Pobudka o 5:30, szybkie mycie, śniadanie, pakowanie. Codzienna rutyna. Rozgrzewka i przed 8 byliśmy na dworcu. Niedziela, więc wszystko pozamykane, nawet Żabki. Ale udało nam się zamówić kawę na dworcu. Dworzec w Kołobrzegu nieduży, więc odpadło nam szukanie peronu. Chłopaki sprawnie się zapakowali do pociągu, pożegnaliśmy się i na tym oni zakończyli swoją wyprawę. A ja ruszyłem już sam.


Żeby wyjechać z Kołobrzegu musiałem się wrócić jak do kempingu z którego dopiero wyjechaliśmy, ale to nic. Dzisiaj wyjechałem wcześnie, pogoda sprzyjała, więc cała naprzód i byle dalej! Początkowo szlak wiedzie wzdłuż wybrzeża taką ścieżką pieszo-rowerową. Wąską, ale nie był to problem, bo o tej porze w niedzielę mało ludzi nią spaceruje. Jechało się dobrze. Równym dość szybkim tempem. Minąłem Sianożęty i zatrzymałem się na chwilkę w Ustroniu Morskim. Szukałem toalety, ale żadnej nie widziałem od dłuższego czasu. Owszem w Kołobrzegu były toi toi, ale to było jeszcze za wcześnie. A teraz robił się problem. Knajpy jeszcze pozamykane, więc jestem zdany na te publiczne toalety. Zatrzymałem się przy jednej w Ustroniu i sprawdzałem czy jest czynna? Zamknięta. Ale jakiś gościu wyjrzał zza bramy. Spytałem o toaletę gdzieś w pobliżu. „Dawaj Pan do środka. Knajpa jeszcze zamknięta, ale tutaj pan właź”. Oj uratował mi tym skórę! Nie wiedziałem bowiem ile jeszcze kilometrów, czy czasu przyjdzie mi trzymać. Dziwne to, że poza Kołobrzegiem w dalszych mniejszych miejscowościach toalet nie ma otwartych…

Dzisiaj prawie cały dzień jechałem dokładnie wzdłuż wybrzeża. Trasa tak szybko mi leciała, że do Mielna dojechałem przed 11. Zatrzymałem się na kawę i loda i nie będąc jeszcze głodnym, pojechałem dalej.


Wiedziałem, że nie będę miał problemu ze znalezieniem jedzenia gdy tylko najdzie mnie na to ochota. Kołobrzeg, Sianożęty, Ustronie Morskie, Gąski, Sarbinowo, Chłopy, Mielno, Łazy, to naprawdę z perspektywy przejeżdżającego rowerzysty wszystko jedno i to samo. Na jedno kopyto. Jakby tworzone według tego samego wzorca. Zmieniają się nazwy, a oferta jest taka sama. Nie było tu ani jednego miejsca wyróżniającego się jakimś ciekawym wystrojem, czy posiadającego coś oryginalnego do jedzenia. W kółko to samo. Gofry, lody, obiady domowe, kebab, pizzeria, smażalnie ryb, ryby wędzone, zapiekanki XXL i stoiska z chińskim badziewiem na plażę lub ewentualnie jakieś souveniry z magnesami na czele lub bursztynowe posrebrzane bransoletki i naszyjniki. Często w jednej restauracji w ofercie znajdziecie rosół za 16-18 zł, pierogi ruskie 6 sztuk za 24-28 zł, zapiekanka (to jest hit!) za 16-26 zł, burgery za 40 zł, kebaby za 28-36 zł, pizza za 20-50 zł i schabowy za 42 zł. W jednej knajpie mają wszystko! Piwo za 16 zł to norma. Radlerek jaki ja pijam w lecie, mały 0,33l za 12 zł. Kawa od 10 zł w górę. Gałka loda minimum 6 zł. Gofry od 10-20 zł w zależności od dodatków.



