Po wylądowaniu na lotnisku JFK w Nowym Jorku i odczekaniu w kolejce na wystarczająco dużą taksówkę, wciskam przycisk na klapie bagażnika tej taksówki by trochę pomóc kulejącemu kierowcy. Na klapie dostrzegam napis „I am FreeMason”. Starszy ode mnie ciemnoskóry mężczyzna najpierw sporo dyskutuje z Grażyną na temat najlepszej trasy dojazdu do Riverside Drive, później ze szczegółami opowiada o swoich perypetiach z nogą – przyczyną kulenia. Gdy wysiadaliśmy z auta na miejscu spytałem o tą naklejkę na klapie ciekaw, czy to dla jaj, czy się przyzna? Gościu z ogromnym zaangażowaniem odpowiedział na pytanie „are you free mason?” „Yes! I’m a brother!” Ciekawe, czy wciąż jest taka selekcja do związków wolnomularskich jak niegdyś, czy też to wyłącznie kwestia chęci? Ciekawi mnie to o tyle bardziej, że już następnego dnia mijałem budynek z dużym napisem na nim „Masonic Temple”…
W Nowym Jorku zatrzymujemy się u Mamy Pati, czyli Teścióweczki Grażyny. Mieszka ona w budynku Riverside Dr 765 czyli przy brzegu rzeki Hudson na Manhattanie nieopodal stacji metro przy 157 ulicy. To stary budynek, bo z 1928 roku i pomimo remontów wciąż zachował swoje oldschoolowe elementy. Na poczatek, stary domofon. Wciąż działa. Gdy wejdziemy dalej jesteśmy w sporym patio wykończonym pięknie w drewnianych elementach i rzeźbionych zdobieniach. Jest kominek! Oprócz tego jest dwie windy. Jedna była dla mieszkańców (z obsługą) a druga dla służby (ta mniejsza samoobsługowa). Co prawda służby już od dawna nie ma, ale większa winda nadal jest obsługiwana przez Pana windziarza. Do mieszkania Grażyny nadal oprócz głównego wejścia są drzwi (co prawda zamknięte i nieużywane) dla służby. Na każdym piętrze jest skrzynka pocztowa US Mail do której wrzuca się listy do wysłania i trafiają one właśnie do głównej skrzyni w patio. Stamtąd codziennie listonosz odbiera listy po dziś dzień! Do tego dochodzą różne elementy w budynku i w mieszkaniach typu drzwi, elementy dekoracyjne drewniane, kafelki, stare oświetlenie czy włączniki. Konserwowane po dziś dzień wciąż działa i nie ma potrzeby tego wymieniać! To wspaniałe! Podobne podejście widzialem w Szwecji, gdzie w hotelu i w zamku w którym miałem okazję uczestniczyć w ślubie mojego Przyjaciela, również widziałem podobne troskliwe podejście do starych ale wciąż działających urządzeń, elementów. Lubię to!









Ponieważ za chwilę lecimy do Puerto Rico, to potrzebujemy mobilnego internetu dla naszej trójki, by dało się wygodnie funkcjonować. Chodzi o dostęp do mapy, informacji o lokalizacji, płatności online, komunikacji z innymi poprzez komunikatory a nie telefonicznie itp. Poszliśmy więc do metro, czyli Subway. Doładowaliśmy jedną z MetroCard by móc płacić za przejazdy. MetroCard można doładować gotówką i kartą. Jeden przejazd nowojorskim metro kosztuje 2,75$
Pojechaliśmy linią 1 do stacji na 79 ulicy. Mimo tego, że była niedziela, większość sklepów, kawiarni, knajp i punktów usługowych była czynna. Salon T-Mobile otwierał się o 12:00. Musieliśmy poczekać, więc zrobiliśmy małe zakupy, usiedliśmy zjeść i się napić przy wejściu do pobliskiej stacji Subway.
Kilka minut po 12 wchodzimy do salonu T-Mobile. Podchodzi do nas potężny ciemnoskóry jegomość pytając, co nam potrzeba? W tym momencie spłoszony ogromny karaluch wbiega wprost w jego kierunku wgłebi salonu. Facet ze stoickim spokojem spytał, czy robal wbiegł razem z nami i postawił buta na pięcie z uniesionym czubkiem, by tego robala rozdeptać z głośnym plaskiem! W tym momencie Patka dostrzegła robala, buta tego Gościa i na wszelki wypadek zapiszczała z przerażenia. Facet na to grzecznie i spokojnie wprosił nas wgłąb salonu, a wykorzystując Patki odwrócony wzrok dyskretnie docisnął stopą karalucha ani myśląc podnosić stopę do momentu gdy Patka nie zniknie z jego widoku. Opiekuńczy, troskliwy gość! Zajął się nami Serb, który sprawnie pomógł nam wybrać co potrzeba, czyli dostęp do Internetu bez limitu jako prepaid ważny przez 1 miesiąc za 50$. Ale jeszcze podatek i coś tam (chyba za fizyczną kartę) i wyszło ostatecznie 66,53$. Najważniejsze jednak, że mogę włączyć w telefonie z tą kartą hotspota i dzięki temu to łącze udostępnić na telefony dziewczyn i jakieś inne urządzenia.
Pojechaliśmy na Penn station by z dworca LIRR (Long Island Rail Roads) pojechać pociągiem do Huntington na Long Island do naszych Przyjaciół Dagmary i Scotta. W godzinę i 10 minut byliśmy na miejscu. Dagmara zgarnęła nas z dworca i zabrała do nich do domu. Zjedliśmy coś i ruszyliśmy zobaczyć okolicę. Dagmara i Scott mieszkają w Centerport i oprócz dzielnicy domów jednorodzinnych bardziej i nieco mniej okazałych położonych na pagórkowatym terenie są jeszcze zatoki okalające wyspę. A tam marina i całe mnóstwo żaglówek i łodzi zacumowanych na bojach w akwenie zatoki. Pogoda piękna, to zachciało nam się spacerów. Park gminny ze sporym oczkiem wodnym niemal całkowicie przejęty przez gęsi kanadyjskie zostawiające po sobie mnóstwo brązowych oznak swojej obecności.


