… i polecieli! Pierwszy deszczowy dzień

Zamówiłem taksówkę dzień wcześniej. Poprosiłem o kombi, żeby wszedł rower w pudle. Taksówka stała punktualnie o uzgodnionej godzinie 4:00. Spokojnie dojechaliśmy rozmawiając z kierowcą o niedostosowaniu dworców w Rzeszowie do potrzeb rowerzystów. Chodzi o to, że taxi nie może wjechać na dworzec autobusowy, bo jest zakaz. Dlatego wysiadłem przed wjazdem na plac i musiałem 26 kg (nawet trochę ponad) wytachać do przystanku nr 4 z którego startują Neobusy na Kraków i Wrocław. Wszystko spoko, tylko że to odległość na oko ponad 300 m. Asfalt nie jest równy i gładki, więc ciągnąc pudło, by mi się ono zwyczajnie rozwaliło. Oczywiście nie ma żadnych wózków jak na lotniskach. Za to na ławkach śpią spokojnie bezdomni.

Więc najpierw kurs z pudłem z rowerem i później jeszcze jeden kurs po sakwy i z powrotem na przystanek.
Autobus przyjechał punktualnie jak w szwajcarskim zegarku. Kierowcy nie potrzebny był bilet, wystarczyło mu moje nazwisko. Zdrzemnąłem się trochę przez drogę i o 7:45 byłem na lotnisku w Krakowie. Tutaj już są wózki, więc można wygodnie się przemieszczać z takim dużym bagażem jak mój.

Zjadłem kanapkę i mogłem iść do Check-in.
Spora kolejka, bo obsługiwane są przez 5 okienek trzy linie lotnicze należące do Star Alliance, Swiss, Lufthansa i jakaś jeszcze. Dostałem swoje i trafiłem na bardzo miłą dziewczynę o bardzo cichym głosie…
Na lot z Krakowa do Zurichu kupiłem bilet przez internet i nie mając możliwości wybrania bagażu sportowego, wybrałem za poradą ludzi na necie bagaż rejestrowany 23 kg (tyle samo co na rower). Mogłem do tego wziąć jeszcze do kokpitu bagaż podręczny. Liczyłem na to, że może uda mi się sakwy ważące 16 kg wziąć ze sobą na pokład, a rower pojedzie jako bagaż rejestrowany…
Okazało się, że mimo dobrych chęci tej dziewczyny, jej koledzy poradzili, by jednak rower nadać jako dodatkowo płatny bagaż sportowy, bo sakwy im nie wyglądają na bagaż podręczny i ryzykuję cofką przy kontroli osobistej… Byłem na to jednak przygotowany, więc na spokojnie zaakceptowałem dodatkowy wydatek.

Rower trzeba zanieść do punktu zrzutu bagażu ponadnormatywnego na końcu ciągu Check-in okienek. A później trzeba iść do kasy, by zapłacić 227,80 za bagaż sportowy, czyli przewóz rowera. Wszystko spoko do momentu, gdy gościu w okienku poprosił mnie o podanie numeru karty! Zdębiałem! Pytam, czy mogę zapłacić w inny sposób? Tylko gotówką. No a ja nie brałem ze sobą zbędnych mi za granicą złotówek poza jakimiś 160 zł na taksówkę czy coś niespodziewanego. Dałem mu kartę, a ten podaje jej numer przez telefon, po czym podaje kod CVV! Czekam na potwierdzenie z banku. Jest. Dokładnie taka kwota jak mi powiedział – 227,80 zł. Bardzo to dziwne.

Odprawa przeszła normalnie, choć strażniczka sprawdzała mnie jakimś papierkiem na dłoniach i na pasku od spodni. Nie chciał mi powiedzieć na co był ten test… Pewnie narkotyków. Powiedziała tylko, że to „losowe badanie”… To w takim razie chyba jestem szczęściarzem 🙂

Sądziłem po ilości wolnych siedzeń wśród których mogłem wybierać kupując bilet, że samolot będzie prawie pusty, jednak do stolicy szwajcarskiej finansjery ludzi jednak było sporo.
Leciałem małym Airbusem 220, więc był niemal komplet ludzi na pokładzie. Bardzo dużo małych dzieci, z czego jeden gagatek co chwilę mnie kopał w tył mojego siedzenia wybudzając mnie co rusz. Ponieważ nie spałem do 4 bojąc się że zaśpię, to trochę się zdrzemnąłem w Neobusie i samolocie, choć i tak to było za mało i głową mnie bolała przez resztę dnia.

Wysiadka w Zurichu. Na płycie lotniska same samoloty narodowych linii lotniczych. Nie orientuję się, ale chyba Szwajcaria nie otworzyła ruchu lotniczego wciąż jak sądzę. Sakwy taśmociąg wypluł dość szybko, więc poszedłem na taśmę gdzie wydają ponadnormatywne bagaże. Po jakimś czasie wyszedł mój Błękitny Wilk! Jedyny problem był w tym, że wózki do transportu bagaży, te lotniskowe, w Zurichu mają taką niebieską taśmę, przez co grubo kombinowałem żeby jakoś to moje wielkie pudło tam założyć.
Znalazłem w miarę odludne miejsce i zacząłem rozpakowywać o 11:45. Z tych nerwów i pośpiechu co chwilę popełniałem błędy. Na domiar złego moje narzędzie rowerowe (bardzo fajne, z Biedronki) po prostu się rozsypało i rozkręciło. Złożyłem to na łapu-capu chcąc jak najszybciej skończyć składanie rowera. Skończyłem o 14. Tak jak sądziłem wcześniej.