I idą te Sebixy z Karynami wcinający zapieksę. Bombelek Brajanek już wcina gofera z dżemerem a babcia obok drze się do Karyny, że Brajanek jednym goferkiem się nie naje. Że trzeba mu pierogów kupić. Tłoczy się tłum w kolejce po kebaba, a ci co nie stoją, to w tym natłoku bodźców wzrokowo-słuchowych idą wolno gapiąc się na prawo i lewo kompletnie nie zwracając uwagi na to, że lezą ulicą. W tym wszystkim dudni kakafonia dobiegającej muzyki z różnych stron, bo każda knajpa puszcza inną muzykę i to naprawdę głośno. Do tego młode chłopaczki jak idą w ilości większej niż 3 sztuki, musowo mają ze sobą głośnik i na cały regulator słuchają swojej muzy, próbując przebić to co dobiega do nich z innych kierunków. Tak właśnie wypoczywa Polska. A wygląda o wiele gorzej niż jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu.

Pamiętam jak wracałem z sommerferien arbeit w Niemczech w czasie studiów. Na dyskotekach i na ulicach Niemki nie przyciągały mojej uwagi. Te przykrótkie koszulki, które miały odsłonić brzuch z pępkiem może i dodałyby powabu, gdyby nie to, że te brzuchy wylewały się ze zbyt ciasnych spodni i wystawały z tych właśnie koszulek. Niemki były otyłe. Niewiele z nich wyglądało zgrabnie. I pamiętam, że jak jechałem przez Czechy do Polski, do domu pociągiem, to z każdym kilometrem dziewczęta były coraz piękniejsze i zgrabne. Coraz więcej z nich przyciągało moją uwagę. A jak jest teraz? Kiepsko. Polacy na wakacjach w znakomitej większości są otyli. Dziewcząt, o których mógłbym powiedzieć „ale laska!” Jest niewiele. A przynajmniej tutaj.

No i tak sobie jechałem i takie właśnie refleksje mnie naszły… Dlaczego nie może być u nas lepiej? Po co nam te wszystkie krzykliwe szyldy, banery, które swoją pstrokacizną powodują tylko oczopląsy a swojej funkcji marketingowej nie spełniają? Po co właściciele restauracji wypisują absolutnie gdzie się da, co to tam oni mają w ofercie? Przejechałem w ubiegłym roku całe południowe wybrzeże Francji i kawałeczek wybrzeża Włoch. Tam się da zrobić ze smakiem. Tak, żeby to wyglądało ładnie. A jeśli nie ma praktycznie w ogóle banera, to przecież i tak ludzie trafią. Tam się da zrobić restaurację na bogato i knajpę z fastfoodem dla mniej zamożnej klienteli. Co u nas poszło nie tak???

Oprócz tego gołym okiem widać w zachowaniu sprzedawców, kelnerów że liczy się tylko zysk. Trzeba dobrze ogolić te barany co to przyjechały że wszystkich zakątków Polski… A barany dają się golić z pieniędzy bez rozmysłu, bo jak powiedział stojący obok mnie „łojciec”: „Matka, zamów Brajankowi co chce, nie myśl ile to kosztuje, bo jesteśmy na wakacjach”. No i tak to się właśnie kręci.

Tymczasem gdy minąłem Łazy, szlak poprowadził mnie nieco wgłąb lądu. Oddaliłem się od wybrzeża. Chciałem dojechać do Darłowa i pójść na plażę, wykąpać się w morzu i poopalać. W końcu ja też tu jestem na wakacjach. Tak mi jednak dobrze szło, że sprawdziłem kemping w Darłówku który jest dalej. Starszy Pan potwierdził że trzyma dla mnie miejsce, więc stwierdziłem że pojadę właśnie tam. A że droga zleciała szybko, to przed 15 byłem już na miejscu.

