Już drugi raz muszę napisać tę relację. I to od początku. Telefon mi się przegrzał od temperatury i coś się porobiło w moim notatniku. Cały tekst znikł i nie udaje się go odzyskać. Może to i dobrze, bo prawdę mówiąc byłem trochę wkurzony na warmshowers ostatnio i się wyżaliłem w tym moim dzienniku podróży. Zatem zacznę jeszcze raz! Wstałem wcześnie w namiocie i zanim ktokolwiek z moich sąsiadów w 8 namiotach po bokach mojego się wygramolił ze śpiwora, ja już byłem spakowany, namiot złożony, śniadanie zjedzone i przygotowane drugie śniadanie co w późniejszych wypadkach okaże się być sprawą niezwykle istotną…
Pierwsze kilometry, to wspinaczka wzdłuż wybrzeża. Niezła rozgrzewka! Rzecz w tym że słońce im wspina się wyżej, tym bardziej pali w kark. Jeszcze wilgotna od rosy roślinność oddaje wodę wraz z parą i zapachami. Pomieszanie zapachu żywicy z iglaków z kwiatkami polnymi rosnącymi w rowie przy drodze i do tego jeszcze sporo innych zapachów, powodują że chce się zatrzymać. Robię to by pstryknąć zdjęcie. Nie mogę tego jednak robić zbyt często, bo na dzisiaj zaplanowałem odcinek 120 km z metą w campingu w Cannes.


Tutaj w poprzedniej relacji zrobiłem dość długi wywód na temat warmshowers, czyli organizacji zrzeszającej każdej profesji turystów rowerowych. Jedni goszczą innych u siebie w domu a czasem nawet ich karmią no i udostępniają oczywiście tytułowy gorący prysznic. Inni korzystają jako goście zwiedzając Świat i nocując u innych pasjonatów dwóch kółek. Niektórzy są trochę gospodarzami, a czasem gośćmi. Mój wywód dotyczył tego, że jak dotychczas byłem gospodarzem dla turystów rowerowych z całego Świata i gościłem ich u siebie w domu. Takie znajomości są bardzo ciekawe, bo łączy nas wspólna pasja, często podobne zainteresowania pozarowerowe. Bardzo więc liczyłem w tym roku na to, że wreszcie skorzystam z warmshowers jako gość. Wszak „miast budować wyższe płoty, buduj większy stół…!” Liczyłem na możliwość poznania Szwajcarów, Włochów itd. Jak żyją, jak mieszkają, zawrzeć, kto wie, może nawet przyjaźnie na całe życie? Tymczasem byłem z każdym kolejnym dniem coraz bardziej sfrustrowany, bo na moje zapytania o możliwość przenocowania u kogoś (naprawdę nie liczyłem na szczególną gościnność, robienie mi jedzenia czy zabierania na zwiedzanie, choć wiem, że niektórzy gospodarze tak robią), dostawałem odpowiedzi odmowne z których najczęściej powtarzaną sentencją było „przykro mi, ale wyjechaliśmy właśnie na kilka dni”, „sorry, jestem na wyprawie rowerowej”, „nie da rady Mate! Córka do mnie przyjechała a śpi akurat w tym pokoju w którym goszczę takich jak ty”…
Z tego względu do tej pory codziennie musiałem spać na campingu i raz w hostelu. Nici z mojego planu poznania ludzi. Na domiar złego camping w Cannes nie odpisał mi na rezerwację miejsca na namiot dla mnie. Z tego względu jedząc śniadanie wysyłałem zapytania o możliwość przenocowania u chyba 8 osób a już będąc na trasie napisałem do jeszcze kolejnych 4 osób.



Dość szybko wpadłem do San Lorenzo al Mare, później jeszcze tylko San Stefano Al Mare i już Sanremo! Miejsce słynnych festiwali muzycznych. Później już Ospedaletti, do którego wczoraj jechał Maurizio poznany przez mnie w pociągu i Bordighera. Tutaj zatrzymałem się na chwilę. Chodzi o to, że od wylądowania w Zurichu nigdzie po mojej drodze nie mogę znaleźć kartridża z gazem do mojej turystycznej kuchenki. Skazuje mnie to na konieczność jedzenia co się da po drodze. Nie mogę też zrobić sobie kawy rano i herbaty wieczorem. Poza tym frustrująca jest świadomość, że cały ten Majdan (kuchenka, naczynia do gotowania, sztućce, kawa, herbata) są bez tego gazu bezużyteczne a swoje ważą, zajmują miejsce w sakwach i ciążą jak cholera na każdym podjeździe. Spytałem w centrum informacji turystycznej, w jednym sklepie, drugim, w końcu w trzecim, najbardziej obiecującym, starszy Pan powiedział, że jest sklep gdzie na 100% mają campigas. Muszę przejechać tunel w Ventimiglia i od razu skręcić w lewo. Jeszcze szybkie zakupy w sklepie, czyli owoc, woda i lemoniada. Co ciekawe czuje się tu we Włoszech bezpiecznie jak w Szwajcarii. Nie czuję konieczności zapinania rowera ani ściągania GoPro czy komputera GPS.
