Po urodzinach Żela wstaliśmy później. A przynajmniej ja. Kemping forest był tak kiepski, że nie mieliśmy ochoty dłużej tutaj zabawić. Spakowaliśmy więc manele, zjedliśmy śniadanie, wypili kawę i ruszyliśmy na wschód, bo „tam musi być jakaś cywilizacja” przecież, no nie?
Z Międzyzdrojów szlak EuroVelo 10 biegnie przez lasy Wolińskiego Parku Narodowego zygzakami. To ubita leśna ścieżka z wystającymi korzeniami. Nierówna i z uskokami.

Ma oczywiscie swój urok, ale… no właśnie. O co mi chodzi? Nasza wyprawa jest idealną jeśli chodzi o porównanie wykonawstwa ścieżek rowerowych niemieckich i polskich. W Polsce realizację tworzenia lub modernizacji ścieżki realizuje gmina lub województwo. Dlatego jeśli szlak biegnie przez wiele województw czy gmin, widać jest wyraźnie różnice w jakości szlaku i towarzyszącej mu infrastruktury. W Niemczech w większości wypadków szlak wygląda tak samo na całej jego długości. Infrastruktura towarzysząca jest niezbyt rozbudowana. Zaryzykował bym twierdzenie, że wzdłuż GreenVelo na przykład tych MORów mamy o wiele więcej niż Niemcy. Ale już wzdłuż EuroVelo10 MORów nie ma zbyt wiele. Nie są też oznakowane. Oznakowanie szlaku zaś jest bardzo przyzwoite. Kilka sytuacji jak dotychczas wymagało sięgnięcia po nawigację.




Od Międzywodzia do Dziwnowa były to głównie ścieżki rowerowe wzdłuż drogi, asfaltowe lub z kostki brukowej, ewentualnie odcinki drogowe.

Robiliśmy dość częste postoje, bo nie mieliśmy się gdzie spieszyć. I dobrze! W Dziwnowie poszliśmy na plażę. Zachciało nam się kawy a mnie loda, więc poszedłem z Tomkiem kupić te rzeczy. Musieliśmy wyjść aż do głównej drogi, bo jak raz nie było nic blisko. Poczekaliśmy w kolejce i już z ławami i lodem wróciliśmy na plażę. A tu Żela nie ma… No tak… Żelu plus woda, to „Żelu-we-wodzie”. Zdążył się przebrać i pójść do morza! Odpoczęliśmy trochę i ruszyliśmy dalej. Żelu się przebrał oczywiście. Żebyście nie pomyśleli, że w kąpielówkach pojechał dalej…




Trochę szlakiem, trochę drogą 102 jechaliśmy w pełnym słońcu ani przez chwilę nie marudząc, że grzeje. Mieliśmy dość deszczu, a niestety prognozy były kiepskie. W kierunku Kołobrzegu i Trójmiasta szły potężne burze grożące oberwaniem chmury, gwałtownymi opadami nawet z gradem. Śledziliśmy cały dzień jak to się zmienia i wychodziło na to, że jeśli dojedziemy do Kołobrzegu, to już o 17 może być kiepsko. Wybraliśmy Rewal, który burza może minąć jakimś cudem. Nie dalej.



Dość szybko zleciała droga do Rewala. Dobrymi drogami i ścieżkami wzdłuż drogi. W Rewalu zatrzymaliśmy się na obiad. Dwa mielone z ziemniakami i surówką, to było to czego potrzebowaliśmy. Ale nie zdążyliśmy dobrze usiąść w restauracji, a już zaczęło padać. Schowaliśmy za zgodą obsługi rowery do środka, zjedli i przeczekali deszcz. Szukaliśmy kempingu w Rewalu na telefonach i Żelu wyhaczył coś co się nazywa „Zapach Morza”. Wszystko o co spytaliśmy mieli, więc wiedzieliśmy, że tam się kierujemy. Ruszyliśmy.


Po drodze była Biedronka. Musieliśmy kupić jedzenie na kolację i śniadanie. Faktem jednak jest, że zaczęło się coraz ciemniej robić od chmur napływających od południa gdy dojeżdżaliśmy do tej Biedronki. Gdy zrobiliśmy zakupy, zerwała się wichura i mieliśmy świadomość, że jest kiepsko. A mieliśmy tylko jakieś 2,5-3 km! Włączyliśmy światełka i ruszyliśmy szybko na kemping. Już 100 m od sklepu zaczęły spadać pojedyncze duże krople. Po kolejnych 200 m zaczęło padać. A chwilę później rozszalała się burza z ogromną ulewą.

Pędziliśmy jak poparzeni na kemping. Żelu na przedzie, bo nawigację do miejsca miał włączoną, za nim Tomek i ja. Gnaliśmy co sił w nogach, a woda zalewała mi oczy. Byłem całkiem mokry i przestawało to mieć już znaczenie. W pewnym momencie Żelu gwałtownie skręcił ze ścieżki rowerowej. Tomek krzyczał do niego, czy to tu, ale odpowiedzi nie słyszałem. Oni schowali się pod jakimś dachem restauracji, a ja zobaczyłem znak camping. Skręciłem tam, ale zobaczyłem, że chłopaki się ruszają, więc wróciłem do nich niepewny, czy może jadą gdzieś dalej?
Okazało się, że schowali się przed ulewą pod dachem sycylijskiej restauracyjki na powietrzu. Dołączyłem do nich. Wyszło na to, że dobrze trafiliśmy, bo restauracyjka jest córki właścicielki kempingu. Czekaliśmy aż deszcz przestanie tak strasznie lać. Hektolitry wody gwałtownie targane podmuchami wiatru spadały na ziemię zamieniając ją w wielkie kałuże. Ziemia nie była w stanie wchłonąć tak szybko tego co na niej gwałtownie się pojawiało z chmur. Rozmawialiśmy z właścicielami restauracyjki „A casa mia”. Okazało się, że to małżeństwo Polki i Sycylijczyka z Palermo. Robią tu tradycyjne sycylijskie specjały w oparciu o składniki nierzadko sprowadzane z Włoch, bo nie są one dostępne w Polsce. Gdy deszcz trochę zelżał, obiecaliśmy wrócić na jedzenie i podjechaliśmy do kempingu obok.

To bardzo przyjemny nieduży rodzinny kemping. Ma wszystko co potrzeba. Poczekaliśmy jeszcze trochę aż ziemia trochę bardziej wciągnie kałuże. Ja trochę marzłem. Ostatecznie rozbiliśmy namioty, wykąpaliśmy, przebrali i poszliśmy do Casa mia. Zjedliśmy sycylijski specjał którego nazwy nie jestem w stanie sobie przypomnieć, ale wygląda tak:


Ponieważ już tylko lekko mżyło, poszliśmy do Żabki pół km dalej po 0,2 l Jim Beam i bezalkoholowe dla Tomka i tak uczciliśmy ostatecznie wieczorem 44 urodziny Żela. Późno położyliśmy się spać licząc na to, że więcej nie będzie padać.


A już w następnej relacji o krótkiej trasie do Kołobrzegu, gdzie Chłopaki kończą swoją wyprawę
TUTAJ możecie zobaczyć ślad GPX w Stravie
Dziękuję Wam za uwagę!
VLQ on Tour
