Długo myślałem o zrealizowaniu tej wyprawy! Prawdę powiedziawszy, to chciałem ją zrobić już w 2020 roku, ale ponieważ pojawiła się możliwość wyruszeniu z Opciem w Polskę i przejechaniu całego Green Velo w jego zacnym towarzystwie, to nie miałem wątpliwości, że wyprawa przez Europę musi poczekać. Najważniejszym powodem był szalejący w ubiegłym roku wirus, który pognębił przede wszystkim Włochy, ale też Francję i Hiszpanię w nie mniejszym stopniu. Tymczasem w Polsce w wakacje nastąpiło odprężenie, moim zdaniem z pobudek politycznych, gdy Premier darł się do kamer, że „Wirusa już nie ma! On już jest w odwrocie! Nie mamy się czego bać! Idźmy na wybory!”
Bardzo się cieszę, że udało się nam z Opciem przejechać Green Velo z Elbląga aż do Przemyśla i że tym razem już żadne kontuzje, choroby ani inne niespodzianki nie spowodowały, że musieliśmy (jak było to w 2017 roku) ewakuować się z trasy pociągiem…
Tymczasem czas leci a ja bym gdzieś pokręcił pedałami… Niestety w tym roku Opcio nie ma możliwości wziąć rozbrat z pracą i Rodziną na całe 2 tygodnie. Długo czekałem, że może nastąpi jakiś cud i uda nam się we dwóch przejechać nową trasę, tym razem przez Europę. Niestety w pewnym momencie, końcem czerwca, już wiedzieliśmy, że tak się nie stanie i dlatego powiedziałem Opciowi, że „oczywiście moglibyśmy przejechać przez Polskę, na przykład zachodnią z Krakowa do Świnoujścia, ale ja mam już 42 lata, zdrowie i kondycja teraz jest, sytuacja związana z wirusem, gdy granice są zamykane, póki co jest OK, więc jeżeli nie pojadę trasy o której marzę, będę żył ze świadomością niedosytu. A nie wiemy, co się będzie działo za rok. Dlatego muszę realizować swoje marzenia TERAZ”. Opcio w pełni to rozumie – wiem o tym i nigdy w to nie wątpię. No i zawsze mogę liczyć na Jego wsparcie! I również za to BARDZO CI STARY DZIĘKUJĘ!!!
Ponieważ mój stary rower Kross Trans Pacific ma już swoje lata i chciałem go zmienić na rower bardziej wyprawowy, przystosowany w większym stopniu do długich tras z obciążeniem sakwami z pełnym ekwipunkiem, to znalazłem na przełomie roku bardzo ciekawą nową propozycję w Decathlonie! Wiem, że teraz sporo osób, które z rowerami mają styczność częściej niż tylko w weekendy zaczną szydzić i ględzić, że „marketowe gówno rozsypie ci się zanim dojedziesz do celu”. A ja na chłodno sprawdzałem rynek rowerów wyprawowych przez kilka miesięcy i wyszło mi na to, że jeśli chcę rower, który jest mocniejszy od trekkingowego, to w zasadzie zostaje poza gravelowymi nowościami ledwie kilka egzemplarzy! Trek, Marin i Surely. Gdzie ten ostatni ma największą renomę wśród długodystansowych podróżników rowerowych. Niestety barierą (przynajmniej na razie) dla mnie pozostała jego cena. Na przykład Long Haul Trucker kosztuje 1350$ a Disk Trucker aż 1950$ a do tego trzeba jeszcze dodać bagażniki, błotniki itp.
Decathlon zaś do swojej oferty pod koniec 2020 roku dołączył dwa nowe rowery wyprawowe: Riverside Touring 920 będący rowerem wyprawowym z gravelową kierownicą typu baranek oraz RIVERSIDE TOURING 520, który wraz z ceną spełnił większość moich oczekiwań!


