Dzień czwarty i koniec etapu pierwszego

Dzisiaj rano żadna siła nie była nas w stanie rano obudzić! Nawet mój budzik, który jak trąbka hejnałowa jest wstanie postawić na równe nogi zmarlaka nie zrobiła ani na mnie, ani na Opciu wrażenia. Nie chcieliśmy wstawać. Przeciągaliśmy w nieskończoność drzemkę. W końcu wstałem ubrałem się i poszedłem do sklepu po świeże bułki, jajka, kiełbę, na śniadanie i inne żarcie na drugie śniadanie.

Zacząłem przygotowywać „męską jajecznicę” czyli na lasce kiełbasy jałowcowej i 10 jajach + bułki z serkiem topionym i mnóstwo herbaty z miodem od Pana Władka. W międzyczasie zaczęliśmy sprawdzać nasze pranie. Niestety wszystko sakramencko mokre. Pan Władek nastawił piec na grzanie, ale piec zgasł w nocy i wilgotność z nienajwyższą temperaturą sprawiły że nic nam nie wyschło. Przypomniałem sobie patent z suszeniem prania w mikrofalówce i zaczęliśmy to w pośpiechu robić. Rzeczywiście to działa! Gorzej było z butami, z których wczoraj wieczorem wylewałem wodę. Owszem wkładki mi wyschły, ale w środku całe buty były mokre. Dlatego to właśnie w tych mokrych butach i suchych skarpetkach poszedłem do sklepu z nastawieniem, że wysuszę buty na sobie. Zadziałało, ale dopiero na trasie były suche. Gorzej było u Opcia, który wyprał sobie WSZYSTKO. I właśnie wszystko miał mokre. Prognoza pogody podawała, że będzie padało mniej więcej do południa. Norweska prognoza. Bo Opcio ma obcykane, które prognozy są dobre, a które to lipa. To się sprawdziło, ale jak patrzyliśmy przez okno, to widzieliśmy cały czas, że w Gołdapi albo mży, albo pada deszczem 2, przechodzącym w 1 i mżawkę. I tak w kółko. Dlatego nie śpieszyliśmy się ze śniadaniem, pakowaniem i wyjazdem.

Prognozy na kolejne 2 dni też nie były najlepsze. We wtorek miało padać w okolicach Augustowa, a w środę w okolicach Białegostoku miała się pojawić ta ogromna zawierucha przetaczająca się z zachodu na wschód Polski. Dzisiaj jak to piszę, widzimy, że norweska prognoza sprawdza się co do joty:

Film Łowców Burz

To już jest deszcz 4 w mojej 3-stopniowej skali deszczu. W tym się po prostu nie jedzie. To zbyt niebezpieczne. I nie chodzi tutaj o ryzyko złapania kataru, a o ryzyko oberwania z pioruna, zwalenia się drzewa na łeb, bądź oberwania latającą krową, czy innym dachem zerwanym przez trąbę powietrzną…

W końcu koło godziny 11 ruszyliśmy z Gołdapi. Mżyło. Jakoś się jechało w kurtkach przeciwdeszczowych, ale humory już nie te. Przez Gołdap ścieżki rowerowe z kostki brukowej – całkiem przyjemne. Niestety trafiliśmy na grupę sakwiarzy, którzy w liczbie 6 beztrosko zajmowali całą szerokość ścieżki niewiele sobie robiąc z innych. No bo przecież tylko oni się poruszają w taką pogodę, co nie? Wyprzedziliśmy ich bez trudu, praktycznie na jałowym biegu. Zaraz za miastem Green Velo poprowadzone jest drogami szutrowymi głównie przez lasy i pola. Znowu rollercoaster, czyli w dół, w górę, prawo, lewo i znowu w górę i w dół, a droga dziurawa, w kałużach, wszystko mokre. W końcu deszcz i mżawka ustąpiły i do Stańczyków jechaliśmy już bez wody lejącej się z nieba a w końcowej fazie nawet po popękanym asfalcie, więc dość szybko!

Zjazd asfaltem do Stańczyków, to rewelacja, ale już podjazd do parkingu jest męczący 🙂

W Stańczykach jedząc hot dogi i popijając wodą przedyskutowaliśmy całą sytuację związaną z pogodą na dalszych odcinkach i podjęliśmy decyzję o przerwaniu wyprawy. Nie chcemy ryzykować zdrowia a kontynuacja wyprawy w takich warunkach graniczy z szaleństwem.

Męska decyzja: MISSION ABORTED! Czyli misja przerwana. Sprawdziliśmy, że jeżeli zdążymy dojechać na dworzec do Słupska na 17:36, to mamy szansę dojechać w nocy do Krakowa i około 8:00 do Rzeszowa. Rozpoczął się wyścig z czasem. Żeby zdążyć musieliśmy już odpuścić Green Velo i pojechać trasą, jaką zasugerował nam Wujek Google Maps. Podawał, że powinniśmy dojechać na 17:00.

