Koh Tao – urocza „Żółwia wyspa”

Koh Tao, to niewielka, mająca nieco ponad 21 km2 wyspa oddalona ponad 70 km od lądu, położona w zatoce tajskiej. Koh Tao oznacza „Żółwia Wyspa”, gdyż w nieodległej jeszcze przeszłości żółwi morskich było tutaj sporo! Na tyle wiele, że miejscowi opowiadają o plażach czarnych od maleńkich żółwików zasuwających po wykluciu się do morza.
Przez wiele lat wyspa była niezamieszkana. Zatrzymywali się tutaj sporadycznie rybacy z okolicznych wysp chcąc przeczekać sztorm lub odpocząć przed dalszą drogą. Od 1933 roku wyspa była wykorzystywana przez ówczesne władze Państwa Syjamskiego (jak wówczas nazywano Tajlandię) jako więzienie dla skazanych na wyroki polityczne. Więzienie istniało tutaj aż do 1947 roku, gdy po zmianie władz, nowy premier przeprosił więźniów i ich wypuścił. Na wyspę przeniosło się dwóch bliźniaków, którzy zamieszkali tutaj i prowadzili proste życie. Do nich z biegiem czasu zaczęli dołączać mieszkańcy okolicznych wysp i lądu. Uprawiali orzechy kokosowe, warzywa, łowili ryby. Dopiero w latach osiemdziesiątych zaczęli się tutaj pojawiać turyści, których przyciągało naturalne piękno wyspy i bogactwo podwodnej fauny i flory, rafy koralowe i doskonałe warunki do nurkowania. Obecnie Koh Tao jest przede wszystkim centrum szkoleniowym dla nurków przy okazji jakby będąc miejscowością turystyczną. Tutaj bowiem wystawianych jest corocznie około 70% certyfikatów ukończenia szkolenia podstawowego z nurkowania jakie są wystawiane na całym Świecie! (nie jestem przekonany, że to prawda, ale tak mówią)

Ale ale! Przecież w ostatniej relacji byliśmy w górskim Chaing Rai na północy Tajlandii, a Koh Tao jest w zatoce tajskiej na południu. Jak to się stało, że się tam znaleźliśmy? To proste – spakowaliśmy się i opuściliśmy Ti Amo Hostel.
OK – szybkie podsumowanie tego miejsca. Atrakcyjna cena, świetna lokalizacja, bo absolutnie wszędzie mieliśmy stąd blisko (night markety, street markety, Barrab czy inne restauracje, nawet dworzec autobusowy blisko). Niezbyt wygodny materac, słaba – nawet bardzo słaba łazienka, której zdecydowanie przydałby się remont no i te gniazdka, z których wypadały wtyczki. Śniadania bardzo bez szału. Ogólnie – jeśli będziemy ponownie w Chaing Rai, rozejrzymy się za innym miejscem.

Na lotnisko pojechaliśmy taksówką – samochodem (bo TAXI w Azji niejedno ma imię). Lotnisko niewielkie. Kolejka była jednak spora. Na szczęście zdążyliśmy dzięki zapasowi czasu. Przelecieliśmy Thai Lion Air do Bangkoku i stamtąd drugim samolotem do Surat Thani, czyli dużego miasta nad zatoką tajską. Stamtąd mieliśmy wykupiony „transfer” z lotniska do portu. Był to mały busik, którym przewieziono nas z bagażami do portu.

Co było dalej, to osobna historia, którą Wam opowiem przy okazji opisu różnych środków transportu w Tajlandii – taki przewodnik dla tych, którzy nigdy nie byli w tym kraju i chcą się dowiedzieć więcej o tym. Dzisiaj utnę krótko, że dostaliśmy się do naszego ośrodka na wyspie po 20. Także zajęło nam cały dzień, żeby wreszcie móc odpocząć w bungalow – chatce, którą wzięliśmy w ośrodku Muszla (Seashell Resort Koh Tao).

Trochę się odświeżyliśmy i ruszyli wgłąb wyspy, bo byliśmy potwornie głodni. Wpadliśmy do pierwszej restauracji, która nam się wydała sympatyczna i zamówiliśmy curry z kurczakiem i ryżem oraz zupę. Ceny troszkę wyższe niż w Chiang Mai czy Chiang Rai, no ale to zrozumiałe – w końcu na wyspie może być drożej? Od razu spodobała nam się atmosfera tego miejsca – ta multikulturowość, bo słychać było różne języki od angielskiego, przez francuski, hiszpański po rosyjski i słowiańsko brzmiący – chyba serbski. Ludzie wyluzowani wyglądający niemal wszyscy bez wyjątku na backpackersów, więc bardziej jak my niż jak zamożni, kasiaści turyści z USA, którzy za obiad płacą 200$ bez zastanowienia. Atmosfera luzu, imprezy w stylu wyspy energetyka na Solinie. Peace, Love and Rock and Roll – normalnie jak festiwal w Woodstock z 1969 roku. Luz, wszędzie uśmiechnięci ludzie, uprzejmość i sympatia wszędzie dookoła.

