Dzień 12 Lübeck – Pepelow camping

Wyspani, zdecydowani rozpocząć nowy etap naszej podróży, ruszyliśmy najpierw pozwiedzać Lubekę. Z początku pojechaliśmy zrobić pranie ciuchów przed nowym etapem naszej podróży, bo nie byliśmy pewni, czy dalej będziemy mieli możliwość skorzystać z pralki i suszarki. Pranie i suszenie zrobiliśmy w sumie za 8 EUR dla nas dwóch, więc niedużo (w porównaniu z Kopenhagą…). Potem był czas, by zwiedzić gastronomię, bo wczoraj już było za późno na sensowne zakupy, więc podjechaliśmy do wysoko notowanej w mapach Google śniadaniowni. Bajgiel i pancake z syropem klonowym. Pyszna kawa. Możemy jechać.

Lubeka najczęściej jest kojarzona z charakterystyczną Bramą Holsztyńską (Holstentor) i sąsiadujące z nią Spichrze Solne (Salzspeicher) stojące wzdłuż kanału Stecknitz rzeki Trave. Niegdyś bowiem Lubeka była otoczona murami obronnymi i dostać się do środka można było przez bramy, w tym właśnie przez Holstentor. To dwie grube wieże pomiędzy którymi jest brama. Całość postawiona została na podmokłym terenie i z tego względu widoczne jest jej przechylenie. Jeśli zaś chodzi o spichlerze solne, to Lubeka była niegdyś miastem portowym czerpiącym duże dochody z rybołówstwa. Potrzebowano więc spichlerzy do magazynowania soli służącej do konserwacji ryb.

Później podjechaliśmy do Lubeckiej Katedry. Okazały ceglany XII-wieczny budynek. W czasie II WŚ niemal całkowicie zburzona. Odbudowano ją jednak, ale sporo ze znajdujących się w niej dzieł sztuki zginęło bezpowrotnie. Do naszych czasów zachował się ołtarz, kaplice grobowe i średniowieczny, 17-metrowy krucyfiks.

Buddenbrookhaus, to mieszczańska kamienica, która znana jest za sprawą Thomasa Manna, którego rodzina przez pół wieku była właścicielem tego budynku. Noblista i znany pisarz mieszkał tu, a nawet umieścił w niej miejsce swojej jednej powieści „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny”. Tuż obok stoi kościół Mariacki (Marienkirche zu Lübeck). Potężna, 120-metrowa gotycka budowla powstała w miejscu drewnianego a później kamiennego kościoła w czasach świetności tego hanzeatyckiego miasta. Kościół był zniszczony w trakcie bombardowań alianckich pod koniec II Wojny Światowej, ale odbudowany.

Jak więc widzicie, trochę się pokręciliśmy po Lubece i ruszyliśmy na Wschód – „tam musi być jakaś cywilizacja!”. Dotarliśmy do Travemünde, urokliwa dzielnica portowa i wypoczynkowa na wybrzeżu bałtyckim. Spodobał mi się duży, żaglowiec zacumowany w porcie na drugim brzegu kanału. Był to Passat – czyli jeden z ostatnich istniejących windjammerów. To czteromasztowy bark o stalowym kadłubie. Podobnych do niego jest jeszcze tylko dwa rosyjskie windjammery. Passat od 1959 roku stanowi dużą atrakcję Travemünde, dzielnicy Lubeki położonej przy ujściu rzeki Trave. Co ciekawe, oprócz niemieckiej flagi na rufie, na dziobie powiewała flaga, która na pierwszy rzut oka wyglądała na flagę Polski! Biało czerwona. Jedyna różnica, to w lewym górnym rogu flagi dwugłowy czarny orzeł… Jak doczytałem później, jest to flaga Lubeki! Ludzi sporo, więc staraliśmy się sprawnie dostać do małego promu na drugą stronę, żeby kontynuować jazdę. Jak się okazało, nikt nie sprawdzał biletów, więc nie mieliśmy pewności, czy kupowanie ich (6 EUR) było konieczne dla rowerzystów? Taki pro-tip dla kolejnych.

Ścieżka rowerowa biegła przez nadmorskie lasy, więc skusiliśmy się zjechać na chwilę ze szlaku i sprawdzić, jak wygląda niemiecka plaża bałtycka. No cóż – bardzo podobnie do polskiej! Piękny, jasny, drobny piasek, troszkę glonów przy brzegu, ale o tej porze roku, to normalne, no a woda – ciepła! Na kąpiel w morzu niestety nie mieliśmy czasu, bo musimy dzisiaj przejechać około 100 km.

Bardzo przyjemnie się jedzie asfaltową ścieżką rowerową przez lasy wzdłuż wybrzeża. Słońce świeci, jest ciepło, powietrze pyszne z lekką bryzą morską i jodem, a las daje cień i osłonę przed wiatrem. Co ciekawe, od Lubeki, w co ciężko uwierzyć, ale jednak, po wczorajszej ulewie, którą przejechaliśmy jadąc autobusem, wiatr zmienił kierunek i ze względu na przetaczający się front teraz wieje od wschodu. Krótko mówiąc – wciąż wieje nam w pysk! No mordewind, że aż nie chce się wierzyć. Dlatego w lesie jest tak przyjemnie…

Odbiliśmy od wybrzeża nad zatoką lubecką w kierunku na Wismar i pod drodze mijaliśmy stare romańskie kościółki ze strzelistymi wieżami, jak na przykład ten w Hohenkirchen.

