Dzień 8 Halmstad – Helsingborg

Gdy szliśmy na śniadanie rano, wciąż jeszcze padało. Niezbyt mono już, ale jednak. Wybór opcji co zjeść była spora, więc jedliśmy po trochę wszystkiego. Jajecznica z bekonem, bułeczki z wędliną, serem żółtym, kawą, soki, jakieś ciasteczka do kawy. Ładowaliśmy się węglowodanami, bo nie wiedzieliśmy jak wyjdzie dalej na trasie. Czy będzie co zjeść na ciepło? Czy nie? Czy będą po drodze sklepy w których da się kupić coś co nam będzie pasowało do zjedzenia, czy trzeba będzie zjeść cokolwiek, byleby mieć energię na jazdę dalej? I w końcu pytanie na dzisiaj, czy jakimś cudem ominą nas deszcze, czy będziemy zmuszeni jechać pomimo opadów? Na takich wyprawach nie da się przewidzieć tak wielu czynników, że jeżeli tylko możemy cokolwiek zrobić, dokonać jakichkolwiek wyborów, by podróż sobie ułatwić, albo wyeliminować jakikolwiek potencjalny problem, to trzeba tak zrobić.

Dzisiaj naszym celem jest dojechać do końca naszego szlaku w Szwecji, czyli do promu w Hellsingborgu. Stamtąd promem można się z rowerami dostać do Danii i kontynuować podróż dalej na południe. Wczoraj wieczorem zobaczyliśmy nieco Halmstad nocą, a dzisiaj zaczęliśmy od krótkiej rundki po starej części tego miasta.

Przejechaliśmy przez most i mogliśmy kontynuować dalszą trasę. Mignęli mi tylko rowerzyści z sakwami, którzy pognali dalej, gdy my jeszcze pstrykaliśmy zdjęcia. Jak się okazało, gdy już wyjechaliśmy z Halmstad, dojechaliśmy do nich i wyprzedzili. Para na rowerach obładowana sakwami. Gdy po 20 km zrobiliśmy krótką przerwę, znów się z nimi minęliśmy. Tym razem Opcio pognał do przodu, a ja zrównałem z nimi, by zamienić kilka zdań. Rozmawialiśmy jadąc razem przez kilka kilometrów. Para z Francji, która podobnie jak my jedzie szlakiem Kattegat z Północy na Południe. Robią przebiegi dzienne na poziomie około 60 km i nocowali gdzieś w Halmstad. Gdy słyszeli, że my z Opciem chcemy dzisiaj dojechać do Helsingborgu, byli zdziwieni, bo im się to wydawało dużą odległością. Oni planują jechać dalej na południe Szwecji cały czas szlakiem rowerowym, a docelowo wrócić do Francji. Życzyliśmy sobie wzajemnie bezpiecznej podróży i w końcu może korzystnej zmiany kierunku wiatru, który na otwartych przestrzeniach dawał nam wszystkim popalić. Przyśpieszyłem i zostawiłem ich w tyle.

Na rowerowym szlaku Kattegat mijaliśmy naprawdę dużo turystów rowerowych. Myślę tutaj o takich ludziach, którzy mają cały majdan w sakwach, a nie że tylko jadą do pracy, na zakupy, czy robią „rundkę wokół komina” – jednodniową. Najczęściej jeżdżą parami, czasem w grupach rodzinnych – cztery, czy pięć osób, czy kilku kolegów, czy koleżanek. Najmniej jest rowerzystów z przynajmniej czterema sakwami, którzy jadą samotnie. Widać po nich, że w trasie są od dłuższego czasu niż tydzień, ale co ciekawe – niemal każdy z takich mijanych samotników uśmiechnie się od ucha do ucha, głośno pozdrowi gdy go mijam i również krzyknę „Hi”, czy „siema”. Minąłem tak kilku Polaków. A po czym poznałem? Polska flaga na tylnym bagażniku, koszulka z kotwicą Polski Walczącej, czy innym motywem Żołnierzy Wyklętych, tudzież Husarii, albo odpowiedź po polsku „cześć, siema!”. Jadących w naszym kierunku było zdecydowanie mniej turystów. Zapewne wynika to w dużej mierze z takiego tylko wrażenia, bo nie jechaliśmy najwolniej, ale też zbyt wielu nie udawało nam się wyprzedzić.

