Poranki przy spaniu na dziko mają swój urok. Mieliśmy fajny widok na rzekę. Problemem jest może kwestia toalety. Samo mycie się w rzece, to nie problem. Jednak nie tylko dla mnie brak ubikacji stanowi pewien dykomfort. Jeśli chodzi o „dwójkę”. Na szczęście wczoraj zaopatrzyłem się w mokre chusteczki, więc jakoś się da. Mam wrażenie, że poza tym, że niewygodnie jest robić i jeść śniadanie gdy siedzi się na ziemi, to pakowanie się jakoś tak dłużej schodzi niż na kempingu. Musieliśmy tylko poczekać, aż namioty nam przeschną na słońcu.
Zacząłem się ubierać i gdy doszedłem do skarpetek znów zaswędziała mnie prawa stopa. Gdy się przyjrzałem dokładniej, oniemiałem! Ponieważ komary pogryzły mnie w różne części ciała, to na stopie na wierzchu jej części sądziłem, że po prostu od drapania zdarłem skórę i zrobił się strupek. Zwłaszcza przy jeździe w butach SPD rowerem może tak być. Od dwóch dni jednak starałem się nie drapać strupka, żeby się nie wdało zakażenie. Okazało się jednak, że od dwóch dni jedzie ze mną bez mojej wiedzy i zgody pasażer na gapę! KLESZCZ!

Nie przypominam sobie, żebym wcześniej złapał kleszcza, więc dla mnie ten widok był bardzo ciekawy. Koleś wbił się ryjem w moją skórę, wystawił dupsko i macha sobie łapami. Na szczęście nie jechałem sam, więc pomógł mi Tomek, który miał specjalną pęsetę do usuwania kleszczy. Zalałem skubańca płynem odkażającym, ale nie chciał wyjść. Machał mi tylko łapami, jakby chciał mi pokazać gest Kozakiewicza. Jednak z pęsetą Tomka nie wygrał. Proszę, oto brzydal:

Zdezynfekowana stopa troszkę spuchła i bolała, no ale trzeba było jechać. Miałem tylko nadzieję, że but nie będzie zbytnio obcierał a opuchlizna zejdzie.


Znów wróciliśmy do monotonii szlaku rowerowego na wale. Dzisiaj w odróżnieniu do wczoraj, wiatr wiał mam w twarz albo w bok. W takich sytuacjach lepiej jest jechać drogą techniczną poniżej wału, bo siła wiatru jest mniejsza. Na tym odcinku nie ma już knajpek przy trasie, gdzie emeryci szlakiem na swoich elektrycznych rowerach przystają na kawę czy obiad. Kompletny brak knajp. Szkoda, bo kawkę czy coś zimnego dobrze by było wypić w ramach przerwy. Po prawej rezerwaty ptaków przy brzegu rzeki, po lewej bezkres pól. Pszenica, kukurydza, słoneczniki. Czasem jakaś zabudowa gospodarcza, czy rybacka. Wzdłuż szlaku na szczycie wału od strony rzeki na całej długości rozciągnięta jest siatka pod napięciem – elektryczny pastuch. Po drugiej stronie wału od strony pól z kolei oddalony o kilka metrów od drogi technicznej płot z umieszczonymi gdzieniegdzie bramkami zamykanymi i tabliczkami na nich o epidemii afrykańskiego pomoru świń. Jadąc rowerem co jakiś czas musieliśmy otwierać taką bramę i zamykać ją za sobą. Droga szła nam całkiem sprawnie, bo słońce schowane za chmurami, które groziły nam cały czas że nas zleją.


Dojechaliśmy do Hohenwutzen, gdzie jest most łączący to miasto z Osinowem Dolnym (przed Cedynią). Tak chcieliśmy się dostać na popas.