Pojechaliśmy więc Podlaskim Szlakiem Bocianim na Przełomkę, obok najgłębszego jeziora w Polsce, czyli Jeziora Chańcza, ścieżkami szutrowymi przez pola, gdzie po bokach stały farmy wiatrowe do DK 652, obok jeziora Okmin aż wjechaliśmy do Suwałk. Przez miasto świetnymi ścieżkami rowerowymi pognaliśmy do dworca PKP. Ponieważ przy drodze był McDonald’s a w perspektywie wiele godzin bez jedzenia, to wstąpiliśmy jeszcze na ciepłe jedzenie.

Z Suwałk pojechaliśmy regionalnym szynobusem załadowanym rowerami do Białegostoku, tam przesiedliśmy się do InterCity jadącego przez Warszawę do Krakowa centralnego. Niestety nie mogliśmy u konduktora kupując bilety wykupić miejsc (choć podobno są wymagane w tym rodzaju pociągu). Spowodowało to, że spaliśmy dosłownie na stojąco opierając się o opuszczane okno, albo w korytarzu na opuszczanym siedzisku wstając co i rusz gdy komuś zachciało się na papierosa albo coś innego. Koszmar. Po 3 w nocy byliśmy w Krakowie.

Ciekawostką było, że jadąc pociągiem, odezwał się do mnie mój kolega z czasów pracy w Browarze VanPur – Grzesiek. Okazało się, że Świat jest mały! W Bartoszycach zatrzymał się na nocleg i podając swój dowód osobisty, dowiedział się od Dziadka, że: „to Pan z Rzeszowa? Dopiero pojechało dwóch gości na rowerach. Też byli z Rzeszowa. Może ich Pan zna? Piotr Setlak. Taki z ciekawą brodą. – To pewnie znam! :)” I na Messangerze na FB odzywa się do mne Grzesiek: – Piotrek, czy Ty nocowałeś w Bartoszycach przy ulicy Nowowiejskiej? Haha! No to my właśnie tutaj się zatrzymaliśmy na nocleg dzisiaj! My też jedziemy Green Velo, ale od Rzeszowa”… Okazało się, że w grupie 6-osobowej Grzesiek przejechał sporą część Green Velo od Rzeszowa i zmierza do Elbląga. Jak wrócą do Rzeszowa – mamy zamiar się spotkać i pogadać, podzielić historiami, obserwacjami 🙂 Ciekawy zbieg okoliczności!

Dam teraz informację na temat przewożenia rowerów w polskich pociągach, bo ja szukałem tego i niewiele znalazłem. O hakach, które niezabezpieczone gumą rysują aluminiowe obręcze kół pisałem przy relacji z dojazdu do Malborka. Natomiast nie jest to regułą. W drodze powrotnej haki były ogumowane, ale nadal problemem jest założenie rowera z sakwami na taki wysoki hak. Sakwy powinno się zdjąć!? No tak, ale w sytuacji, gdy rowerów jest więcej niż uchwytów ( w InterCity z Białegostoku do Krakowa na cały pociąg było dokładnie 3 haki, a rowerów jechało 6) i zwłaszcza gdy ludzi jest więcej niż miejsc w pociągu, ściąganie i zakładanie sakiew jest już wyczynem na miarę cyrkowca. Podsumowując, moje sakwy nie są najłatwiejsze w montażu – są sakwy, które łatwiej się zakłada i ściąga, to wtedy lepiej je ściągać i zakładać przy transporcie rowera pociągiem. Nie mieliśmy na szczęście problemu, o którym niektórzy internauci pisali, że konduktor kazał wyjść z pociągu ze względu na brak miejsc dostosowanych do przewozu rowerów. Tego nie było. Z Krakowa Centralnego Opcio pojechał już na rowerze do swojej Wieliczki, a ja o 5:07 wsiadłem do regionalnego szynobusa jadącego na Rzeszów. Tu już był luz i wolnych 4 miejsca na rowery oprócz 2 rowerów w pociągu.

O 8 rano wysiadłem w Rzeszowie. Wtedy przypomniałem sobie, że czeka mnie jeszcze wytarganie mega-ciężkiego rowera po wielu schodach w dół a później w górę, bo ktoś projektujący remont przejścia podziemnego na perony stwierdził, że wybudowane za komuny najazdy dla wózków dziecięcych, ewentualnie inwalidzkich, to komunistyczny zbędny atrybut. Nie miałem więc jak zjechać i wyjechać rowerem. Bardzo jestem ciekaw, jak sobie radzą inwalidzi na wózkach? Pociągi są dostosowane dla inwalidów, ale nasze „Miasto Innowacji” na powitaniu gości na dworcu PKP już nie. Jeszcze tylko zapiekanka, która chodziła za mną przez pół nocy i popędziłem do mojego ukochanego komfortowego mieszkania na Kielanówce. A że do Kielanówki podjazdy są całkiem niemałe, to i zgrzać się zdążyłem.

Jutro wstawię podsumowanie Pierwszego Etapu Wyprawy rowerowej Wilcza CorpRacya 2017.

POZDROWER!

Zostaw komentarz