Dzień 13 Pepelow – Prohn

Po wczorajszym zachwycie nocnym spektaklem zorzy polarnej, rano nie było już śladu. Pozbieraliśmy się sprawnie i po zapłaceniu kartą (w Niemczech, to na serio – WOW!) w recepcji, ruszyliśmy w drogę. Jeszcze tylko jakieś drożdżówki i picie w Lidlu, w którym bardzo wyraźnie doświadczyliśmy nieśpiesznej atmosfery porannej w małej, niemieckiej miejscowości i dojechaliśmy na dworzec kolejowy. Neubukow, z którego postanowiliśmy podjechać do Rostock, miał dworzec i połączenie kolejowe, a my wiedzieliśmy już dość dokładnie ile kilometrów musimy przejechać żeby znaleźć się na dworcu kolejowym w Świnoujściu. No i wyszło nam na to, że najlepiej będzie skrócić dzisiejszą trasę o te 35 kilometrów. W okolicach Stralsund bowiem, gdzie chcieliśmy dzisiaj dojechać, nie za bogato było z kempingami.

Spanie na dziko w Niemczech nie jest tak proste jak w Skandynawii, bo może skutkować nieprzewidzianymi opłatami, czyli mandatem. Generalnie Niemcy z racji swojego zamiłowania do porządku, chętniej poinformują policję, że „jacyś obcy na rowerach rozbili namioty pod lasem” czy gdzieś. A w Niemczech w każdym landzie (jak u nas województwa) są inne przepisy regulujące spanie na dziko. Generalnie spanie na dziko bardziej jest zabronione niż dozwolone. Z perspektywy przeciętnego Niemca w ogóle pytanie „czy możemy rozbić namioty na jedną noc na Pana polu, albo w ogródku” najczęściej skutkuje odpowiedzią – „ale po co? 30 kilometrów dalej jest kemping!” Także nie chcąc tracić czasu na szukanie miejsca w trybie „niewidzialni” ani ryzykować, że ktoś na nas doniesie i będziemy musieli się gdzieś tułać po nocy, postawiliśmy na pewność noclegu na kempingu.

Bilety na pociąg kupiłem przez aplikację DB (Deutsche Bahn). Jest możliwość zapłacenia kartą Revolut. Bilety na nas dwóch z rowerami wyszły razem 25,30 EUR, czyli jakieś 55zł za osobę. Przyjechał taki szynobus, jakich u nas na Podkarpaciu jest sporo. Niestety ludzi sporo, więc musiałem stać z rowerem a na każdym przystanku się przestawiać, bo drzwi otwierały się a to z jednej strony, a to z drugiej. Na szczęście nikt nie marudził, że zawadzam. Ale też nie miał ku temu powodów, bo miejsca dedykowane dla rowerów były zajęte przez rodziny z dzieciakami, które robiły sporo harmindru.

Jadąc przez Rostock doszedłem do wniosku, że to ciekawe, jak zmienia się zachowanie kierowców samochodów względem rowerzystów w zależności od kraju przez który jechaliśmy. Norwegia – wzorowo! Wręcz zaryzykowałbym twierdzeniem, że czułem się tutaj bezpieczniej niż w Szwajcarii! Jako przykład niech posłuży sytuacja, gdy ścieżka rowerowa kończyła się po lewej stronie jezdni i zaczynała po prawej. Wówczas jest przejazd dla rowerów a na jezdni w miejscu tego przejazdu jest wzniesienie plus oznakowanie „uwaga rowerzyści”. Ja nie zdążę nawet dojechać do tego przejazdu i skręcić w prawo, by upewnić się, czy mogę przejechać przez jezdnię, a już widzę, że zarówno auta jadące z naprzeciwka jak i te które jadą prawym pasem w tym samym kierunku co ja zwalniają. Ja nawet nie musiałem sprawdzać, czy mogę przejechać, bo auta się zatrzymywały dając mi taką możliwość. W każdym przypadku takiego przekraczania jezdni widziałem, że kierowcy samochodów traktują mnie niemal jak „świętą krowę” i zawczasu dają mi możliwość przekroczenia jezdni. W każdym przypadku, gdy jechałem jezdnią, czułem się bezpiecznie! W Szwecji było bardzo podobnie plus niemal bliźniacze rozwiązania drogowe, przejazdów pod jezdnią, po jezdni, ronda itp. Mała różnica polegała na lepszym dopracowaniu najazdów i zjazdów z chodnika na jezdnię i z jezdni na chodnik. Ale już kierowcom częściej się zdarzało, że blokowali ścieżkę rowerową próbując włączyć się do ruchu (w Norwegii – nie do pomyślenia! Jak tylko widzieli, że zbliża się rowerzysta, cofali auto, żeby nie zablokować ścieżki), nie zawsze dawali mi jako rowerzyście włączyć się do ruchu, czy uważali na rowerzystów na rondach. W Danii, poza Kopenhagą było jeszcze gorzej niż w Szwecji, porównując do Norwegii. Ale niemieccy kierowcy, to już moim zdaniem jeżdżą niemal identycznie jak Polacy. Świetnie się o tym przekonałem w sytuacji, gdy wyjeżdżaliśmy z drogi podporządkowanej i musieliśmy się włączyć do ruchu na ruchliwej trasie. ŻADEN, ale to żaden kierowca nawet nie zwolnił, by dać nam szansę się włączyć do ruchu. W Norwegii w analogicznej sytuacji, kierowcy się zatrzymywali, by dać nam przestrzeń do wykonania manewru i jechali długo za nami zanim było na tyle bezpiecznie by nas wyprzedzić. W Niemczech, tak jak w Polsce nikt się z rowerzystami nie cacka. Trochę jakby rowerzyści byli złem koniecznym. Niemieckich kierowców wkurza, że rowerzyści jadą „ich” drogą zamiast piaszczystą ścieżką przez pola, bo tam powinno być ich miejsce, ale „skoro już tą drogą jadą, to uprzejmości nie będzie”. Raz nawet zniecierpliwiony TIR jechał za mną i nie bardzo miał jak mnie wyprzedzić, to zniecierpliwiony huknął mi klaksonem. To był bardzo głośny i duży klakson tuż za mną! Aż podskoczyłem zlękniony nagłym hukiem! Zatrzymałem się, spojrzałem na tego kierowcę, o co mu chodzi, a ten gestykulował rękami, jakby pedałował… Czyli że w jego odczuciu za wolno jechałem? No zupełnie jak w Polsce! 🙂