Jeszcze trochę podjazdów i zjazdów i jestem w Ventimiglia. Niespodzianka! Tunel z podjazdem. To coś czego chyba najbardziej nie lubię. W tunelu kierowcy jadą tak, że jestem wyprzedzany już w typowo włoski sposób „por une gazette” czyli na gazetę. W tunelu mam po prawej stronie bardzo wysoki krawężnik sięgający osi koła czyli powiedzmy 30 cm. Po lewej mijają mnie różnej wielkości auta. A ja muszę balansować wspinając się pod górkę. Jeden błąd i albo zahaczam sakwą o krawężnik i mogę się wywrócić, albo w drugą stronę i ktoś mnie potrąci. Tu nie ma miejsca na błędy. Już nie wiem, czy bardziej jestem spocony z wysiłku czy ze stresu. Aha- żeby było jasne, to nie jest tak, że w Szwajcarii jak mnie wyprzedzali to tylko lewym pasem dając mi ogrom przestrzeni. Nie wszyscy! Ale też więcej niż połowa zachowywała naprawdę bezpieczna odległość. Tutaj 80% wyprzedza na gazetę.
Skończył się tunel, skręcam w lewo i lipa! Podjazd stromy jak jasny gwint. Wystarczy. I tak się styrałem jak koń na westernie tym podjazdem w tunelu żeby teraz popylać jeszcze cholera wie ile…


Niewiele dalej dojechałem już do tablicy, na której napisane było Francia. Jeszcze jeden tunel z podjazdem. Z jednej strony to fajnie że jest tunel, bo mniejszy podjazd i do tego jadę w cieniu, ale dalej się stresuję bliskością mijających mnie aut.
Tunel się skończył i na pełnym gazie wjeżdżam do Menton. I powiem Wam szczerze, że sprawia to miasto wrażenie bardziej historycznego niż Monaco czy Cannes.
Na dzisiejszej mojej trasie jest sama esencja Cote d’Azur czyli Lazurowego Wybrzeża. Z perspektywy rowerzysty, to urokliwe miejsce ale tam, gdzie tych najbardziej znanych miejscowości właśnie nie ma. Czyli – cypelki porośnięte dziką roślinnością, te małe zatoczki czy ewentualnie miejsca z których widać panoramę miast jak Menton, San Remo, Cannes. Same miasta są tak podobne do siebie i jadąc wzdłuż wybrzeża zlewają się razem, nie ma wyraźnych granic pomiędzy nimi, tak że nie jest to jakieś bardzo atrakcyjne. Plaża po lewej, po prawej knajpa, bar, restauracja, sklep z akcesoriami na plażę i tak w kółko. W Polsce byłyby jeszcze budy z frytkami, goframi, smażalnie ryb i obiady domowe za 15 zł. Ponieważ ze względu na żar lejący się z nieba i ilość podjazdów, nie szło mi za szybko dzisiaj kręcenie pedałami, to widziałem że mam ultra mało czasu na odpoczynki, bo musiałem dojechać przed 19 na camping. Niestety bowiem, nikt z warmshowers nadal mnie nie zapraszał w okolicach Cannes.






Cap Martin z którego już było widać Monaco i zjazd Francji do miasta-państwa Monaco. Tak wiem, wszyscy liczą na opisy przepychu, bogactwa i w ogóle. No to powiem tak. To prawda, że im bliżej Monaco tym lepsze samochody mnie mijały. Zamiast Renault tutaj są pospolite Mercedesy. Zamiast wypasionego Lexusa czy BMW, tutaj jest SUV Lamborghini. Co bardziej oryginalni jeżdżą Maserati.
Widać większe pieniądze i nawet powiem szczerze że czuć! Dosłownie! Chodzi o to, że ludzie wystrojeni, dziewczyny jakieś takie bardziej szczupłe, lepiej ubrane, ładniej umalowane, goście też modnie ubrani. A że czuć, to prawda! W Monaco feeria zapachów jest niesamowita! Jadąc rowerem i mijając jakichś ludzi czuję i wręcz rozróżniam jakie to rodzaje zapachów mają na sobie. Żadne tam Hugo Bossy! Tutaj królują zapachy intensywne, dość słodkie, takie dość typowo francuskie bym powiedział. Yves Saint Loreant, Dior, Paco Rabanne, sporo takich których nie znam, pewnie jakieś linie ekskluzywne. Mam trochę uszkodzony słuch, więc węch mam lepszy niż reszta ludzi i powiem Wam, że ta feeria zapachów zrobiła na mnie największe wrażenie.