Niby przekroczyliśmy granicę i byliśmy już w Polsce, ale nadal wszystkie napisy były po niemiecku. Jeden z Tomków zjechał w pośpiechu do McDonald’s, ale reszta zachęciła go do przejechania na drugą stronę i coś z grilla raczej.
To co było właśnie po drugiej stronie drogi wyglądało jak połączenie deja vue, fatamorgany albo wehikułu czasu. Wjeżdżając tam przenieśliśmy się w czasie do lat 90-tych i czasów raczkującego kapitalizmu. To po prostu bazar z tamtego okresu. Nawet towary się zbytnio nie zmieniły. Gdzieniegdzie stoiska z muzyką z których leci dyskotekowe badziewie na pełny regulator. A dalej „strefa gastro” z daniami już ułożonymi pod gusta mało wymagającego Niemca: solianka (bardzo to dla mnie ciekawe dlaczego akurat ta zupa w Polsce), bigos, schabowy, pierogi i temu podobne. Wszędzie napisy po niemiecku, ceny w euro. Gdy spytałem po polsku (a wszędzie dociera do mnie tylko język niemiecki naokoło) w jednej „imbiss” (czyli bar), „gdzie znajdę menu po polsku z cenami w złotówkach”, to ekspedientka nie wiedziała co mi odpowiedzieć… W innych imbiss (dlaczego nie nazwali tego po polsku bar?) odpowiedź była ta sama – nie ma polskiego menu, a co pan chcesz? Ceny w złotówkach panie wymyślały na poczekaniu, bo wszystko w euro.
Tymczasem myśmy byli głodni.


Jako że nie znaleźliśmy żadnych „obiadów domowych u Mamy/Taty/Babci/Dziadka” (niepotrzebne skreślić) to zaczęliśmy pytać po kolei w tych przybytkach o zestawy obiadowe. Zwyczajnie po wczorajszej pysznej wyżerce w „Do syta” chłopaki się rozochocili i chcieli coś podobnego. Okazało się, że nie ma takich zestawów. Ja wziąłem więc schabowego z talarkami ziemniaczanymi, surówką i colą. Powiem Wam, że kotlet był wizualnie spory, ale całość nie zachwyciła mnie szczególnie… Cena była raczej na niemiecki portfel. Z tego względu mam opory przed poleceniem tego miejsca.
Dziwna to enklawa, w której mimo iż jestem w Polsce, to wszystko jest po niemiecku, nie ma polskich napisów, menu, cen… Ale jak się rozejrzeć, to jednak widzę retrospekcję bazaru z lat 90-tych. Bardzo to dziwne. Miejsce to nazywa się „Polenmartk Hohenwutzen” a jest tuż przy granicy z Niemcami w Osinowie Dolnym.
Wróciliśmy na szlak. Mieliśmy już blisko do Schwedt i daleko do Gryfina. Ja celowałem w Schwedt z campingiem w mieście przy porcie. Do Gryfina było po prostu za daleko. Wszak już w ubiegłym roku podjąłem decyzję o skróceniu dystansów do max 100 km, by mieć więcej wypoczynku w tej jeździe i na luzie łykać km.
Dojechaliśmy do campingu o 18:05. A recepcja do 18:00. Zamknięta.
Na szczęście pojawiła się Pani recepcjonistka jeszcze. Kemping za osobę z namiotem 12€. Żelu powiedział że zostaje i poszedł powiedzieć chłopakom o cenie, gdy ja zostałem spisać swoje dane by zostać.
Żelu wrócił i powiedział, że chłopaki pojechali dalej się gdzieś rozbić na dziko. OK… Skoro lubią… Myśmy woleli prysznice, toalety, ławę ze stołem, by normalnie usiąść i coś zjeść. Rozbiliśmy namioty, rozpakowali i usiedli zrobić kolację, a w tym czasie pojawił się Niemiec (chyba Jürgen), z którym widzieliśmy się na campingu u Dziadka, gdy była ta wielka ulewa i burza w nocy. Dwa dni temu. Byłem zaskoczony, bo on twierdził, że przejechał z Żoną 50- kilka km i 70- kilka km, podczas gdy my robiliśmy o wiele więcej i spotkaliśmy się w tym samym kempingu. Wyszło na to, że ta różnica w kilometrach bierze się z tych naszych ciągłych wycieczek do sklepów i na obiady na polską stronę.
Później jeszcze rozmawialiśmy z niemiecką rodziną, która się rozbiła obok nas, ale o tym już w następnej relacji.


TUTAJ możecie zobaczyć ślad z przejechanej przez nas trasy.
A już w następnej relacji o rozdzieleniu się naszej grupy i jak dojechaliśmy do Polski. Czy byliśmy z tego powodu zachwyceni?
Jak sądzicie? Dziękuję Wam za uwagę.
VLQ on Tour
