Trzeci dzień z Bartoszyc do Gołdapi

Ponieważ wczoraj poszliśmy spać po 1 w nocy, bo wizyta na SOR w Bartoszycach ciągnęła się niemiłosiernie, dzisiaj ciężko było się zwlec. A jednak po 8 już byliśmy na dwóch kółkach. Prognozy pogody były kiepskie – prawdopodobnie koło 12 zacznie padać i będzie lało że hej! Wariant optymistyczny- dojedziemy do Gołdapi. Pesymistyczny- do Węgorzewa. Na szczęście trasa leciała całkiem przyjemnie. Słońce wychodziło zza chmur i znikało, ale przynajmniej poza mżawką przelatującą co chwilę było względnie sucho. Non stop widzieliśmy coraz bardziej zbliżające się ciężkie ołowiane deszczowe chmury za nami, dlatego staraliśmy się jak najdalej od tego uciec. Droga z Bartoszyc początkowo leciała względnie dobrym asfaltem, sporo szutru przez pola i lasy. To w górę, to w dół, więc płaskich odcinków nie było za wiele. W Sępopolu zatrzymaliśmy się na chwilę, by zrobić zdjęcia i przetestowałem pilota ze zdalną migawką aparatu w mojej Action Camera.

Asfalt słabej jakości, ale i tak szybciej można się po tym poruszać niż po szutrze (zwłaszcza pofałdowanym i zmoczonym, w którym mocno obciążone sakwami tylne koło się zapada). Takimi bocznymi drogami gminnymi dojechaliśmy do Sątoczna.

Jak widać na zdjęciu nogę mam opatrzoną, ale krew się już nie lała. Zaschło, ale profilaktycznie, by nie dostał się tam kurz i brud jeszcze jest zalepione. Boli, ale jedziemy dalej, bo trzeba twardymi być a nie miękkimi lalusiami 🙂

Do Korszy droga leciała dalej asfaltami polepionymi i połatanymi jak większość ustaw w polskim prawie. Przed Korszami krótka chwila w sklepie na drożdzówki, picie, uzupełnienie wody i jazda dalej, bo zaczynało znowu padać. Ścieżka  rowerowa piękna asfaltowa wzdłuż drogi, to było to, co Tygrysy lubią najbardziej. Powoli zaczął zmieniać się pejzaż, Mazury się zaczynają, żegnamy Warmię.

Obiad wypadł nam w Węgorzewie w Karczmie. Smacznie i niedrogo. Przemiła młoda dziewczyna z obsługi. Na miejscu okazało się że obiad już je ekipa LeKurdePologne z Decathlona, czyli goście z firmy Opcia. Spaleni słońcem. Łysi. Młodzi i zadowoleni. My- starzy, zmarznięci, nieopaleni i łysiejący (o pardon Opcio! Łysiejący, to tylko ja) i wkurzeni że znowu leje i będzie lać. Szkoda tylko, że nie zaproponowali nam nawet byśmy się dosiedli poopowiadali, wymienili spostrzeżeniami i doświadczeniami z trasy. Słabo Panowie! Na szczęście zwolnił się stolik z widokiem na nasze rowery, więc mi przeszło.

Widzimy, że to co się zbierało na zdrową ulewę i kapało na nas przed Węgorzewem, w końcu lunie, więc spokojnie zamówiliśmy jeszcze kawy i przeczekaliśmy największą ulewę pod parasolem Karczmy. Chcąc jednak dojechać do Gołdapi, leje, czy nie leje, trzeba było ruszać. Pognaliśmy dalej.

Droga szła głównie nasypami kolejowymi, więc była z grubszego albo drobniejszego kalibru. Opcio stwierdził przed Gołdapią że to był dla niego najładniejszy i najlepszy odcinek GreenVelo. Do Bani Mazurskiej coś tam z góry siąpiło. Przed MORem w Bani zaczęło lać, więc zatrzymaliśmy się , by przeczekać ulewę. Niestety po ponad 0,5h gdzie jeszcze zaczęło się ochładzać musieliśmy ruszyć dalej bez względu na deszcz. Ten jednak zamienił się w taką ulewę, że mimo naparzania 25-30 km/h po tych szutrach, co jest mega męczące dla nóg, nic to nie zmieniało. Byliśmy w pewnym momencie już tak mokrzy, że ja czułem jak woda mi się w butach przelewa. To był prysznic pod deszczem 3. Masakra. Normalnie nikt w taką pogodę nie wyjdzie bez parasola. Nawet jak Cię żona wywali do sklepu 100 m obok po tampony czy inne jajka, to jedziesz autem. Taka ulewa! Jeszcze nigdy nie byłem tak zlany deszczem. A tu w tym deszczu trzeba było prawie 30km zrobić. Masakra.

Kiedy dojechaliśmy do Pana Władka w Gołdapi na nocleg, chcieliśmy jak najszybciej się wykąpać i ogrzać pod prysznicem, zjeść kolację, napić herbaty i spać. Musieliśmy jednak jeszcze zrobić pranie, bo nie było dotychczas okazji albo gdzie. Ja wyprałem część rzeczy, Opcio wszystko. Pan Władek nastawił grzanie na grzejnikach. Uraczył nas (a raczej mnie, bo Opcio „tą razą niepijący”) wódeczką, naleweczką własnej roboty. Padliśmy spać jak zabici.

Zostaw komentarz