Możecie go zobaczyć tutaj i udało mi się go kupić jeszcze przed podwyżką ceny za 2999zł. Musiałem jeszcze upolować odpowiedni rozmiar. Ponieważ to wówczas była całkowita nowość, to do Polski wrzucano po 1 sztuce. Jak tylko pojawił się w rozmiarze L (który na mnie ciut za duży), to zamówiłem.
Chciałem mieć więcej mocowań na koszyki do bidonów? Mam teraz ich aż za dużo! Chciałem mieć lepszy bagażnik do tyłu? Mam świetną konstrukcję mocowaną w 6 punktach bezpośrednio do tylnego widelca. Chciałem mieć punkty mocowania bagażnika na przednim widelcu? Teraz mam! Chciałem mocną wytrzymałą ramę? Mam. Jedyny minus tego rowera, jaki dostrzegam, to jego waga. 18,8 kg już z moją kierownicą butterfly i moim ogromnym ale wygodnym siodłem Selle Royal. To może być problem przy przewożeniu roweru samolotem.
Oprócz koszyków na bidony i samych świetnych Decathlonowych bidonów litrowej pojemności z zatyczką „fast flow”, dzięki której można większy haust wziąć, założyłem jeszcze stare moje siodło, co do którego jestem pewien, że mój tyłek je lubi. Zmieniłem też kierownicę. Oryginalna była prosta, tzw. „flat bar” z uchwytami z małymi rogami. Ja już z doświadczenia wiem, jak ważne w trakcie długich dystansów jest zmienianie pozycji rąk na kierownicy. Dzięki temu dłonie nie cierpną od trzymania ich w jednej i tej samej pozycji godzinami i dniami. Dlatego zalożyłem moją starą kierownicę wielopozycyjną typu „motyl – butterfly”. Założyłem na niej jednak mojego patentu pochwyty gąbkowe na bokach i na to jeszcze owijkę. Lubię bowiem jeździć trzymając ręce po bokach tej kierownicy i przez to gąbka, która standardowo jest założona na tej kierownicy, się wygniata i po kilku dniach nie spełnia już swojej funkcji amortyzującej dłonie. Założyłem też pochwyty (rączki) Selle Royal, których już niestety nie produkują, a szkoda, bo to doskonała sprawa. Są one opracowane, by anatomicznie dać wsparcie dłoniom w normalnym ułożeniu dłoni na kierownicy. Są po prostu szersze niż rura kierownicy i dają przez to większe pole podparcia. Ponieważ testując na przejażdżkach mojego nowego „niebieskiego wilka” doszedłem do wniosku, że pozycję mam zbyt pochyloną na kierownicy, musiałem jeszcze podnieść ją. By to zrobić, gdy mam mostek ahead, musiałem kupić przedłużkę rury sterów oraz krótszy niż fabrycznie, regulowany mostek do kierownicy. Do tego kupiłem jeszcze grzybek na górę rury sterów, do którego mogę już teraz bezpośrednio zamocować swój telefon. Z nowości, mam jeszcze licznik GPS Bryton Rider 15, który zastąpi moje dotychczasowe rozwiązanie, czyli licznik magnetyczny Sigmy i zegarek Amazfit Pace, którego bateria nie jest już po tych kilku latach pierwszej świeżości. Założyłem więc uchwyt na mocowaniu kierownicy, do którego równocześnie mogę mieć zarówno licznik Brytona jak i pod spodem kamerkę GoPro. Zmieniłem też pompkę, która teraz jest zamocowana na widelcu przedniego koła. No i ostatnie rzeczy, to nowy kask i okulary.


Skoro już opisałem Wam mojego nowego kompana, przedstawiam:
„Panie i Panowie! Poznajcie WILKA!” Tym samym razem tworzymy zespół o nazwie „Piotr i Wilk” 🙂 (to takie małe nawiązanie do „Piotruś i wilk” – baśni muzycznej Siergieja Prokofiejewa. Przyznajcie się, kto z Was słucha muzyki poważnej i to zna?
Podoba się?