Wismar, jest miastem portowym, jednym z większych na naszej dzisiejszej trasie, dlatego zaplanowaliśmy tutaj postój na jakiś obiad i krótkie, pobieżne zwiedzanie. Stwierdziliśmy, że spróbujemy najlepszego kebaba, jakiego tutaj mają. Wybraliśmy „Zentral Döner” i mogę powiedzieć, że nie jest to może poziom jedzonego Dönera w Berlinie w Maju, ale i tak było to lepsze niż Dara Kebab w Rzeszowie! Podjechaliśmy na Rynek (Wismar Historischer Marktplatz). Można tam zobaczyć starą, XVI-wieczną studnię (Wasserkunst), Ratusz (Rathaus) i ładne historyczne kamieniczki dookoła tego rynku. Jedna z nich przykuwa uwagę – to Alter Schwede – kamienica, w której jest obecnie restauracja. Kamienica ta istnieje od 1380 roku. A nazwa Alter Szwede (Stary Szwed) nawiązuje do historii, w której Wismar, hanzeatyckie miasto było pod panowaniem Królestwa Szwecji przez dość długi czas. Otóż podczas wojny trzydziestoletniej w Wismar od 1629 roku stacjonowała polska flota wojenna króla Zygmunta III Wazy. W 1632 roku Wismar skapitulowało, a cała flota polska została przejęta przez Szwedów. Od 1648 roku miasto było pod panowaniem Szwedzkim i warunkowo zwrócono je Meklemburgii w 1803 roku za 1 258 000 dalerów. Ostatecznie Szwecja zrzekła się praw do miasta w 1903 roku.

Gdy byliśmy w rynku Wismar, widzieliśmy przygotowania do festu, który miał się odbywać od 15 do 18 sierpnia, więc byliśmy o kilka dni za wcześnie żeby go zobaczyć. To festiwal Schwedenfest, który właśnie upamiętnia tą wieloletnią historię, w której Wismar był częścią Królestwa Szwecji.

Jechaliśmy na wcześniej upatrzony kemping w Pepelow przed Neubukow. Pogoda sprzyjała nam dzisiaj cały dzień, więc jechaliśmy sprawnie. Mijaliśmy wiatrak, który wyglądał bardzo podobnie do tych, które widzieliśmy w Szwecji czy Danii. Słońce zaczęło zachodzić, rzucając długi cień naszych sylwetek na rowerach na mijane pola. Owady zaczęły nam dokuczać, zaczęło się robić chłodno.

Nagle, ni z tąd, ni z owąd zobaczyłem obok ścieżki rowerowej automat z papierosami! Musiałem się zatrzymać i zrobić zdjęcie, bo nie widziałem tego już dawno. Prawie 25 lat temu, gdy pracowałem w Niemczech a właściwie w Bawarii, pamiętam, że takie automaty z papierosami stały na każdym rogu, w każdym budynku, czy większej firmie. Wtedy też Niemcy jeszcze dość sporo palili. I palili wszędzie. Wtedy wydawało mi się to takim WOW! Automaty mają nawet z papierosami. U nas w Polsce wówczas czegoś takiego nie było. Ledwie można było spotkać automaty z Coca-Colą. A przecież te automaty z papierosami w Niemczech, to podobno były od lat 80-tych a nawet niektórzy twierdzili, że 70-tych! Ten automat stojący samotnie na rogatkach jakiejś przejeżdżanej przez nas wsi ma nawet możliwość płatności zbliżeniowo! Ot – taka ciekawostka. Jeszcze tylko zwrócę uwagę na ceny tych papierosów – 9 EUR, 8 EUR. Może to jest powodem, dla którego obecnie w Niemczech bardzo niewiele osób pali?
Tymczasem przed Pepelow zobaczyliśmy „babę” zrobioną z bali słomy. To znak, jak widzę, nie tylko w Polsce, że dożynki już blisko!

Kemping w Pepelow jest dość nowoczesny, dobrze zorganizowany. Główny budynek składa się jakby z trzech skrzydeł – naw, z których jedna jest recepcją, druga sanitariatami z dużą ilością prysznicy, łazienek, toalet. Oprócz tego korzystaliśmy też z kuchni ze świetlicą, w której robiliśmy sobie kolację i śniadanie. Miejsce dla namiotów jest wydzielone na takiej skarpie pomiędzy drzewami. Kemping kosztował 37,37 EUR za dwóch rowerzystów z namiotami, opłatą klimatyczną i prysznicami, czyli niedużo! Gdy rozbijałem namiot, myślałem, że jakaś wiewiórka rzuca we mnie i namiot szyszkami, a to się okazało, że Opcia wzięło na psoty. Po kolacji poszliśmy jeszcze sprawdzić, czy uda nam się zobaczyć zorzę polarną. BYŁA! I to jaka! Wspaniały spektakl. Dlatego poszliśmy spać dość późno…

Zrobiliśmy prawie 100 kilometrów. Ślad GPX możecie zobaczyć i pobrać sobie TUTAJ

A dzisiaj już dziękuję Wam za uwagę i zapraszam na kolejną relację z trasy, tym razem północnymi terenami Niemiec. To tereny, które Polacy w większości mało znają, a uważam, że szkoda, bo Niemcy i niemieckie wybrzeże bałtyckie są blisko i są atrakcyjne (nawet cenowo!).

Piotr

Zostaw komentarz