Przez to, że Monaco jest rajem podatkowym widać ogromne dysproporcje pomiędzy tym miejscem a wszystkimi okolicznymi Menton, Nicea czy Cannes. W Monaco są wieżowce, bo każdy kawałek ziemi musi być maksymalnie zabudowany, tak wiele rezydentów tutaj chce żyć. Z perspektywy siodła rowerowego widać też bardzo dużą różnicę w ilości ludzi przemieszczających się chodnikami i w o wiele większym ruchu ulicznym. Bardzo to jest ciekawe dla mnie, co oprócz korzystniejszych kwestii podatkowych przyciąga tu jeszcze tych wszystkich ludzi. Na pewno duża część, to turyści. No ale co tu oglądać? Butiki najbardziej ekskluzywnych marek? OK… Casino? Nie wyjeżdżałem tam rowerem bo było baaaaardzo stromo a i tak nikt by mnie nie wpuścił do środka bez garnituru, a przy tym śmierdzącego, spoconego kolesia z rowerem. Chciałem coś obejrzeć, ale prawdę mówiąc, najlepiej jest to w Monaco zrobić samochodem ewentualnie pieszo, bo ja i tak troszkę pobłądziłem i przez te stromizny tutaj wszędzie, zziajałem się i spociłem okropnie!
Gdy okazało się, że drugi raz robię ten sam ostry podjazd, wkurzyłem się na nawigację, sprawdziłem na mapie co i jak i stwierdziłem że jak zjadę na dół i później tymi jednokierunkowymi do góry jak w labiryncie, to stracę przynajmniej 1,5h i wtedy jest ryzyko że nie zdążę na camping przed zamknięciem recepcji. Trudno, musiałem ruszyć w kierunku wyjazdu z Monaco. Ale jak ktoś myśli, że szast, prast i jestem za rogatkami, to się myli. Aha, w Monaco nie miałem połączenia z Internetem, bo w Monaco wysokie stawki znowu za neta. To dlatego nawigacja w labiryncie wysokich budynków działając wyłącznie w oparciu o GPS bez wsparcia nadajników GSM kompletnie wariowała. Do tego jeszcze te tunele… No właśnie. Chcesz wyjechać z Monaco, to musisz jechać tunelami. I znowu tunel w którym jadę balansując jak najbliżej prawej krawędzi, na najwolniejszym biegu, bo nachylenie miejscami 10%. Tunel cały czas zakręca, więc nie widać ile jeszcze zostało. Pół godziny, godzina i jeszcze trochę. O rany! Naprawdę mnie ten tunel dojechał! Zaraz za nim stanąłem na stacji, kupiłem mój nowy ulubiony napój „Pulco” lemoniada bez dodatku cukru (choć powinienem pić słodkie) i mogłem jechać dalej.
Kolejnym większym miastem na trasie była Nicea. Tutaj już przepychu było znacznie mniej, ale i tak sporo aut na rejestracji monakijskiej, ładnie pachnące ładne dziewczyny choć już nie w takich ilościach jak w Monte Carlo w Monaco. Bo Monte Carlo to jedna z dzielnic Monaco. Coraz więcej jednak różnego rodzaju ludności napływowej – ciemnoskórych i arabskojęzycznej.
Gdy dojechałem wreszcie do Cannes, wiedziałem już na pewno, że nikt mnie nie przygarnie na noc. Został mi camping. Miałem takie wielkie oczekiwania względem tego co zobaczę w Monaco, Nicei czy w Cannes właśnie… Chyba liczyłem na to, że zobaczę tu gwiazdy wielkiego ekranu… A przecież goszczą oni w tym miejscu niemal wyłącznie raz w roku w czasie festiwalu! Przejeżdżałem obok miejsca gdzie rozwijany jest czerwony dywan, ale gwiazd żadnych nie dostrzegłem, chociaż piękna ciemnoskóra dziewczyna na chwilę przykuła moją uwagę i nie tylko moją, bo chwilę później usłyszałem gwizdy i klaksony! Może to jakaś tutejsza gwiazda? A ja jej nie znam? W każdym razie pięknej urody smukła, o dumnej wyprostowanej pozie.