Rostock, to jedno z większych miast w tej części Niemiec. Bliżej portu i wody coraz bardziej przypominający wyglądem nadmorskie kurorty w Polsce typu Świnoujście, Kołobrzeg. Sporo ludzi, a szlak rowerowy poprowadzony w dużej mierze chodnikami gdzie pieszych było sporo. Musieliśmy więc lawirować między nimi.

Za Rostock droga którą jechaliśmy wiodła przez lasy wzdłuż wybrzeża. Czasem utwardzona ścieżka, czasem asfalt po wałach przeciwpowodziowych, bardzo przyjemnie. Ale to też dla mnie ciekawe – u nas wzdłuż wybrzeża gdy jechałem dwa lata temu i wcześniej, nie widziałem, by były wały powodziowe wzdłuż wybrzeża. Tutaj są. Zachodzę w głowę, w jakim celu? Ta ścieżka pieszo-rowerowa po wale była łudząco podobna do szlaku Odra-Nysa, którym to szlakiem jechałem dwa lata temu wzdłuż granicy polsko-niemieckiej. Z tą różnicą, że tutaj o wiele więcej było ludzi. I to nie tylko pieszych, ale też rowerzystów. Głównie emerytów, jak sądzę po ich wieku. Co chwilę przez tą ścieżkę przechodzili ludzie z tobołami, leżakami i lodówkami turystycznymi na plażę i z plaży. Nie dało się więc jechać zbyt szybko, bo ruch na to nie pozwalał. Gdy jednak szlak zmienił się z ścieżkę przez las, zrobiło się luźniej i przyjemniej. Dzisiaj bowiem było naprawdę ciepło, by nie rzec, że gorąco! Słońce piekło, więc cień lasu był co najmniej pożądany.

Oj kusiła pogoda, by stanąć na chwilę i wykąpać się w morzu, kusiła! Niestety nie mieliśmy wystarczająco czasu na relaks w wodzie. Mimo to przystanęliśmy na trasie na chwilę, bym mógł wypuścić na chwilę chociaż dronka – Bronka. Bronisław dzielnie walczył z dość silnym wiatrem i udało mu się coś ponagrywać. W perspektywy dronka łatwiej było dostrzec, że wzdłuż wybrzeża bardzo dużo jest takich malutkich drewnianych domków. Są one w pasie pomiędzy większymi domami a wydmami i plażami. Z tego co się zorientowałem, to po prostu takie domki, żeby można było przyjść z plaży, odpocząć od słońca, przebrać się, czy schować akcesoria plażowe. Morze, plaża, wydmy – wszystko to wygląda zupełnie tak samo, jak u nas w Polsce. Coś czuję, że kiedyś przyjadę tu na wakacje. A dlaczego tutaj a nie w Polsce? Bo mniej ludzi, nie ma parawanów, a przynajmniej nie ma ich tyle, co w Polsce i jakoś tak porządek większy, mniej takiej bazarowej przaśności, hałasu, spokojniej. Chciałbym się przekonać, czy pierwsze wrażenie jest słuszne, czy to tylko pozory.