Na naszej dzisiejszej trasie mieliśmy jeden większy podjazd. Dość specyficzny, bo mocno wyciągnięty w długości. Krótko mówiąc, nie była to ściana z jakimś ogromnym kątem nachylenia, tylko jednostajnie w małym kącie długi podjazd, który na nawigacji wyglądał na duży. Zanim jednak do niego dojechałem, okazało się, że nie leci on szlakiem Kattegat, a jest jednym ze skrótów, które na dzisiaj zaplanował Opcio. Szkopuł w tym, że ja po skończeniu rozmowy z Francuzami nie mogłem zrozumieć, co sugeruje mi nawigacja Garmina i poleciałem nieco dalej. Mój Garmin Explore 2 zgłupiał i zaczął przeliczać nową trasę, co trwało bardzo długo i w tym czasie nie pokazywał mi, gdzie ja mam jechać. To nie była pierwsza taka sytuacja. Niestety zdarzało się to dość często, zwłaszcza w pierwszych dniach, gdy ja się dopiero przyzwyczajałem do sposobu nawigacji mojego nowego Garmina. Trochę nerwów mnie to kosztowało. Opcio był gdzieś daleko z przodu, bo pogonił kilkanaście minut wcześniej i tym razem nie czekał na mnie przed zjazdem ze szlaku przez ruchliwą drogę na skrót. Musiałem do niego zadzwonić. Dopiero gdy mi wyjaśnił, że muszę wjechać na jezdnię i z niej skręcić między salonami samochodowymi w wąską asfaltową niepozorną uliczkę, udało mi się wrócić na trasę.

W ten sposób wjechałem na ciekawą ścieżkę rowerową w Bastad. Po kilkunastu minutach podjazdu zamajaczyła mi na wzniesieniu stacja kolejowa Bastad. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w miejscu gdzie były niegdyś tory kolejowe, szła ścieżka pieszo – rowerowa. Wygodna, asfaltowa. A w budynku dworca kolejowego obecnie jest kawiarnia. Zaś na peronie wisiały pod zadaszeniem hamaki, stały ławeczki i stół. Wszystko zachęcało, by tu się zatrzymać na kawę i zrobić sobie przerwę od pedałowania. Musiałem jednak jechać dalej, bo wiedziałem, że gdzieś tam – pewnie na szczycie tego podjazdu stoi i czeka na mnie Opcio. Nie chciałem, żeby tracił czas zbyt długo, więc jechałem dalej. Podjazd nie był wymagający. Jak się domyślam, jego nieduży kąt nachylenia wynikał z tego, że było to dostosowane do możliwości podjazdu kolei – takiej zwykłej, a nie zębatej, jak to widziałem na przykład w Szwajcarii, w miejscach, gdzie kolej musiała się wdrapać w Alpach na dość dużą wysokość. Jechało się tym byłym torowiskiem przyjemnie, bo w lesie, więc słońce nie grzało tak bardzo, a całość była osłonięta od wiatru. Miejscami droga wiodła tunelami wydrążonymi, czy może właśnie wysadzonymi w skałach. Przyjemny odcinek. No i wreszcie dołączyłem do Opcia.