Tak – słyszeliśmy o tym, a idąc do naszego domku widzieliśmy wyraźnie – ludzie tutaj zamawiają alkohol nie w szklankach, lecz w dość sporych plastikowych wiaderkach – takich zabawkowych. Ilość słuszna, ale co to dla naszej spragnionej dwójki!
W wąskich alejkach pomiędzy hotelami i ośrodkami, którymi chodziliśmy można było znaleźć i spotkać niemal wszystko, co wyspa miała do zaoferowania. Łącznie z LadyBoyami, którzy wyróżniali się w tłumie nieprzeciętnie wysokim wzrostem, wyzywającym makijażem i bardzo eleganckimi damskimi ciuchami. Problem tylko w tym, że to faceci wyglądający na naprawdę niezłe laski. Rzeczywiście nie ma się co dziwić, że po sporej ilości alkoholu i imprezie zdarzają się przypadki, że taki turysta budzi się obok takiej laski i oprócz mieszanych uczuć i kaca pozostaje mu kac moralny z którego wyjść ciężko do końca życia, albo to właśnie początek nowego rozdziału w życiu! To zależy…

Plaża (Sairee Beach) przy której był położony nasz ośrodek była położona po zachodniej stronie wyspy, co ma duże znaczenie dla „spektakularności” zachodów słońca. Plaża ładna i bardzo popularna. Mimo to nie mieliśmy żadnych problemów ze znalezieniem sobie miejsca w pewnym odosobnieniu od innych ludzi. Śniadanie w Seashell Resort, to coś wspaniałego. Restauracja bowiem jest przy plaży, a stoliki przy których można śniadanie zjeść są na tarasie właśnie na plaży. Oprócz tego wybór jedzenia na śniadanie – w formie szwedzkiego stołu – był ogromny. Nie brakowało absolutnie niczego. Dlatego śniadania na plaży Sairee Beach w naszym ośrodku, to była czysta rewelacja!

Oczywiście całe dnie odpoczywaliśmy, opalaliśmy się. W końcu była to ta część naszej przygody w Tajlandii, w której był czas na relaks. Morze wspaniałe – ciepłe, czyste. Plaże równie czyste i nie tak tłoczne jak u nas nad Bałtykiem. Piechotką blisko do restauracji z przyzwoitym jedzeniem, do 7eleven czy straganów z owocami, dlatego nie mieliśmy absolutnie żadnej motywacji do brania skutera, żeby dostać się w inny rejon wyspy.
Na plaży Sairee jest kilka charakterystycznych punktów, jak chociażby palma wychylona nad wodę czy huśtawka na brzegu morza na plaży. Przypływy bardzo mocno przesuwały granicę wody na plaży, z kolei odpływ mocno cofał wodę.

Na plaży oczywiście ceny są naprawdę wysokie – za jakiekolwiek drinki, czy jedzenie. Wystarczy jednak ruszyć się dosłownie kilka kroków z plaży w alejce między hotelami i poszukać jakiegokolwiek sklepiku, czy baru i można już w normalnej cenie cieszyć się butelką wody, przekąskami, czy drinkiem. Jedzenie na Koh Tao nie zapadło nam jakoś wybitnie w pamięci. Żałujemy jedynie tego, że nie dane nam było spróbować jedzenia w restauracyjce 995 Roasted Duck. Po prostu w dzień, kiedy zaplanowaliśmy tam spróbować jedzenia, okazało się, że cała ekipa tego miejsca wyruszyła świętować Chiński Nowy Rok.

Pierwszego wieczora zjedliśmy w Local Cafe i było w porządku jeśli chodzi o jedzenie. Obsługa ze świetnym angielskim, uprzejma, szybka i sympatyczna. Ogólnie – spoko.

Kolejnym razem zjedliśmy w Pork Leg Sairee Kohtao. Było smacznie. Lepiej niż w poprzednim miejscu, ale obsługa nie dawała sobie rady. Do zamówienia tutaj przekonała mnie Pani, która pracowała na kuchni. Obserwując ją w pracy, gdy przechodziliśmy obok ulicą, nabrałem przekonania, że ta Pani naprawdę wie co robi. A jeśli wie, co robi, to jedzenie MUSI być smaczne. I było! Zupa Tom Kha Gai – kokosowa z kurczakiem była aromatyczna, ale kompletnie nieostra! I bardzo mała porcja. Sałatka Patrycji z papają za to była doskonała! Shake z dragon fruit (smoczy owoc) był również smaczny. No i tutaj resztę dobrego wrażenia zepsuła obsługa, na którą trzeba było długo czekać, zanim weźmie zamówienie, przyniesie zamówienie i wreszcie podejdzie po zapłatę. Z tego powodu już tu nie wróciliśmy.

