Dzień 9 – Helsingborg – Ishøj camping

Wyspani w wygodnych łóżkach, najedliśmy się po korek śniadaniem. Hotel Radisson, to świetna jakość wszystkiego – od pokoi, przez obsługę po śniadania. Cieszyliśmy się każdą chwilą w suchym pomieszczeniu, bo wiedzieliśmy, że dzisiaj deszcz nie będzie nas oszczędzał. Za oknami ulewa. Oj, nie chciało nam się stamtąd wychodzić, ale mieliśmy świadomość, że musimy w końcu się zawijać na prom.

Zalożyliśmy kurtki przeciwdeszczowe i dojechaliśmy do budynku promu, gdzie wczoraj kombinowaliśmy jak dalej to wszystko rozegrać. Bilety kupione online. Nasz system polegał na tym, że jeden z nas kupuje i płaci Revolutem, a później dzielimy sobie to w tej aplikacji Revolut i przelewamy nawzajem środki w miarę na bieżąco, by się nie pogubić w tym, co zapłacone, a co jeszcze nierozliczone. System się sprawdza. Lepiej tak, niż, gdy każdy osobno musi robić to samo, czyli instalować aplikację, rejestracje, loginy itd. Szkoda powielać i tracić czas. No więc, mając bilety wgramoliliśmy się z rowerami windą na górne piętro portu, z którego piesi mogą wchodzić na pokład. I wtedy podeszła do nas młoda dziewczyna z obsługi portu i po angielsku zwróciła nam uwagę, że tutaj nie można z rowerami. Na pytanie, jak mamy wobec tego dostać się na prom, powiedziała, że musimy objechać prom – tak samo jak byśmy jechali samochodami i w ten sposób dostaniemy się na pokład. Nie znaliśmy tych zasad, wszak pierwszy raz w życiu przeprawialiśmy się promem na rowerach… Musieliśmy zatem zagęszczać ruchy, bo czasu do odjazdu promu zostało niewiele. I znów w tym deszczu jedziemy szukając, jak to tam się dostać. W końcu znaleźliśmy wjazd i spotkaliśmy dwóch rowerzystów, którzy tak jak my również szukali sposobu, by na prom się dostać. Sprawdzenie biletów na wjeździe (piesek w okienku też nas skontrolował). W końcu dostrzegliśmy znak odpowiedniego pasa dla rowerzystów. Rampa zamknięta – wszyscy czekają. W tym jeszcze dwóch innych rowerzystów. Okazało się, że Ci pierwsi, to dwóch kumpli – jeden Szwed, drugi Holender z Amsterdamu, a ci kolejni, to dwóch Litwinów. Ja gadałem z pierwszymi, a Opcio z naszymi sąsiadami zza wschodniej granicy. Moi interlokutorzy wybrali się na wycieczkę do muzeum sztuki nowoczesnej w okolicy Kopenhagi, a Litwini jadą dookoła Bałtyku od siebie i w zasadzie niewiele już im brakuje, by wrócili do domu – została im tylko Dania, Niemcy i polskie wybrzeże.

Deszcz na szczęście już tylko kropił, więc nie było źle, aż w końcu rampa się podniosła i mogliśmy wjechać na pokład. Dla rowerów było miejsce na przodzie promu i ostatecznie było nas koło 10 rowerzystów. Zostawiliśmy rowery i poszliśmy na pokład, bo nie wolno przebywać tutaj w czasie rejsu. Rejs nie był długi, trochę padało i wiało, ale i tak woleliśmy siedzieć na dziobie – na przodzie. Gdy tylko wyjechaliśmy na ląd, od razu pognaliśmy na dworzec kolejowy, bo ulewa się zrobiła konkretna. Na dworcu zaś szybko zorientowaliśmy się, który pociąg jedzie do Kopenhagi, kupiliśmy bilety online i zapakowaliśmy do środka. Nasi koledzy rowerzyści pojechali rowerami pomimo pogody. My podjęliśmy taką decyzję, bo do Kopenhagi było z promu ponad 45 kilometrów, czyli jakieś 2,5-3 godziny w deszczu. W takiej ulewie nie miało to sensu, bo byśmy kompletnie mokrzy mieli później coś pozwiedzać w mieście, a do kempingu było dalsze ponad 30km. Perspektywy wysuszenia rzeczy na kempingu były słabe patrząc na burze i ulewy jakie się miały przetaczać przez tę część Danii dzisiaj. Dlatego pojechaliśmy pociągiem.