A ponieważ miałem jeszcze czas, stwierdziłem że należą mi się wakacje i mogę iść na plażę. Dojechałem więc w miejsce gdzie był bar na plaży, na promenadzie zapiąłem swój rower na który mogłem mieć oko z plaży ogólnodostępnej.
Przebrałem się w przebieralni restauracji, rozłożyłem mój mały ręcznik i poszedłem pływać. Spytacie, a gdzie portfel, telefon itd? W koszulce na ręczniku, pod czapką. Też się obawiałem, dlatego miałem cały czas oko i na mój dobytek na ręczniku i na rower.
Och jak przyjemnie się zanurzyć w zimnej morskiej wodzie, gdy cały dzień jedziesz spocony na rowerze! Ciężko znaleźć coś bardziej w takiej sytuacji relaksującego. Spłukałem się słodką wodą i położyłem na słońcu. Chwilę później zorientowałem, że chyba przysnąłem z tego relaksu i nie wiem, jak długo leżę. Sprawdziłem zegarek, nie ma tragedii. Rzut oka na rower- stoi z sakwami. To jeszcze raz do morza, spłukanie, przebranie się wypicie coli i mineralnej w barze i hop na rower. Do domu!
Ostry podjazd do campingu i raz do recepcji. Rzutem na taśmę zdążyłem. Jest 19:30. O tej godzinie zamykają recepcję. Bonsoir! Reservation? Email. Potem cała litania po francusku. Englese? No! Google translate. Daję jej, że rezerwowałem, ale nie raczyli odpisać, że tylko dzisiaj noc dla mnie i mały namiot… Reservation, reservation. Zacięła się. Dzwoni do jakiejś koleżanki. Reservation. Szukają. Nie znalazły. Maila szukają. Też nie mogą znaleźć. Niezły bajzel. Grzecznie powtarzam w kółko, że wysłałem maila, że muszę dzisiaj gdzieś spać, że gorąco, że 120 km rowerem przejechałem, że popatrz kobieto jak wyglądam? Nie przygarniesz mnie na camping? Serio?!?
W końcu skapitulowała. Spisała moje dane, dała mi formularz do wypełnienia. Pytam się ile kosztuje camping i czy można kartą płacić? Nie, tylko gotówką. Daj 10 €. Jedź za tym gościem, on Ci pokaże gdzie możesz namiot rozbić. Pięknie podziękowałem, choć trochę byłem zły za cały ten cyrk. Sympatyczny gostek dał mi miejsce w cieniu wysokich drzew. Blisko kolei, więc znowu będą pociągi jeździć w nocy… Trudno. Tu toaleta. A gdzie restauracja? Tam, ale dzisiaj musisz tam szybko iść, bo impreza, wybory małej miss…
Pytam o prąd. Pokazuje skrzynkę z wtykami kamperowymi na trzy bolce. Translatorem pytam się, gdzie mogę pożyczyć przejściówkę. W recepcji. Kaucja 40€. No dobra. Pojechałem z nim meleksem po adapter do prądu. Dałem babce 50 euro, a ta oddała moje 10. Jutro rano kaucję odzyskam. Wykąpałem się i ubrałem do restauracji. A tam rzeczywiście stoliki wszystkie porezerwowane i nakryte, ludzi tłum siada przy stolikach. Pytam ochroniarza, z kim gadać, żeby zamówić sobie jedzenie, on rozkłada ręce i mówi, że dzisiaj to chyba nie dam rady zjeść. Sklepik jest obok a tam babka z recepcji za ladą. Wziąłem 1,5 l picia Schweppes i 2 jogurty na jutro rano. Pytam, czy nie da się coś zakombinować z jedzeniem? Nie, bo jest impreza i tyle. Trudno. Zagaił do mnie obok mojego namiotu sympatyczny brodaty jegomość. Spytał skąd jestem, skąd przyjechałem dzisiaj. Spytałem go o jedzenie, to powiedział, że w centrum Cannes mają dobre kebaby. Ale mnie się już absolutnie nie chciało dzisiaj jeździć rowerem, a taksówki nie chciałem brać. Byłem zbyt zmęczony na takie eskapady. Gostek poczęstował mnie puszka coli ze swojej lodówki, taką pyszną zimną i podzielił się ze mną ciastem. Pogadaliśmy chwilkę i poszedł na tą imprezę.
Strasznie byłem zmęczony. Szybko zasnąłem.
A w kolejnym dzienniku podróży będzie o drodze z Cannes do Saint Tropez i dalej, aż zmordowany, zmęczony ciągłymi podjazdami w upale i koniecznością korzystania z campingów podejmuję pewną decyzję.
Do zobaczenia!
Piotr i Wilk
