonne jest dużo campingów i ceny są o wiele niższe, więc będzie dobrze. Dlatego właśnie ta cena zbiła mnie z tropu… Ale cóż, doszedłem do wniosku, że skoro jest basen i godzina dość młoda, to te 10 EUR różnicy na poprawę humoru mojego skąpstwa, potraktuję jako bilet wejścia na basen 🙂

Rozbiłem namiot w ekspresowym tempie. Przywitałem się głośno z sąsiednimi namiociarzami i domkowcami. Oczywiście nikt nie zagadał, ich miny sprawiały raczej wrażenie „a co tu ten dziwoląg spocony robi?”. Wykąpałem się pod prysznicem i poszedłem na basen. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem okrągłą nieckę basenową wypełnioną piaskiem i jakby plażę wysypaną piaskiem dookoła. Kilkanaście osób moczyło się w środku. Położyłem więc ręcznik z ciuchami i schowanymi pod nimi telefonem i portfelem i wszedłem do wody. Płytko. Idę w kierunku środka. Okazało się, że basen jest dość płytki. Żeby zanurzyć głowę, muszę paść na kolana (hahaha).

Złapałem jeszcze resztki zachodzącego słońca, wystarczające tylko do tego by wyschnąć. Wzmagał się wiatr. Zimny wiatr z północy. Już rozstawiając namiot zaczął dąć, ale teraz to już poważnie zaczął przechodzić w lekką wichurę. Piasek sypał się przy każdym podmuchu do oczu, uszu, wszędzie. Porywał moje rzeczy, więc musiałem ich pilnować. Poszedłem do namiotu się przebrać. Jeszcze jedni sąsiedzi w namiocie obok mojego się pojawili, więc się przywitałem i spytałem z głupia frant, czy mógłbym wsadzić do ich lodówki (bo mieli taką obok namiotu) moje dwa bidony z piciem? Nie ma sprawy – odpowiedzieli. Młoda para Francuzów chyba niedawno też przyjechała, bo ogarniali pompowanie materacy i rozstawianie krzesełek przed namiotem.

Przebrany poszedłem do baru, a że w karcie nie było absolutnie nic, na co miałbym ochotę (pizza, hot dog i jakieś takie bzdury), to wziąłem sobie radlerka nie będąc głodnym i spisałem dalszą część mojego dziennika podróży. Wiatr przybierał wciąż na sile. Drugiego radlerka musiałem już trzymać na stoliku, bo było ryzyko, że wiatr go przewróci, jak to zrobił z piwami Francuzów przy stoliku obok.

Wróciłem do namiotu i zagadałem do moich młodych sąsiadów. Spytali, skąd jestem? Pologne! Zaskoczeni, przyznali, że wzięli mnie za Turka! Spytałem, dlaczego? Czy to chodzi o to, że jestem łysy z dziwną brodą? Nie potrafili odpowiedzieć. Bardzo młodzi ludzie – ona studiuje lingwistykę (choć jej angielski który twierdzi, że studiuje, dość mocno kulał) i równolegle pracuje w sklepie, by mogła spłacić kredyt za studia i mieć pieniądze na swoje utrzymanie. On z kolei, to w sumie jest niezdecydowany, bo waha się pomiędzy otwarciem swojej restauracji a zostaniem żandarmem. Przyjechali tutaj na tygodniowe wakacje. Z tematu pieniędzy za studia (za które jak twierdziła Jeanette zawsze się płaci we Francji) za które musi płacić ponad 20 000EUR rocznie, poruszyłem temat, dlaczego ten camping jest taki drogi? Usłyszałem, że ich zdaniem cena jest w porządku… Nie drążyłem więc sprawy.

Całą noc namiot tańczył targany porywistym wiatrem. Szpilki mocno wbiłem kamieniem jeszcze za dnia gdy go stawiałem, więc nic się nie działo. Jedyne co się mogło stać, to mógł spaść deszcz. Na szczęście tak się nie stało.

A już w następnym odcinku mojego dziennika podróży jadę pod granicę francusko – hiszpańską do Banyuls-sur-mer odwiedzić Ojca mojego kolegi podróżnika rowerowego Pierre Duterte. Czy dam radę dojechać po pięciu dniach upałów? Czy będzie płasko, czy też nie? O tym dowiecie się już jutro!

Zapraszam i dziękuję za uwagę!

Piotr i Wilk

Zostaw komentarz