Starszy pan badawczo mi się przyglądał gdy usiadłem naprzeciw niego w recepcji kempingu. Ciepła woda jest, prysznice są, punkty prądowe są (15 zł za dzień), płatności kartą nie ma. Tylko gotówka i 35 zł plus 10 zł kaucji za tabliczkę z numerem. Jak jutro oddam tabliczkę, kaucja zwracana jest. Ośrodek nie sprawia dobrego wrażenia. Wczorajszy kemping w Kołobrzegu był w porządku. A ten jest po prostu stary i niedoinwestowany. Z lat 60-tych. Wystarczyło spojrzeć na recepcję. Czyli stare, ale zadbane i sprawne (tak jak w Szwecji). O WiFi nawet nie pomyślałem spytać. Ale pytanie o pralkę pokazało w czym rzecz:
-gdzie mogę zrobić pranie? -tam -tam jest pralka? -tak -a czy są tam jakieś środki piorące? -coś chyba jest -to dobrze, bo po tych kilku dniach muszę już wyprać swoje rzeczy -ale to pranie ręczne (taki dziwny grymas półuśmiechu na twarzy), bo PRALKA JEST ZEPSUTA!


Ziemia na tym polu namiotowym jest nierówna. Poza tym wszędzie kretowiska. Postawiłem namiot obok słupka energetycznego. Stary jak świat ten słupek. Gniazdka w nim takie jakie pamiętam z bloku dziadka. O ile pamiętam, tamten blok dziadka był budowany w latach 50-tych. Pole nie jest jakoś specjalnie przepełnione. Jest sporo wolnego miejsca. Co ciekawe, to nie licząc kiloro dzieci, byłem jednym z najmłodszych :O
Poszedłem na plażę. Plaża spoko – piaszczysta. Ale woda w morzu zimna. Więc szybkie krótkie kąpanko i opalanko. Później poszedłem na obiad. Tutejsza oferta gastronomiczna nie przekonywała mnie dość długo, aż znalazłem restaurację, która wyraźnie się chwali laurem jakości i innymi nagrodami… Wszedłem, zobaczyłem menu i zwątpiłem widząc pizzę, burgery, makarony, schabowe, smażone ryby. Uwagę moją przykuł jednak „dorsz na pęczaku z pomidorami, pesto itd”. Naprawdę był smaczny, ale porcja mała jak na obiad dla mnie i rachunek… 50 zł ten dorsz z małym radlerkiem „Hardmade”. Dlatego później jeszcze zjadłem burgera, który był o dziwo całkiem niezły.

Wróciłem do kempingu. Usiadłem na ławce z łuszczącą się farbą i pisałem relację. O zachodzie słońca wypuściłem jeszcze Bronka, choć najpierw musiałem zapytać się o zgodę wieżę kontrolną, bo tu strefa z ograniczeniami. Ale udało się Bronkowi trochę polatać. Rybitwy i jeżyki próbowały go atakować nawet na wysokości 50m. Na szczęście nic mu nie zrobiły. Generalnie ciężko jest znaleźć miejsce przy wybrzeżu, gdzie można wypuścić drona. Niemal wszędzie strefy ograniczone lub zakazane. Radary, jednostki wojskowe, kapitanaty przyportowe, albo całkowity zakaz latania, jak w Ustce w centrum.






Tymczasem na kempingu głośna muzyka. To dzieci w ośrodku obok mają w niedzielę dyskotekę. Ciekaw byłem, kiedy skończą zabawę? O 21:30. I już myślałem o położeniu się w namiocie, gdy z oddali na cały regulator zaczął się koncert. Strasznie głośny. Gdy muzyka ucichła koło 23, włączyli się sąsiedzi blisko mojego namiotu. I dawaj z głośnika bluetooth puszczać jakieś badziewie. Byłem już tak padnięty, że zasnąłem. Obudziłem się w nocy słysząc deszcz, a właściwie ulewę. Zasnąłem. Miałem nadzieję, że rano już słońce namiot wysuszy…

A już w kolejnej relacji o tym, jakie figle płata mi pogoda, choć nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło…
TUTAJ możecie zobaczyć ślad mojej dzisiejszej trasy na Stravie
Dziękuję Wam za uwagę!
VLQ on Tour