Kolejne miejsce, które miało dobre opinie, to była knajpka dokładnie po drugiej stronie drogi co wcześniejsza – Mama Tam.
Swojsko brzmiąca nazwa, nieprawdaż?
Byliśmy tutaj dwukrotnie, ale nie polecimy Wam tego miejsca, bo jakkolwiek obsługują fajne niezbyt znające język angielski dziewczyny, to za każdym razem coś się nie zgadzało. Pad Thai z kolei zaś był najbardziej mokrą wersją skąpaną w jakimś sosie pomidorowym przez co kompletnie posklejany – ciężko się to jadło. Jedyny Pad Thai w Tajlandii w takiej formie podany, więc zakładam, że to wyjątek – nieudana pozycja po prostu. Mussaman z kolei powinien być czerwony (zresztą na zdjęciach w menu też jest czerwony), podczas gdy my dostaliśmy coś w kolorze zielonym. A ponieważ mussaman jedliśmy pierwszy raz, to nie byliśmy pewni tak naprawdę, co to dostaliśmy… W każdym razie jest tutaj tanio – Mussaman kosztował 60 Bahtów a pad thai z kurczakiem był za 50 Bahtów.

Ostatnie miejsce, to noodle bar, który będę pamiętał jako miejsce, gdzie na pełny regulator leciało reggae, bo tak lubiał właściciel (koleś obsługujący w knajpie). Przez to gorzej się rozmawiało z Patką, ale wołowina z szerokimi nudlami była naprawdę dobra! Kosztowała 80 Bahtów.

Codziennie wieczorem wstępowaliśmy na drinka (bądź dwa) z wiaderka w drodze do naszej chatki w Seashell Resort. Miejsc w których można się tak napić w tym rejonie jest sporo. My jednak upodobaliśmy sobie jedno miejsce, w którym obsługiwała bardzo sympatyczna Tajka w średnim wieku. Po całym dniu prowadzenia sklepu ze sprzętem do nurkowania (głównie firmy PADY’s), rozstawiała rolbar przed sklepem, kilka stolików i zaczynała drugą zmianę. Pomagał jej w tym jakiś młody chłopina, ale on drinków nie potrafi robić dobrych. Co innego ta Babeczka! Polecam to miejsce na Walking St.

Bucket full of booze, czyli wiaderko pełne alkoholu 🙂

Wyspa Nang Yuan

Słyszeliśmy że warto wziąć „taxi boat” i wybrać się na sąsiednią malutką wysepkę Nang Yuan. Dlatego po sytym śniadaniu trzeciego dnia na wyspie, udaliśmy się łódką zobaczyć, co tam się dzieje nieopodal. O umówionej porze rano wsiedliśmy z kilkoma innymi turystami na drewnianą łódkę zapędzaną silnikiem na długim wysięgniku.

Nang Yuan, to tak naprawdę dwie małe wyspy połączone ze sobą dość wąskim pasem piaszczystej plaży. Mniej więcej pośrodku tej piaszczystej plaży z boku jest maluteńki kawałek ziemi wystający z wody – wystarczający do tego, by można było zrobić małą keję dla przybywających na wyspę. Wstęp na wyspę jest płatny. I od tego momentu zaczynamy doświadczać komercjalizacji na poziomie, który w Empire State Building w Nowym Yorku mnie zdumiał. Dosłownie – z rozdziawioną buzią nie mogłem się nadziwić a moja mina dokładnie pokazywała, co się działo w mojej głowie! To było wielkie pytanie: „a to tak można???” Sztuka wyciągania pieniędzy z portfeli turystów na tej wyspie była dopracowana w najmniejszych szczegółach. Sama wyspa jednak, punkt widokowy na szczycie jednej z wysepek i rafa koralowa przy plaży, gdzie można ponurkować i podziwiać kolorowe, zachwycające rybki w ich naturalnym środowisku oraz plaża – to wszystko warte jest pojawienia się i sypnięcia groszem.

Korzystając z tego, że gdy przybyliśmy, było jeszcze niewiele turystów, najpierw ruszyliśmy pooglądać. W ten sposób wdrapaliśmy się na punkt widokowy. Chętnych na zrobienie tego samego nie było jeszcze tak wiele, jak dosłownie kilkanaście minut później, gdy już schodziliśmy w dół i mijaliśmy tych wszystkich zdyszanych i spoconych śmiałków. Punkt widokowy, to kilka sporych głazów, na które trzeba się wdrapać. Nie ma żadnych zabezpieczeń – tylko zdrowy rozsądek.

