RELACJA Z TRASY:
Melduję się w Stańczykach. Tam za mną widać ten potężny wiadukt kolejowy. A ja jestem już w warmińsko-mazurskim. Widoczne jest to dla mnie przede wszystkim tak, że jak narazie na każdym MOR jest kibelek. I to czysty! 🙂
Piosenką na dziś jest „oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba”. Dlatego, że jest chłodno, zwłaszcza jak chmury przesłonią słońce. Ach! Jakby tak jeszcze przestało wiać…
Przynajmniej nie pada. Ot zmartwienia, c’nie? Wiem, Wy macie teraz inne, ważniejsze. Dlatego wolę moje obecne 🙂
„Koniec przerwy! Do pedałów!” – …huknął reżyser filmów porno… 😀
Pod drodze pękło 900 km!
PODSUMOWANIE DNIA ÓSMEGO:
Przejechane 107km, czas pedałowania 5:49, średnia prędkość 18,40 km/h, razem przejechane 975 km w czasie łącznym 47:55h.
Początek był trudny. Zimno, bo 14 stopni i silny zimny wiatr, to nie przelewki. Jeszcze jak się stoi w słońcu, to spoko, ale jak się dowleczesz na górę, a tam wieje przeraźliwie, to trzęsiesz się z zimna. Nie przewidziałem taaakiego spaadku temperatury. Z 33 do 14. Masakra – amplituda temperatur jak na Saharze. I w górę, i w dół i znowu do góry… Amplituda straszna. Najgorsze, że to nie jest taki pierwszy lepszy pagórek. Rozpędzasz się na maxa, pompujesz nogami ile się da i… Nie jesteś nawet w połowie. Kąty nachylenia od 6-10 stopni (są tabliczki dołujące 🙂 ).
Tereny piękne. Z czasem zaczęło się pojawiać więcej bagienek z wystającymi konarami obumarłych drzew. Asfalt typu ulepianka przechodził w szutr- lekką tarkę. Spotkany na MOR turysta rowerowy podzielił się ze mną teorią, że tarka się sama tworzy, bo pod szutrem są te cholerne kocie łby. I podobno wskutek działania wody w naturalny sposób powstaje pofałdowanie. Hmmm… Tylko dlaczego w poprzek drogi, a nigdy w innym kierunku? Że niby po takiej mokrej nawierzchni jak przejedzie auto czy traktor, to te łby spod spodu powodują tworzenie się pofałdowania. Może i tak.
Dojechałem do Stańczyków. Ciekawostka turystyczna. Potężne mosty- wiadukty, które miały zniwelować te ogromne różnice poziome.
Po drodze miałem również sporo bunkrów z 1940 roku. Od Stańczyków żeby trochę sobie ułatwić pojechałem drogą 651 a nie polami i jeziorami jak GV chciało. Genialne nazwy w tym rejonie sprowokowały mnie do zabawy umysłowej. No bo jak rozszyfrować nazwę „Skajzgiry”? Moim zdaniem, to chiński laczek zdjęty z nogi 😀
Albo „Pobłędzie”. Komisja wojskowa pyta:
– Urodzony?
– Pobłędzie Panie Kapralu… 🙂
Przed Gołdapią wskoczyłem na rowerowy asfalt i tak dojechałem na obiad, o którym pisałem na FB. Był pyszny. Kto nie próbował kartaczy, musi to zrobić.
Gdy ruszyłem w dalszą drogę, trafiłem do Martes Sport. Przesympatyczny sprzedawca pokazał mi długie legginsy ocieplające i kurtkę z windstopperem w takich promocjach, że wziąłem od razu. Bardzo lubię takich zaangażowanych sprzedawców, którzy lubią ludzi. Kupiłem jeszcze pigułki Run&Bike flex na stawy, bo lewe kolano zaczyna poważnie protestować i z super kurtką na grzbiecie szczęśliwy pognałem dalej. W Jabłońskiem spotkałem Krakusów – ojciec z synem, którzy jadą GV do Gdańska od Białegostoku. Fajnie. Mają dobre tempo. To polecieliśmy razem. Prawie. Bo ja fajnym szutrem na nasypach kolejowych, a oni asfaltem. Wcale szybsi nie byli. Spotkaliśmy się dalej i już do Węgorzewa jechaliśmy razem. Oni też tutaj nocują. Na tym odcinku w sumie, to niewiele ciekawego było. Poza widokami…
W Węgorzewie był problem ze znalezieniem noclegu, ale się udało. Jakież było nasze zdziwienie, gdy spotkaliśmy się z Krakusami. Ja jechałem po zakupy (już bez bagaży), a oni już z zakupami. Okazało się, że noclegi mamy blisko siebie.
Dzisiaj do pokonania 104 km do Lidzbarka Warmińskiego. W deszczu. Za oknem na razie „1” deszczu. Oby wiatr był w plecy :O
TUTAJ mnóstwo informacji o dzisiejszej trasie.