Koło 16, gdy dojechaliśmy do miejscowości Barth, postanowiliśmy zatrzymać się na coś ciepłego do jedzenia. Przejechaliśmy przez okazałą bramę, pooglądaliśmy małe domki stojące w szeregu w starej części miasta otoczonej murami tworzącymi owalny kształt aż zatrzymaliśmy się w restauracji Il Fornaio. Zamówiliśmy pizze. Niestety ani Pan właściciel, ani Pani właścicielka nie okazali nam chociaż życzliwości. No cóż, dwóch spoconych gości w obcisłych ciuchach z lycry nie wygląda im na takich, co mogą zostawić więcej pieniędzy niż rodzina z dziećmi. Pizza była średnia, radler pyszny, a obsługa słaba, więc o napiwku mogli zapomnieć (a lubimy nagradzać napiwkami). Pojechaliśmy więc dalej.

Zaczęło mocno wiać. Na szczęście bardziej z boku – od morza, niż w pysk, ale jednak. A że coraz więcej było otwartych przestrzeni, to i odczuwanie tego wiatru się spotęgowało. Na wiatr jednak nie narzekali kompletnie ludzie, którzy w zatoce, którą mijaliśmy, pływali na kajtach (kite – krótka deska i latawiec na uprzęży). Ci to dopiero mieli używanie! Niektóre ewolucje, które wyprawiali w powietrzu były doprawdy imponujące!

Słońce pomału zaczęło zachodzić, a my jechaliśmy przez płaskie, otwarte przestrzenie wygodnymi ścieżkami rowerowymi po lewej mając zatokę Barther Bodden a po prawej łąki, pola uprawne. Wiatr już nam nie przeszkadzał, mimo że nie zelżał, gnaliśmy do celu. Minęliśmy rezerwat ptaków i Opcio wypatrzył klucze najprawdopodobniej kaczek, czy gęsi. Dojeżdżaliśmy do Prohn.

Przy trasie zauważyłem noclegi w prywatnym domu. Zatrzymaliśmy się chcąc sprawdzić, czy byłaby opcja spania pod dachem. Niestety nie. Właściciel – koło trzydziestki, hodowca psów, ogromnych pitbulli próbował nam pomóc zagłuszany przez szczekające i groźnie wyglądające przez okno psy. Powiedział, że w centrum Prohn jest gościniec, „Gasthaus Zur Kurve” i może tam? Ruszyliśmy w tym kierunku. Na skrzyżowaniu dróg sprawdziliśmy jednak, że opinie są bardzo słabe, a i nazwa nam Polakom jakoś tak nieszczególnie dobrze się kojarzy, więc jednak pojechaliśmy na kemping.

Gdy dojechaliśmy na miejsce była już szarówka. W recepcji nie było już nikogo, więc Opcio zadzwonił do obsługi. Ja w tym czasie zacząłem się rozglądać. Kemping jakiś taki – nieszczególny. Pośrodku ogrodzonego pola obok firmy zajmującej się transportem kruszyw, stał budynek w którym były sanitariaty, jadalnia z kuchnią. Na polu kamery monitoringu, jakieś hotspoty od internetu. Kilkanaście samochodów, kilka motocykli i koło 10 rowerzystów. Oczywiście my przybyliśmy jako ostatni. Już wszyscy dawno byli porozbijani i pomału zbierali się do snu. Właścicielka kempingu powiedziała, żebyśmy się rozbili gdzie chcemy i jutro się rozliczymy za nocleg. Włączyliśmy czołówki i rozbiliśmy namioty obok innych rowerzystów. Był punkt z prądem i wtedy po raz pierwszy w trakcie całej wyprawy przydała się przejściówka kempingowa, którą mam od czasu wyprawy ze Szwajcarii do Barcelony. Taka przejściówka z trzybolcowego złącza kempingowego – jak do przyczepy kempingowej czy kampera na dwuwtykową żeńską, jakie mamy w Polsce. Podpięliśmy więc do ładowania elektronikę, wykąpaliśmy się pod ciepłym prysznicem i usiedliśmy w kuchni kempingowej, by zrobić ciepłą kolację. Było już dość późno gdy w końcu położyliśmy się spać.

Dzisiaj zrobiliśmy sporą trasę! Ślad GPX na Strava możecie zobaczyć i pobrać TUTAJ
A ja dziękuję Wam za uwagę i zapraszam już na relację z 14, ostatniego dnia jazdy rowerem tegorocznej wyprawy już niebawem.

Piotr

Zostaw komentarz