Gdy przechodziliśmy przesmykiem pomiędzy portem a mniejszą wyspą, woda była mniej więcej po pas. Gdy wracaliśmy było ciut głębiej. Wniosek – suchą stopą nie przejdziesz aż do odpływu. Znaleźliśmy sobie miejsce na piasku i choć nie było to dozwolone (nie chcieliśmy brać drogich parasoli i leżaków) poza nami podobnych cwaniaczków było sporo. Piasek prażył, dlatego szybko pozbyliśmy się ciuchów i poszliśmy do wody. Woda piękna! Przejrzysta. Dzień wcześniej wypożyczyliśmy dwa zestawy do snorkingu, czyli maski i fajki, by można było ponurkować i pooglądać rafę koralową. Oj było co oglądać. Zarówno po wschodniej jak i po zachodniej stronie. Mnóstwo niezbyt płochliwych kolorowych rybek. Mniejszych i całkiem sporych. Do tego wszystkiego żyjąca rafa koralowa. Podwodna eksplozja kolorów, kształtów i życia. Coś przepięknego. A ponieważ Koh Tao, to centrum szkoleniowe nurków, to i tutaj przy rafie nurkując mogłem podpatrywać, jak całe szkółki uczyły się podstaw nurkowania i poruszania pod wodą z akwalungami. Nie wzięliśmy w takim szkoleniu udziału. Może kiedyś?

W ten sposób co chwilę nurkując i opalając się spędziliśmy tutaj większość dnia. A że mieliśmy ze sobą coś do jedzenia i picia, to nie mieliśmy potrzeby zaglądać do restauracji. I dobrze, bo gdy poszliśmy już z powrotem do łodzi, widzieliśmy te dzikie tłumy turystów w restauracji,brak miejsc siedzących. Głośna muzyka i gwar to i tak nie drażniło tak bardzo jak… No właśnie! Chińscy turyści. Poznać ich można nie tylko po niskim wzroście i skośnych oczach, lecz przede wszystkim po zadziwiająco małym dystansie do pozostałych i baaaaardzo głośnym krzyku! Właśnie tak – ocierają się o Ciebie i nie widzą w tym nic zdrożnego. I dzieci i matki, starsi, młodsi. Potrafią nagle stanąć niemal na Twoich stopach, po czym obracają się do Ciebie twarzą i zaczynają się drzeć do kogoś, kto stoi metr za Tobą. Tak jakbyś nie istniał a osoba do której się drą, jakby stała 200m stąd. Obłęd! W tym wszystkim trzeba pamiętać, że już wiadomo było o wirusie, który spowodował zamknięcie całego wielkiego miasta Wuhan. Zdecydowanie chińscy turyści nie przypadli mi do gustu. Widać było na twarzach turystów zachodnich zdziwienie i bezsilność na takie zachowanie. Ktoś Cię potrącił? A to na pewno chińska Matka, która nagle zmieniła kierunek chodu. Ktoś Ci stanął na nodze? Eee to tylko chińskie dziecko. Przecież nic się nie stało. Przystanąłeś w cieniu czekając w kolejce do portu na łódkę? To nagle 5cm od Twojego ucha jakiś chiński dzieciak drze ryja prosto w Twoje ucho, bo chce dać swojej matce znać, że nie chce picia!!! Matka stoi 20 cm od Twojego drugiego ucha. Ot chińscy turyści!
A ja myślałem, że Włosi są głośni… 🙂

Podsumowując – Koh Tao, to wspaniałe miejsce na relaks. Spędziliśmy tutaj 3 dni. Przypłynęliśmy 21 stycznia wieczorem i 24 rano popłynęliśmy na sąsiednią wyspę Koh Phangan.
Spektakle zachodów słońca oglądaliśmy codziennie sącząc drinki na plaży. Atmosfera panująca na wyspie luźna, trochę hippisowska, skłaniająca do zawierania nowych znajomości. Ludzie naprawdę wyluzowani i ogólnie tempo życia o wiele wolniejsze niż w zatłoczonym śpieszącym się nie wiadomo gdzie Bangkoku. Do tego cała ta „nurkowa” kultura. Wszak to miejsce kultowe dla wszystkich pasjonatów nurkowania. Jedzenie nie zachwyciło nas tak jak na północy Tajlandii. No i te widoczki jak z pocztówki! Zapamiętam je na długo!

A już w kolejnej relacji płyniemy na większą sąsiednią wyspę Koh Phangan gdzie będziemy w miejscu znanym na całym Świecie z „Full Moon Party”!

VLQ

Zostaw komentarz