Historia Portoryko w San Juan

Pierwszy dzień pobytu w Portoryko spędziliśmy na dwóch plażach w Luquillo gdzie obecnie mieszkamy w domu letniskowym wynajętym poprzez AirBnB. Najpierw poszliśmy na plażę obok naszego osiedla Solimar, a po południu na głównej plaży Luquillo. Ponad 30 stopni, słońce praży, woda Oceanu fantastyczna! Ciepła, słona, w miarę czysta. Plaża niezadbana. Glony na brzegu psują wrażenia estetyczne, wszędzie jakieś resztki z palm, gdzieniegdzie śmieci. No niestety Portorykańczycy czyściochami nie są. Im to nie przeszkadza. Na drugiej plaży już lepiej, czyściej. Duży płatny parking obok, więc spoko. Tuż przy plaży sanitariaty, jakiś sklepik, bar, co chwilę ktoś się pojawia z lodami, przekąskami. Dość powiedzieć, że wypoczęliśmy przednio, ale już wieczorem wiedziałem, że słońce zjarało mnie bardzo mocno. Dziewczyny też.

Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do starego San Juan. Oprócz starej zabudowy miasta, najważniejszymi budowlami są forty zbudowane jeszcze w XVI i XVII wieku przez Hiszpanów i później rozbudowywane. San Juan zostało odkryte końcem 1493 roku przez Krzysztofa Kolumba podczas jego drugiej wyprawy na nowe ziemię. Ochrzcił on wówczas wyspę nazwą San Juan Bautista (czyli wyspa św. Jana Chrzciciela). Jednak ponieważ w rzekach wyspy znaleziono duże ilości złota, to niedługo później nazwę zmieniono na Puerto Rico (czyli bogaty port). W 1508 roku na wyspę przybył Juan Ponce de Leon, który założył tutaj hiszpańską osadę. Nadano jej nazwę San Juan.

Pierwszym fortem powstałym tutaj był Castillo San Felipe del Morro, którego budowę rozpoczęli Hiszpanie w 1539. Drugi fort Castillo San Cristobal powstawał od XVII wieku i ukończony został pod koniec XVIII. W odróżnieniu od El Morro który miał za zadanie odpierać atak od strony morza, ten miał również zabezpieczać od ataku z lądu. Ciekawą rzeczą jest, że fortyfikacje te nigdy nie zostały zdobyte mimo wielu prób ze strony Anglików, Duńczyków i Francuzów. I to pomimo początkowego kiepskiego wyposażenia obrońców tych fortyfikacji w XVI I XVII wieku.

Dlaczego tak bardzo inne nacje próbowały odebrać Hiszpanom władze nad tą właśnie wyspą? Głównie ze względu na położenie Portoryko przez które było nazywane „bramą do Ameryki”. Ze względu na wiejące wiatry (trade winds) dla wówczas przez Atlantyk płynących z zachodnich części Europy jednostek był to pierwszy ląd, gdzie można było uzupełnić zapasy wody, jedzenia, zreperować statki i ruszyć dalej na zachód. Wiele lat później bo pod koniec XIX wieku Stany Zjednoczone podjęły decyzję o zawalczeniu że słabnącą Hiszpanią o kolonie jej podległe. Wskutek wygranej wojny Hiszpańsko – Amerykańskiej Portoryko zostało oddane USA. Od tamtej pory jest to terytorium zależne od USA. Portorykańczycy mają pełnię praw obywateli USA. Waluta tutaj obowiązująca to dolar amerykański. Przez wiele lat Portorykańczycy nie mogli jednoznacznie podjąć decyzji czy chcą stać się całkowicie niezależnym państwem, czy też chcą stać się kolejnym stanem wchodzącym w skład Stanów Zjednoczonych. Po kilku referendach ostatecznie podjęto decyzję, że Portoryko chce stać się jednym ze stanów USA. Obecnie trwa procedura o przyłączeniu. Piłka jest po stronie Senatu Amerykańskiego.

A my tymczasem zwiedziliśmy najpierw fort San Cristobal i ruszyliśmy wgłąb starej części San Juan. Piękne kolorowe budynki w stylu kolonialnym stanowią o wyjątkowości tego miejsca. Najbardziej okazałe budynki są wzdłuż reprezentacyjnej ulicy, przy której jest największe skupisko sklepów jubilerskich i ręcznie robionymi wyrobami lokalnych artystów – malarzy, rzeźbiarzy i wszelkiej maści innych rękodzielników. W ponad 30-stopniowym upale, mimo nie aż tak wielkiej wilgotności jak w Meksyku, chodzi się wciąż dość ciężko. Chcieliśmy się nieco schłodzić, więc wstąpiliśmy na trasie do katedry, wychdząc z założenia, że w kościołach – zwłaszcza tych starych, zawsze jest chłodno. Błąd! W tej katedrze nie było wcale chłodno. Poza tym, nie było też przesadnie ciekawie, więc poszliśmy dalej. Schłodzić udało nam się w lodziarni. U Anity. Były to jedne z najpyszniejszych lodów jakie jadłem, a lody w lecie bardzo lubię. Te tutaj umieszczam wysoko na mojej liście – na poziomie lodów we Florencji (w dwóch miejscach), w Chorwacji na jednej z wysp i obok lodów u wuja Mariana (u mnie na Kielanówce) i Palce Lizać w rynku rzeszowskim.