Im dalej było na południe, tym bardziej wybrzeże Szwecji przypominało nasze polskie wybrzeże bałtyckie. Piaszczyste plaże, porośnięte roślinami wydmy, często w kolejnym pasie laski. I jechaliśmy tak dalej i dalej mijając coraz to więcej murowanych coraz to większych domków. Jeśli już były to tradycyjne drewniane domki, to najczęściej miały dachy ze strzechy, często też w formie zielonych dachów, czyli takich, które porośnięte były roślinami. Widzieliśmy też, że to jakaś ekologiczna forma zastępowania dachów pokrytych eternitem, bo i takie się zdarzały, a widzieliśmy też domy, na których eternitowe pokrycie było wymieniane właśnie na strzechę.

Po godzinie 15 była już najwyższa pora na obiad. Ponieważ wiedzieliśmy, że o tej porze dojedziemy do większej miejscowości, czyli Ängelholms, to szukaliśmy czegoś do zjedzenia tutaj. Ale też nie chcieliśmy zbyt dużo czasu poświęcać na ten postój, więc Opcio znalazł „Kebab u Kemala”. Pojechaliśmy tam. Blisko centrum i szlaku, więc nie musieliśmy daleko odjeżdżać. Kemal okazał się być dużym, misiowatym przesympatycznym, pomimo groźnego wyglądu gościem. Niestety nie mówił po angielsku. Ale z uśmiechem spytał się, czy „Deutsch?” Coś tam pokaleczyłem po niemiecku, ale się dogadaliśmy. Powiedział, że przyjechał z Niemiec, ale pochodzi z Turcji. Na pytanie, czy jest Turkiem, zareagował zdecydowanie „nie! Jestem Kurdem!”. Ale temat Kurdów, to zupełnie inna historia, którą opiszę przy innej okazji. Kebaby przygotowywała Żona Kemala i trzeba jej przyznać, że nie szczędziła wysiłków, bo dostaliśmy ogromne rolki z dużą ilością mięsa. Bardzo to było smaczne, więc mogę Kemala polecić!

Najedzeni już i odpoczęci nieco pojechaliśmy dalej, chcąc jak najszybciej się dostać do Helsingborga a tam już na prom do Danii. Nie mieliśmy czasu, by sprawdzić w czasie jazdy, co dalej, a było to o tyle istotne, że prognozy pogody nie zostawiały nam złudzeń. Szedł na nas front oznaczający drastyczne załamanie pogody, burze, deszcze i silny wiatr. Najgorsze było to, że zaczynało się to w nocy i było bardziej niż pewne, że potrwa większość jutrzejszego dnia. Zastanawialiśmy się więc, jak rozegrać dalszą trasę. Rozważaliśmy opcję spania w Danii w schronie, na kempingu lub w hotelu w Kopenhadze. Wszystko jednak zależało od tego, kiedy uda nam się dojechać do promu i od pogody.

Do centrum Helsingborgu dojechaliśmy po 19:40. Od razu pojechaliśmy do portu, by sprawdzić na miejscu, jakie mamy opcje dostania się promem do Danii. Z tym nie było dużego problemu, bo prom kursował co godzinę. Gdy jednak po sprawdzeniu pogody, wiedzieliśmy już, że rozbijanie namiotów gdzieś w Danii prawdopodobnie będzie w deszczu, a poza tym jutro rano będziemy również w deszczu namioty mokre składać, zaczęliśmy sprawdzać opcje spania w Kopenhadze w hotelu. I tutaj wyszedł problem tego, że nie sprawdziliśmy wcześniej, jakie są koszty takiego spania w stolicy Danii. Absurdalnie wysokie! Najtańsza opcja pokoju dla nas dwóch w najtańszym hostelu była za 1100zł za noc! Spania w dormitorium wieloosobowym nie braliśmy ze względu na ryzyko, że ktoś mógłby nas okraść. Najtańszy pokój w kiepskim hotelu był za 1600zł za noc. Obłęd. Wyszliśmy więc na ławeczkę przed portem i zaczęliśmy sprawdzać inne opcje. Nagle Opcio zaproponował, że może byśmy jednak zostali na noc w Helsingborgu, bo wyglądał na ładne miasto. Hotel ze śniadaniem dało się znaleźć w centrum miasta za nieco ponad 400zł za nas dwóch. Jednak gdy Opcio posprawdzał opinie, okazało się, że to jakaś ruina i kpina. Drugi w kolejności był hotel Radisson Blue również w centrum, ale droższy. Opcio, jako spec od wyszukiwania ofert specjalnych, podłubał w telefonie jakieś pół godziny, po czym stwierdził, że najtaniej jest z jakiegoś włoskiego serwisu – ten sam pokój w tym samym hotelu Radisson, ale wychodził taniej niż gdziekolwiek na Bookingu, czy innym Kayaku. Pokój dwuosobowy ze śniadaniem w centrum Helsigborgu wyszedł nas 272,50zł za osobę i była to dla nas akceptowalna cena.

