RELACJA Z DNIA SIÓDMEGO:
148,6 km dzisiaj, czas jazdy 7:17 h, średnia prędkość 19km/h, 868 km razem, łącznie 42h w siodle. Tako rzecze komputerek mój.
Dobre, sute śniadanie hotelowe w Augustowie dało energię na czwartek. Green Velo, to zdecydowanie nie jest autostrada rowerowa. Bo gdyby nią było, to nie musiałbym najpierw tak mocno odbijać na wschód, by okrążyć praktycznie całą puszczę augustowską, a później okrążyć wigierski park narodowy. Chodzi mi o to, że jak popatrzycie na mapę, to robię ogromne kółko! No to sobie przynajmniej pooglądam!
W Augustowie ładna ścieżka rowerowa. W puszczy i parku drogi leśne utwardzone z tarką podlaską w wielu miejscach. Ale jakoś zleciało! Zwłaszcza pół godziny na rozmowie telefonicznej z Tomkiem. Co ciekawe zasięg w puszczy jak ta lala! A u nas na podkarpaciu? Zapomnij! Wjeżdżam w lasek i po zasięgu.
Wszędzie spływy kajakowe. Ten region spływem stoi. I nie ma się co dziwić. Na zdjęciach widać z mostków jak tam fajnie.
Jak już wyjechałem z lasu, rozpieszczał mnie asfalt i ścieżki rowerowe od Krzywego aż za Suwałki. W Suwałkach z kolei zaplanowałem obiad. Dopiero za 3 razem trafiłem coś godnego, co nie było pizzerią, albo fastfoodem na talerzu. Zatrzymałem się w Kredensie i polecam, bo obiady domowe pyszne! Niepokoiła mnie od jakiegoś czasu poważnie wyglądająca chmura, dlatego zabrałem się dalej.
Green Velo czasami trochę na siłę jest puszczane w bok, by pokazać coś średnio atrakcyjnego (wyciąg narciarski i małe jeziorko). Wygląda to tak, jakby wskutek nacisku włodarzy gminy, realizatorzy GV musieli to zrobić właśnie tak. A nie lepiej zrobić to jako odnogę? Tylko trzeba by to zaznaczyć, co jest główną nitką, a co odnogą. Nie ma tego. Dlatego wczoraj odciąłem po raz kolejny taką wycieczkę fakultatywną.
Zmienia się krajobraz radykalnie. Coraz więcej pasących się krów. Wszechobecne elektryczne pastuchy ( czyli druty pod napięciem, żeby twoja zwierzyna nie uciekła, albo obca nie zeżarła twoich plonów). Pagórki i wystające gdzieniegdzie głazy i większe kamienie z równo obskubanej trawy.
Muszę skracać, więc jeszcze o trójstyku granic polsko-rosyjsko-litewskiej. Byłem tam. Ciekawe to miejsce. Robisz krok i jesteś na Litwie, robisz krok i… no tak! Tego nie wolno chyba nawet opisywać, bo nie wolno fotografować Rosyjskiej strony o co dba czujne oko kamery skierowane na takich leszczy jak ja. Kolejny krok i jesteś w Polsce. Ot – taka ciekawostka. Gawiedź zadowolona!
Ponieważ zbierała się potworna burza, musiałem szybciorem zasuwać do jeziora Wiżajny, gdzie czekał na mnie nocleg. Zdążyłem znowu przed samym deszczem. Same Wiżajny nie są przy szlaku GV – trzeba zboczyć, ale warto. Nocleg w agroturystyce był w porządku. Gospodyni sama produkuje sery z koziego mleka, więc jak ktoś lubi – można spróbować. Ja nie przepadam. A podobno po te sery to do niej z samej Warszawy przyjeżdżają 🙂 Przed zamknięciem sklepu udało mi się kupić bułki i kiełbasę, a „jajka Pan se kupisz u gospodyni na miejscu”. I rzeczywiście rano kupiłem od gospodyni świeże jajeczka. Rower mogłem zamknąć w stodole, co mi wyjątkowo pasowało. Ciepła woda, prysznic, świeża pościel i twarde łóżko… LUX! Jutro oby do Węgorzewa!
TUTAJ ślad GPS i informacje o prędkościach, dystansie, tętnie z endomondo