Przy parku de las Palomas stanęliśmy przy miejscu, gdzie było tłoczno od ludzi i… gołębi! Te latające szczury (jak je nazywa Adam „Nergal” Darski) były wszędzie i robiły absolutnie wszystko co chciały. Wystarczyło wyciągnąć przed siebie rękę, żeby momentalnie kilka ptaków na niej siadało szukając ziaren do jedzenia. Obok bowiem była budka, w której można było kupić za 2$ woreczek z ziarnami. Gdy tylko gołębie zorientowały się, że masz ziarna, obsiadały całego człowieka – na ramionach, na głowie, wszędzie. Pisk dzieciaków, pisk i krzyki wystraszonych kobiet i pokrzykiwania mężczyzn, co to te dzieci albo kobiety mają robić, a czego nie. Gwar, co chwilę podmuchy powietrza zagarnianego skrzydłami przelatujących ptaków. Raz nawet odruchowo palnąłem jednego gołębia w dziób kamerą, bo widziałem że leci prosto w moją twarz. Gołąb przeżył. Z tego gołębiego wariatkowa poszliśmy wzdłuż murów miasta po zewnętrznej stronie, by wejść do miasta spowrotem ale już jak to dawno temu robiono – przez główną bramę. Puerta de San Juan.

Każdy kto przybył do San Juan, musiał przejść przez tą właśnie bramę, by wejść do środka miasta. Gdy tak szliśmy w kierunku drugiego fortu, zauważyłem iguanę, która postanowiła kilka metrów przede mną przejść przez asfaltową ulicę. Sprawnie przekroczyła drogą, wspięła się na wysoki krawężnik, wdrapała na palmę i zaszyła się gdzieś w jej liściach. Miała jakieś 1,5 metra długości razem z ogonem. Zaskakująco sprawnie poruszała się po palmie.

Krawężniki tutaj są bardzo wysokie – mają jakieś 30 cm wysokości i są malowane w różnych kolorach. Najczęściej te najwyższe krawężniki są w kolorze żółtym i nie wolno na nie wjeżdżać. Nie wolno też wzdłuż nich parkować. Niebieskie krawężniki wyznaczają miejsca do parkowania dla inwalidów. Parkować można przy białych krawężnikach i są one najczęściej niższe. W USA krawężniki też często są wysokie, by nikomu nie przyszło do głowy na nie wjeżdżać i parkować na nich. A tam gdzie można na nie wjeżdżać, mają one zaokrąglone krawędzie dodatkowo obłożone żelazem. Dzięki temu w Nowym Jorku na przykład, te krawężniki mają wiele lat i nic się z nimi nie dzieje. Tutaj w Portoryko nie widziałem, by te zaokrąglenie krawędzi było dodatkowo obkładane metalowym wykończeniem.

Nie uszliśmy daleko, a Jagoda się mnie pyta, czy to drzewo tutaj, to mango? Tak! Pod drzewem leży mnóstwo dojrzały owoców mango. Jagoda znalazła jeden ładniejszy owoc i wzięła ze sobą. Uwielbiam mango do tego stopnia, że chciałbym mieć takie drzewo mango obok miejsca gdzie mieszkam, bym mógł kiedyś ot tak – wziąć sobie i zerwać dojrzały owoc prosto z niego.

Po zwiedzeniu drugiego fortu zgłodnieliśmy. Zatrzymaliśmy się w drodze do parkingu wielopoziomowego na którym zostawiliśmy naszą „szarą strzałę” – w barze „Cafe el Punto”. Kelner posadził nas w klimatyzowanej sali i przyjął zamówienie. Najczęściej spotykanym tradycyjnym jedzeniem obiadowym w Portoryko jest ryż (w różnej postaci i z różnymi dodatkami), sos z fasolą i jakieś mięso – kurczak, wieprzowina, wołowina, ryby, owoce morza. Zamówiliśmy cztery różne wersje a na start napoje. A ponieważ idąc tutaj minęliśmy miejsce, w którym wymyślono i po raz pierwszy na świecie zrobiono pina coladę, to wzięliśmy również i ten drink. Wszystko było bardzo smaczne, więc miejsce to możemy polecić.

Słońce zaczynało już zachodzić, gdy dotarliśmy do naszego auta, bo było już po 19. Zaskoczeni byliśmy, że cały dzień parkowania tutaj wyszedł tak niedrogo. Ruszyliśmy z San Juan do Luquillo, gdzie był nasz domek blisko plaży. Pojechaliśmy jeszcze na zakupy kolacyjno – śniadaniowe do Amigo – dobrze zaopatrzony supermarket w naszym miasteczku Luquillo. Wzięliśmy portorykańską kawę mieloną (nie mamy młynka w domku) poleconą nam przez Lokalsa- bardzo wyluzowanego kolesia, którego spytałem w alejce z kawą, którą by nam polecił. Wzięliśmy też na próbę lokalne piwo Medalla light. 6-pak wyszedł trochę ponad 6$ za takie malutkie puszeczki (10 OZ, czyli jakieś 0,3l).

A już w kolejnej relacji opiszę Wam plaże we wschodniej części dużej wyspy Portoryko oraz jak wyglądały dwie mniejsze wyspy, czyli Culebra i Vieques.

Piotr

2 komentarze

  1. W 2018 roku również miałem tą okazję zwiedzenia Puerto Rico. Wiele atrakcji pozostaje w pamięci do dzisiaj

    1. Cieszę się, jeśli choć trochę umiliłem Ci czas wspomnieniem Puerto Rico Zbigniewie!

Skomentuj VLQAnuluj pisanie odpowiedzi