Wysiedliśmy na dworcu w Kopenhadze i musieliśmy przeczekać ogromną ulewę właśnie tutaj zanim na tyle deszcz zelżał, że był sens wychodzić na zewnątrz. Ruszyliśmy najpierw do pralni samoobsługowej. Powód? Deszcz i to, że musieliśmy zrobić pranie po kilku dniach i z perspektywą kolejnych kilku z niewiadomą, kiedy znów będziemy mieli taką możliwość. Ciągle obserwowaliśmy na Windy (aplikacja pogodowa), jak idą burze i wiedzieliśmy, że musimy trochę przeczekać największe ulewy. Pranie się robiło, a ja skoczyłem obok do piekarni, by kupić jakieś ciastka. Wybrałem cinnamonrolls i jakieś inne. Cena zbiła mnie z tropu, bo okazało się, że te dwa ciastka kosztowały 39 zł! Rekord! Po praniu suszenie rzeczy i w tym czasie z Opciem wzięliśmy sobie w pizzerii obok po kanapce. Taka duża kanapka z salami, pomidorem itd kosztowała 34,33 zł – trochę lepiej…

Gdy już mieliśmy jechać, jak na złość znów się rozpadało. Zelżało nieco po pół godzinie, więc ruszyliśmy. Najpierw pojechaliśmy zobaczyć rzeźbę – symbol Kopenhagi. Małą syrenkę z baśni Hansa Christiana Andersena, który niegdyś mieszkał w Kopenhadze. Sporo ludzi się kłębiło na brzegu. Każdy oczywiście chciał sobie zrobić zdjęcie bez widocznych w kadrze innych osób. Nie jest to łatwe, ale i nam się to udało. Wciąż trochę kropiło, ale ruszyliśmy w kierunku gwiaździstej twierdzy Kastellet. Twierdza jest bardzo ładnie zachowana i cały czas jest zarządzana przez duńskie wojsko, czego symbolem jest warta dwóch uzbrojonych strażników na bramie wjazdowej. Po jej przekroczeniu mamy chodniki z kocich łbów I czerwone baraki. Jest też wiatrak i pomniki. Mnie się jednak najbardziej spodobała okazała fontanna nordyckiej bogini Gefion, która orała ziemię z pomocą swoich synów przemienionych w woły…

Przejeżdżaliśmy już drugi raz przez dzielnicę Nyboder, która znana jest z długich szeregowych niewysokich domów. Mają one czerwoną dachówkę, pomalowane są na żółto i mają zielone okiennice. To budynki z XVII wieku powstałe jako mieszkania dla marynarzy Duńskiej Marynarki Królewskiej i ich rodzin. Po wybuchu w prochowni nieopodal, wiele z nich uległo zniszczeniu, ale zostały one odbudowane. A z racji rosnącego zapotrzebowania na lokale mieszkalne, początkowo parterowe budynki powiększono o dodatkowe piętro i tak zostało do dziś. Początkowo też budynki były w narodowych barwach biało – czerwonych, ale z biegiem czasu przemalowano je na obecne kolory.

Minęliśmy zamek Rosenborg, którego tylko czubek wieży mignął nam ponad murem wzdłuż którego jechaliśmy. Wyeliminowaliśmy go z listy punktów do odwiedzenia z racji biletowanego wejścia i czasu. Dojechaliśmy do Kongens Nytorv – placu otoczonego kamienicami, pośrodku którego stał pomnik Krystiana V, a który to jest tuż obok naszego kolejnego celu, czyli dzielnicy Nyhavn.

Nyhavn, czyli Nowy Port, to jedna z wizytówek Kopenhagi. To kolorowe domki i kamienice ustawione wzdłuż portowego kanału. Miejsce to istnieje od XVII wieku i początkowo było to centrum szemranych interesów, gdzie przebywali handlarze, prostytutki, pijacy i marynarze, którzy właśnie tutaj po powrocie z rejsów chcieli zaznać rozrywki. Obecnie Nyhavn jest nazywane przez złośliwych „najdłuższym barem w Skandynawii”. Sporo miejsc jest czynnych całą dobę, a ceny są horrendalne.