Poprosiłem jeszcze parę sąsiadów by popilnowali mi rower, bym mógł skoczyć do kibelka i się jeszcze przebrać. Bez problemu.
Wychodzę przed budynek lotniska, odpalam nawigację i licznik Barytona a tu jak nie lunie!
Poczekałem chwilkę, ale tylko ruszyłem jeszcze będąc pod dachem, a tu znowu silnie leje. Znowu czekam. Trochę przestało, założyłem kurtkę przeciwdeszczową i ruszyłem. Ujechałem 500 metrów i musiałem się schować na stacji paliw obok lotniska.

Czekałem prawie godzinę, w końcu widząc co się dzieje, stwierdziłem, że trudno, te 40-parę kilometrów będę musiał jechać mokry.
Niestety dalej nie było lepiej, bo momentami tak lało, że nie było nic widać. Wtedy chowałem się pod najbliższym dachem. Ta walka z ulewa trwała aż do centrum Zurichu. Wtedy się delikatnie wypogodziło i dało mi okazję pozwiedzać.

Zurich to piękne miasto! Strzeliste wieże katedr, kościołów. Niemal każda ma ogromny zegar. Co rusz most przecinający rzekę Limmat. Ratusz stojący na wyspie. I tak dojechałem do ujścia tej rzeki w jeziorze Zurichsee.

I wtedy zauważyłem że rower mi się dziwnie zachowuje. Zaczyna myszkować. Sprawdzam opony… Na lotnisku były dobrze dobite, a teraz z przodu flak, a z tyłu 1/3 powietrza mniej. Dopompowałem. I wtedy znów się rozlało. Przeczekałem chwilę pod dachem i ruszyłem mimo wszystko dalej.

Dalej zaczęły się coraz ostrzejsze podjazdy, ale deszcz przestawał padać i coraz mocniej słońce zaczęło grzać. Oj mocno się napracowałem na tych wszystkich podjazdach i serpentynach. Aż do osiągnięcia odległego szczytu miałem cały czas 6,5% nachylenia, to 10, to 8,5, ale nigdy nie schodziło poniżej 6,5%. Nagrodę dostałem przed końcem podjazdów, gdy mogłem spojrzeć na to, jak wysoko się wspiąłem!

Tymczasem ze względu na ciągłe postoje z powodu deszczu, wiedziałem że coraz później dojadę na camping. Prosili, bym był przed 19. Z tego względu jeszcze w Zurichu zatrzymałem się przeczekać deszcz obok warzywniaka, w którym kupiłem 4 banany. Szukałem wzrokiem jakiegoś McDonald’s, żeby szybko coś zamówić i zjeść ciepłego, a tu nic! Normalnie żadnej sieciówki. Same restauracje. W chińczyku przy drodze azjata mi wykrzyczał że zamknięte jak zobaczył że patrzę na menu. Bieda. No i pokłosie tego braku jedzenia było właśnie na podjazdach. Bez paliwa ciężko jechać. Zassałem żel energetyczny i dalej cisnę byle do przodu.

W końcu nagroda! Zjazd! Szkoda że taki krótki. Ale przynajmniej moim oczom ukazał się piękny widok gór majaczący w oddali spowitej burzowymi chmurami.
Kupiłem po drodze jeszcze jakieś kilka produktów na kolację i śniadanie i w końcu dojechałem na camping.
Musiałem się szybko znów uwijać, bo dojechałem o 19:30 a recepcja czynna do 20 i pizza obok też. Bardzo miły właściciel campingu dał mi formularz do wypełnienia i powiedział, żeby sobie zamówił pizzę i zjadł a formularz mu oddał jak już zjem. Spoko!

Pizza bardzo smaczna! Nawet nie droga jak na ceny w Szwajcarii. 18 CHF, czyli około 76 zł. Popiłem małym radlerkiem za 16 zł i byłem już szczęśliwy, bo najedzony!
Namiot rozbity w takim tempie, że sąsiedzi bili mi brawo 🙂 – żartuję, ale oglądali namiot i z uznaniem skomentowali, że bardzo szybko można go rozłożyć. Decathlon made!
Mam prąd, bo pożyczyłem przedłużacz i przejściówkę, więc mogę się ładować i pisać Wam relację, bo jest też Wi-Fi. Wbrew recenzji w Google.

No dobra, kończę, bo jutro czeka mnie bardzo długa trasa, więc muszę wstać koło 5:30. Trzymajcie kciuki, żebym dał radę to przejechać, bo zbyt długi pobyt w tym pięknym kraju zrujnuje mój budżet! Aha- camping kosztował 25,50 CHF czyli 108 zł

Do jutra!
Piotr i Wilk

Zostaw komentarz