Hotel ten był nieopodal portu, więc dojechaliśmy tam szybko. Nieco nieswojo się czułem, by za radą Opcia wjechać do lobby hotelowego rowerem z sakwami, ale się przełamałem. Oczywiście ugoszczono nas wspaniale. Rowery mogliśmy zostawić w garażu podziemnym zapięte do stojaków rowerowych. Były tam rowery hotelowe, które można było nieodpłatnie wypożyczyć, ale wyglądały one na nieużywane i w słabym stanie technicznym. Po odświeżeniu się i przebraniu, ruszyliśmy na miasto. Pooglądać, zjeść coś dobrego, napić się piwa. Trafiliśmy do dobrze ocenianego bałkańskiego grilla. A z Serbami mogliśmy już po polsku spokojnie się dogadać. Wzięliśmy cevapcici w bułce. Uwielbiam te roladki wołowe! Grillowane są po prostu wspaniałe! Najedzeni, ruszyliśmy dalej.

Helsingborg sprawia bardzo przyjemne wrażenie. Jest na czym oko zwiesić. Z pewnością wygląda na starsze i bogatsze niż Halmstad z wczoraj. Widać było po starych budynkach, że w czasach kupieckiej świetności miasto to rozkwitało kilka stuleci temu. Szczególnie ciekawie wyglądały tutaj podobnie jak wcześniej w Szwecji budynki na drewnianej kontrukcji. Nie wiem jednak, czy był to tzw. mur pruski, czy konstrukcja szachulcowa. Różnica tkwi w wypełnieniu pomiędzy drewnianymi elementami szkieletu. Mur pruski, to wypełnienie ceglane, a w przypadku szachulcowego, to wypełnienie z gliny i sieczki, czy trocin, bądź podobnego materiału. Czasami takie XVII-wieczne budowle z wiekiem się deformują – przechylają, bądź też część najczęściej górna się wybrzusza. Spacerowaliśmy starą częścią miasta szukając knajpy, w której moglibyśmy się napić piwa. Niestety, ponieważ było późno, czyli po 22, to knajpy się zamykały, albo były w nich pustki. Gdy doszliśmy do fajnego baru, w którym było więcej ludzi grających w planszówki, żywo dyskutujących przy barze, stwierdziliśmy, że chcemy tutaj usiąść. Barman jednak zamiast przyjąć nasze zamówienie, powiedział, że oni już nie wydają nowych zamówień, bo powinni byli zamknąć godzinę temu. Dziwne. Wyszliśmy. Aż w końcu udało nam się usiąść w jakimś ogródku piwnym z dużymi telewizorami pokazującymi igrzyska olimpijskie.

Rozmawiając przy piwie, wymyśliliśmy plan na kolejne dni naszej wyprawy. Wiedzieliśmy, że jutrzejszy dzień będzie zdeterminowany pogodą, więc postanowiliśmy, żeby przeczekać największą ulewę w Kopenhadze. Ale o tym już w kolejnej relacji.

A póki co, dzisiaj przejechałem 108 km i ślad trasy możecie zobaczyć TUTAJ.

Dziękuję Wam za uwagę i do zobaczenia!

Piotr

Zostaw komentarz