Statąd pojechaliśmy mostem pieszo – rowerowym podziwiając nowoczesną architekturę przez kanał w kierunku ultranowoczesnej opery. Rozpogodziło się. Słońce zaczęło prażyć. Ponoć w Kopenhadze to normalne, takie częste zmiany pogody. Być może dlatego tak wielu rowerzystów było ubranych zbyt lekko jak na deszczową pogodę podczas gdy my mieliśmy przeciwdeszczowe kurtki? Faktem jednak jest, że pogoda się zmieniła jak za pstryknięciem palcami. Wjechaliśmy do dzielnicy portowej, ale patrząc na budynki, wyglądało to raczej jak nowoczesne centrum rozrywki z pięknymi nowoczesnymi budynkami przypominającymi swoim wyglądem jakieś łodzie raczej. A budynek opery, to już ultranowocześność w takim skandynawskim stylu bardziej nawiązującym do opery w Oslo niż do tradycyjnych budowli jakie znam z innych europejskich miast, typu Wiedeń, Budapeszt, czy Berlin.

Słów parę jednak o ścieżkach rowerowych i rowerzystach w Kopenhadze. Byłem z początku zaskoczony ilością tak jednych jak i drugich! Naprawdę miałem wrażenie, że ścieżek rowerowych było więcej niż ulic. Tak jakby cały ruch miejski był skoncentrowany na maksymalnym ułatwieniu poruszania się rowerem. Samochody stoją, ale rowery na niektórych skrzyżowaniach mogą jechać. Kontrpasy dla rowerów, to był pryszcz w tych udogodnieniach. I w tym wszystkim ogromna ilość ludzi poruszających się rowerami. Myli się ten, który myśli, że większość tych rowerów, to jakieś super zabawki. Rzadko jakaś szosówka, czy innych rower za kilkanaście tysięcy złotych, czy też jakiś nowy elektryk. Najczęściej to stare kilkudziesięcioletnie rowery. Najcześciej typu holenderka. Jakoś nikomu nie przeszkadza jechać takim starym dezelem w garniturze, czy ładnej sukience (pomimo deszczowej pogody). Inna kultura. U nas, najczęściej spotykani na rowerach w miastach, to raczej MAMIL (Middle-Aged-Men-In-Lycra), czyli goście wystylizowani na mega kolarzy pół-profesjonalistów w ubraniach z lycry, w kaskach wartości niejednego rowera dziecięcego na szosówkach wartości dobrego samochodu, czy w normalnych ciuchach, ale za to na ładnych, co najwyżej kilkuletnich rowerach. A w Kopenhadze – pełny luz, bo rower jest po prostu szybkim i wygodnym środkiem transportu…

Poczatkowo byłem nieco onieśmielony tą ilością rowerzystów na ścieżkach, tym jak te ścieżki są prowadzone, by omijać skrzyżowania, te najazdy, zjazdy, to na rondo, to na specjalny pas na jezdni, to znów na ścieżkę obok chodnika. Mieliśmy problem, jak się ustawić na skrzyżowaniach i zaraz za nimi, żeby skręcić w lewo. Wynikało to z tego, że wszyscy rowerzyści naprawdę szybko zapierniczali i nie brali jeńców, bo padało. Trzeba było szybko jechać i jeszcze szybciej się orientować, gdzie, jak wjechać, żeby pojechać tak, jak pokazywała nam nawigacja. Ale też zauważyliśmy, że rowerzyści w Kopenhadze są trochę jak święte krowy dla kierowców samochodów i możemy sobie pozwolić na więcej niż w Polsce, bo mamy ze strony tych kierowców i uwagę i cierpliwość. Podsumowując – poruszanie się po Kopenhadze rowerem jest naprawdę ciekawym doświadczeniem jako rowerzysty. I muszę przyznać, że chyba rzeczywiście, może to zmienić problem korków w dużych miastach przy podobnie dużej skali ludzi poruszających się rowerami i transportem publicznym zamiast samochodami, poprawiając przy tym bilans emisji CO2.

Spod opery pojechaliśmy w kierunku położonego nieopodal „Wolnego miasta Christiania” mijając po drodze charakterystyczną wieżę barokowego kościołu Najświętszego Zbawiciela. Wieża ta widoczna jest z wielu miejsc w Kopenhadze a rozpoznać ją można dzięki charakterystycznym schodom umieszczonym na zewnątrz, które to pną się spiralnie w górę wieży w jej najwyższej części okrążając ją czterokrotnie.