W Northport poczułem się trochę jak w jakimś małym porcie skandynawskim. Dania? Norwegia? Szwecja? Podobnie w każdym razie. Wzięła nas ochota na lody, więc wstąpiliśmy do Northport Sweet Shop, który lody kręci ponoć od 1978 roku. Chcieliśmy po jednej najmniejszej porcji różnych lodów, ale Pan który nas obsługiwał w sumie to niewiele miał do naszych wyborów i podawał wedle własnego uznania. Smaki z grubsza się zgadzały, porcje dostaliśmy 2-3 razy większe więc nie ma co marudzić.








Po powrocie do domu Dagi i Scotta, dzieciaki zostały z Babcią Krysią, a my ubraliśmy się nieco lepiej i pojechaliśmy na kolację, bo udało się Dadze zrobić „w tym super popularnym miejscu” rezerwację. Mowa o Farm Italy. Obsługa fantastyczna! A jedzenie! Uh la la! Coś wspaniałego! Zamówiliśmy trzy startery, którymi się podzieliliśmy, zresztą podzieliliśmy się wszystkim. I dobrze, bo dzięki temu wyszło, że moje papardelle z wołowym bolognese było najsłabszą pozycją, a pozostałe potrawy wyśmienite. Sosy w tych potrawach to był majstersztyk! Do tego stopnia że poprosiliśmy jeszcze o pieczywo dodatkowo, by móc wyczyścić talerze z tych wspaniałych sosów. Do tego dobre wino, cudowne towarzystwo i przepis na niezapomniany wieczór gotowy!




Wieczorem już w łóżku chwilę się zastanawiałem, czy dobrze bym się czuł żyjąc w tym amerykańskim śnie? Mam na myśli, czy odnalazłbym się w tym osiedlu domów jednorodzinnych z przystrzyżonymi trawnikami, brakiem płotów całkiem lub ewentualnie jakieś trzy belki pomalowane na biało bardziej jako akcent dekoracyjny niż rzeczywista granica działki mająca zwiększyć poczucie bezpieczeństwa mieszkających w domu otoczonym takim ogrodzeniem. Ten wszechogarniający porządek na ulicach, chodnikach, podjazdach, trawnikach, werandach domów. Ten spokój i luz mieszkańców. Te znaki stop co kilka przecznic na których wszyscy kierowcy grzecznie i niespiesznie się zatrzymują. I na koniec ogromne łóżko w którym leżę należące tak jak i pokój do starszej z córek moich amerykańskich Przyjaciół. W pokoju jak to w USA jest garderoba, w której oprócz ubrań i innych rzeczy można się też schować. Wszędzie na ścianach zdjęcia rodzinne. Wszyscy piękni, uśmiechnięci. W prysznicu regulacja temperatury pokrętłem z termostatem, a o temperaturę w pokojach dba AC które poprzez kratki nadmuchuje odpowiednio ogrzane bądź schłodzone powietrze odpowiednio jonizowane i nawilżone. Większość samochodów tutaj, to wielkie, wygodne, super wyposażone maszyny! Większość jest nowa, maksymalnie kilkuletnia, ale nawet starsze auta wyglądają o niebo lepiej niż u nas w Polsce. Rupieci skorodowanych kilkunasto czy kilkudziesięcioletnich nie widziałem. Przynajmniej tutaj. Jeśli auto stare, to takie z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych ale wyglądające jak milion dolarów! Co ciekawe, gdy spytałem Scotta, czy nie przeszkadzają mu kable wiszące na drewnianych słupach niemal wszędzie, a miejscami wręcz takie grube kable napięciowe plus sporo telekomunikacyjnyh że wygląda to prawie jak w Bangkoku? Odpowiedział, że przecież gdzieś te kable muszą biec i nie ma z tym problemu. Tymczasem u mnie w Polsce coraz częściej słyszę głosy ludzi, którym jakikolwiek kabel nad „jego ziemią” przeszkadza strasznie i domaga się on usunięcia kabla grożąc od razu sądem. A co!
Spodobał mi się ten amerykański sen. Odnalazłbym się tutaj. Ciekaw jestem czy mieszkańcy tego i podobnych miasteczek budzą się z poczuciem „Yeah! I’m living the American dream”…?