Jedną z najważniejszych rzeczy jakie trzeba przygotować na taką wyprawę jest trasa. Wymyśliłem więc, że ponieważ nie byłem nigdy w Szwajcarii, Francji i Hiszpanii, spróbuję wytyczyć trasę, którą dam radę przebyć w ciągu 2 tygodni a która będzie przebiegać przez miejsca mi jeszcze nieznane. I tak krok po kroku wymyśliłem, że start będzie we wschodniej części Szwajcarii by móc przejechać przez ten piękny kraj i go poczuć, pooglądać. Początkowo myślałem o dojeździe autobusem lub pociągiem, ale po zweryfikowaniu okazało się, że szkoda mojego czasu na dojazd z Polski do Szwajcarii w ponad 24 godziny, zwłaszcza że jest bardzo niepewne, czy w obecnych covidowych czasach zabiorą ze mną rower… Padło więc na samolot. I tak – startuję 5 sierpnia z Balic pod Krakowem i lecę Swiss Airlines do Zurychu. Stamtąd już rowerem przejadę przez niemal całą Szwajcarię by po przybiciu piątki Freddiemu Mercury w Montreaux odbić na południe w stronę Alp. Dość blisko od Mont Blanc chcę przejechać Alpy wielką przełęczą św. Bernarda i później już zawitam do Włoch. Dalej na południe przez Turyn aż dojadę do nadmorskiej Impery. Wtedy odbiję na zachód i będę tak blisko morza jechać przez resztę wyprawy.
Dalej trasę wytyczyłem wzdłuż Lazurowego Wybrzeża przez miejscowości, które jak dotychczas znam wyłącznie z filmów i opowieści, czyli Sanremo, Monte Carlo, Monaco, Nicea, Cannes, Saint Tropez, Toulon, Marsylię, Montpellier, Gironę aż do Barcelony.
Całą trasę możecie zobaczyć TUTAJ
Z Barcelony zamierzam wrócić samolotem – WizzAir. Bilet mam kupiony na 19.08.2021. I to jest powód mojego największego stresu, bo chcąc mieć dobrą cenę, musiałem kupić bilety wcześniej i przez to powstał „deadline”. Nie ma dobrego odpowiednika tego słowa w języku polskim, więc tym z Was, którzy nie znają korporacyjnej nowomowy, wyjaśniam, że chodzi o „nieprzekraczalny termin”. Tymczasem w trakcie takiej długiej wyprawy, zwłaszcza samotnej może się tak wiele wydarzyć, że termin graniczny zmienia luz w pełne skupienie na osiągnięciu celu. Jak w życiu. No cóż, zobaczymy jak sobie z tym poradzi taki hedonista jak ja…
Póki co, kompletuję ostatnie niezbędne rzeczy ekwipunku i powoli już się pakuję. Wyposażony jestem na tę wyprawę w nowe GoPro 9 Hero Black, które ma niesamowitą stabilizację obrazu. Mam więc zamiar nagrać sporo materiału filmowego! Będę się starał wrzucać Wam relacje z trasy opisowo – zdjęciową na bieżąco, ale zastrzegam sobie, że jeśli będę miał do wyboru się wyspać, albo napisać relację, to sorry – wybiorę to pierwsze! Wszak dzienne przebiegi średnio mam zaplanowane na poziomie 150km. Nie wiem więc, czy w tak zawrotnie wysokich temperaturach jakie obecnie tam panują uda mi się utrzymać takie tempo jazdy? Zwłaszcza, że chcę też sporo pooglądać i pozwiedzać.
Najbardziej aktualne wstawki z trasy będziecie mogli zobaczyć na moim fanpage na Facebooku pod adresem fb.com/VLQonTour
Jeśli jeszcze nie polubiliście tej mojej strony, zróbcie to już teraz – najpewniej tam będę wstawiał jakieś filmy na szybko z trasy. W zależności od możliwości (zwłaszcza dostępu do Internetu), będę się starał wrzucać tutaj na blogu relację z poszczególnych dni wyprawy.
No nic – trzymajcie kciuki za powodzenie. Do zobaczenia zapewne już z trasy!
Piotr – VLQonTour