Wolne Miasto Christiania, to enklawa w środku Kopenhagi. Powstało w latach 70-tych XX wieku (o rany, jak to brzmi…). Na dawnych terenach wojskowych osiedlili się hipisi i wprowadzili swoje zasady wolnościowe, równościowe i w kontrze do konsumpcyjnego stylu życia. Początkowa idylla nie przeszkadzała władzom miasta ani Danii, a i osiedlającym się tutaj ludziom nieuregulowany status prawny tego miejsca. W szczytowym momencie mieszkało tutaj kilka tysięcy ludzi. Jak to hipisi – jedną z zasad mieli, że marihuana nie była zła, złe były twarde narkotyki. Idylla wyjętej spod prawa pokojowej społeczności o artystycznej duszy zaczęła się kończyć w latach 80-tych, kiedy na terenie Christianii zaczęły rządzić gangi handlujące twardymi narkotykami. Zaczęły się strzelaniny, w których ginęli ludzie. Policja musiała wkraczać, by zaprowadzić porządek i wskutek takich potyczek już właśnie z policją ginęli kolejni ludzie. Władze przymykały oko na to, co się działo w tej eklawie, traktując ten teren, ludzi tu żyjących i używanie przez nich miękkich narkotyków jako swoisty wentyl bezpieczeństwa. Trwało to tak latami aż do przejęcia władzy przez partię konserwatywną. Od tego czasu organizowane są regularne obławy, by zaprowadzać w Christianii jako-taki porządek względem twardych narkotyków. Obecnie Christianię zamieszkuje około 1000 osób i od 2012 roku już nie jest to squat, a mieszkańcy stali się legalnym właścicielami tej ziemi. Są tutaj wystawy, koncerty, bary i różne wydarzenia kulturalne. Wciąż zupełnie normalnie można tutaj kupić haszysz i marihuanę. To taka stara hipisowska komuna – trochę jak relikt z przeszłości.

Myśmy dostali się tam jakby „z ulicy”. Minęliśmy jakiś długi budynek wzdłuż ulicy pomalowany graffiti jak jakiś squat. Niedługo później musiałem zejść z roweru, bo nie było chodnika, lecz utwardzona szutrem ścieżka. Sporo ludzi, a nie chciałem nikogo niechcący potrącić. Chwilę później zza rogu wychynął jakiś inny budynek wymalowany graffiti całkowicie. Jakieś sklepiki, galeryjki z raczej hippisowską sztuką ręczną. Duża tablica, która informuje, że ulica na której niegdyś można było kupić trawę jest zamknięta i będzie zmieniana w miejsce przyjazne ludziom dorosłym i dzieciom. Usłyszałem muzykę i chciałem tam się dostać, ale była bariera w postaci wielkiej kałuży – no wszak dopiero niedawno przestało mocno lać! Przejechałem przez to rowerem, a ludzie próbowali przeskakiwać po jakichś deskach, żeby nie zmoczyć butów. Zobaczyłem małą zadaszoną scenę i całkiem sporą grupę postarzałych punków. Muzyka – mocno nieokrzesana. Taka jeszcze niedojrzała, garażowa. Więcej zapału niż talentu w tym, więc zacząłem wracać. Zwłaszcza, że można tu płacić tylko gotówką. Kolejka po piwo. Możliwe, że było tam też jeszcze coś innego dostępne, ale punki w rękach trzymały tylko piwo. Miejsce wygląda, jakby ktoś zrobił całoroczny przystanek Woodstock. Razem z tym luzem, charakterystycznym stylem ubrań, pozytywnie nastawionych ludzi do wszystkich wokół. Ciekawe miejsce, ale więcej niż na długość piwa pewnie bym tutaj nie wytrzymał. Dlatego pojechaliśmy.

Teraz już jednak musieliśmy się kierować do wyjazdu z miasta, bo pogoda znów zaczęła się nieco zmieniać. Wiatr zaczął wiać. Jechaliśmy przez nowe osiedle – trochę taki Wilanów w Warszawie, ale co ciekawe, gdzieniegdzie były kanały. I wówczas te nowe bloki były bezpośrednio nad wodą. Nawet zatrzymaliśmy się na jednym mostku – to była dzielnica Bryggen Syd, choć podobnie było we wcześniejszej Havnestad – by przyjrzeć się tej nowoczesnej architekturze. Najbardziej spodobały nam się mieszkania na parterze bezpośrednio nad wodą i z tarasów tych apartamentów można sobie wejść od razu na SUPa na wodzie i popływać. Kapitalny pomysł! Kilka SUPów właśnie było „zaparkowanych” przy takich tarasach nad wodą. Niestety chwilę później znów lunęło deszczem, więc schowaliśmy się w sklepie nieopodal, by przeczekać ulewę. Zresztą – nie tylko my, ale też trochę mieszkańców. Gdy deszcz przeszedł, pojechaliśmy dalej na południe, bo chcieliśmy dotrzeć do kempingu. Liczyliśmy na to, że pogoda będzie łaskawa i już więcej dzisiaj nas nie zmoczy. Na szczęście okazało się, że już więcej nie padało.

Gdy przejeżdżaliśmy przez most na obrzeżach Kopenhagi, naszą uwagę przyciągnął w oddali nowocześnie wyglądający budynek z dwoma kominami. Pomyśleliśmy, że to może być jakaś elektrownia, może atomowa. Okazuje się, gdy to sprawdziłem, że to owszem elektrownia, a raczej elektro-ciepłownia ale ekologiczna. Na biomasę i wodór. Zapewnia energię i ciepło komunalne dla większości obszaru Kopenhagi i okolic.

Niewiele dalej jadąc nabrzeżem, dojechaliśmy w końcu do miejscowości Ishøj. Jeśli wiecie, że literę ø wymawia się jak polskie U z lekkim zakrzywieniem w stronę Y, to już wiecie, dlaczego nazwa Ishøj wywołuje u mnie lekki uśmieszek 🙂 Dojechaliśmy na kemping długo przed zamknięciem recepcji. Musieliśmy się tylko zarejestrować przed płatnością. Co ciekawe – robi się to w takim automacie – kiosku przed wejściem do recepcji, która jest jednocześnie małym kempingowym sklepikiem. Samemu wypełnia się wówczas formularz z potrzebnymi danymi, a płatność można było zrobić kartą. Miejsca na rozbicie namiotów niby było dużo, ale nie mogliśmy sobie znaleźć odpowiedniego, bo namiotów było całkiem sporo i jakoś tak wszyscy się porozbijali w taki sposób, że ciężko było znaleźć miejsce nieco oddalone od innych. W końcu rozbiliśmy namioty w miarę blisko do budynków sanitarnych i kuchennych – na ich tyłach. Zachód słońca w czasie rozbijania namiotów spowodował, że chmury były różowe.

Stare budynki sanitariatów były stare. Wszystko sprawne, ale widać było ząb czasu odbity na nich. Obok stał kontener sanitarny, w którym były trzy wejścia po schodkach. W każdym z tych wejść była ubikacja, umywalka i kabina prysznicowa. Wolałem wykąpać się tutaj. Nie byłem jedyny z taką decyzją, dlatego w pewnym momencie ktoś gwałtownie się do mnie dobijał zniecierpliwiony. Kuchnia miała chyba 4 kuchenki, tyleż zlewozmywaków. Na zewnątrz były ławy i siedziska, więc można było wygodnie zrobić jedzenie, pozmywać (choć ciepła woda była tylko w jednym kranie) i zjeść. Na jutro zaplanowaliśmy długi odcinek do pokonania, więc położyliśmy się spać.

W tym dniu głównie za sprawą pogody nie przejechaliśmy zbyt wiele rowerami, bo prom, później pociąg i dopiero wówczas po Kopenhadze i na kemping. Wyszło zaledwie 33km, ale jak widzicie po długości tej relacji – zobaczyliśmy naprawdę wiele. Ślad pokonanej dzisiaj trasy możecie zobaczyć na Stravie TUTAJ

Tymczasem dzisiaj dziękuję już Wam za uwagę i zapraszam do kolejnej relacji z 10 dnia, gdy przejechaliśmy przez większość ze Sjælland, czyli duńskiej wyspy Zealand leżącej pomiędzy Półwyspem Jutlandzkim (Dania kontynentalna) a Półwyspem Skandynawskim (z którego właśnie dzisiaj przyjechaliśmy).

Piotr

Zostaw komentarz