Lecimy do USA

Nie mogłem spać przed wylotem, więc pakowałem się, prasowałem swoje ubrania. W końcu po 6 zamknąłem na niedługo oczy. O 7 pobudka. Chciałem zamówić taksówkę 40 min wcześniej. 1791919 nam odmówiła. Powodem było to, że lecimy w trójkę. Ja na miesiąc, Dziewczyny na półtora miesiąca, więc każde z nas ma po dużej walizce, po jednej kabinowej walizce i każde ma plecak bądź torbę podręczną. Potrzebne jest więc duże auto. Tu nie mają takiego. Dzwonię więc na super taxi. Mają. Wysłali do nas Citroena Picasso. Dziewczyny na luzie, ja już troszkę zestresowany. Dostałem wiadomość, że taksówka czeka. Wziąłem te 3 największe walizki i zszedłem na dół. Taksówki nie ma. Dzwonię. Dystrybutorka zrozumiała adres z numerem bloku 35 ale bez „f”. Taksówka czeka 4 bloki niżej. Zmieściliśmy się i dojechaliśmy przed czasem na dworzec. Jeden stres mniej.

Na dworcu PKS w Rzeszowie nawierzchnia chodników i całego placu manewrowego swoje lata świetności z lat 80-tych dawno ma za sobą… Ciężko po tej chropowatej nierównej nawierzchni ciągnąć walizki. Nie mogę się doczekać gdy wreszcie i tutaj generalny remont się w końcu odbędzie. A póki co, to mamy dwie zmiany od lat dawno i słusznie minionych. Wyświetlacze na których są podawane kursy odjazdów i przyjazdów autobusów. Niestety są wysoko umieszczone na zadaszeniu dworca na trzech stronach i na tyle małe litery, że poza mną, nikt nie widział co tam jest napisane. Ale to nie problem, bo na co drugim słupie podtrzymującym zadaszenie „przystanków” na tym dworcu są wyświetlacze gdzie te kursy są podane. Szkoda tylko że są słabo czytelne i znowu tylko ja widzę co na nich jest podane. Ale jest przycisk dla niewidomych na dole. Jagoda go wcisnęła i ku uciesze bądź rozdrażnieniu pozostałych czekających jak my na autobus, lektor zaczął czytać to co na tym wyświetlaczu jest plus wszystkie przystanki na których zatrzymują się autobusy każdej z tych linii wymienionych na wyświetlaczu… Sporo tego było. Ale to nie koniec atrakcji w naszej stolicy innowacji! Pod wyświetlaczem taka plastikowa puszka przymocowana a na niej napis „ładowanie USB”! Wow! No to Rzeszów -Stolica innowacji pełną gębą! Tyle tylko , że jak się przyjrzeć jakość wykonania, wysokość na jakiej jest ta ładowarka plus jej umieszczenie nad koszem zdecydowanie jaki pamiętam z czasów mojego dzieciństwa w latach osiemdziesiątych, to zdecydowanie zastanawiam się, co poszło źle? Myślę że rozmowa wykonawcy inwestycji wspartej środkami unijnymi pod tytułem „remont dworca autobusowego PKS w Rzeszowie stolicy innowacji na miarę 21 wieku” musiała wyglądać tak: Panie Kierowniku, tutaj jest napisane że na co drugim filarze ma być ładowarka USB. Ale jak to ma wyglądać? Nie wiem Marek. Ty tu jesteś elektrykiem. Masz 1000 zł i zrób te ładowarki na co drugim filarze. Ale jak to ma wyglądać? Nie wiem. Zrób tak, jakbyś to zrobił u siebie w domu!
No i mamy jak u Marka w domu. Byle jak, byle by było, a wygląd nieistotny. Po taniości, tak po polsku. Słabe to…
Dla porównania zobaczcie jak to wygląda w NYC…

Neobus przyjechał planowo, wziął pełny komplet pasażerów z Rzeszowa i na czas dojechał na lotnisko.
„Check in” czyli odprawa bagaży bezproblemowa, nadaliśmy oprócz dużych trzech jeszcze dwie walizki kabinowe do luku bagażowego, bo pojawiła się taka opcja co Pani z Lufthansy przyjęła z życzliwym uśmiechem (chyba lubi to). Moją walizkę kabinową wziąłem ze sobą, bo mam tam drona i elektronikę głównie, a to nie powinno trafić do luku bagażowego, gdzie ciśnienie jest inne niż w przedziale pasażerskim. Jagoda z Patką poprzekladały szybko ze swoich walizeczek do plecaka i torby co im było potrzebne. Poszliśmy piętro wyżej na kontrolę straży granicznej „security check”. Spora kolejka. W końcu nasza kolej by pościągać te swoje metalowe przedmioty. I hop do kuwety drobne pieniądze, komórka, zegarek, pasek od spodni. Do drugiej kuwety plecak, do kolejnej laptop i do ostatniej walizka kabinowa.
Przeszedłem bramkę i czekam na swoje rzeczy w kuwetach po prześwietleniu promieniami rentgena. Wszystko już mam. Czekam tylko na walizkę. Widzę że walizka trafia na bok. Strażnik się pyta, czy to moja walizka? Tak. Otwiera ją, wyciąga torbę z dronen i razem z jakimś dziwnym przedmiotem kładzie do kuwety z walizką. Rzuciłem okiem na ten przedmiot. Wygląda trochę jak element od jakiejś broni. Pistoletu? Strażnik wziął całą tą kuwetę i jeszcze raz puścił na prześwietlenie. Ja czekam. Dziewczyny cofnęły się do mnie i pytają, co jest grane? Mówię więc o tym przedmiocie w walizce i na ucho im mówię że chyba mi ktoś podrzucił do niej jakiś element broni…
Ponoć zbladłem wówczas, ale faktem jest że nie rozumiałem, jak to się stało że jakiś taki przedmiot znalazł się w mojej walizce… No i Jagoda z pełną powagą mówi że przecież to jest jej pistolet… Do robienia baniek!!! A że jest na baterie, to skoro usłyszała, że musimy z walizek kabinowych wszystko co ma baterie wziąć ze sobą do przedziału pasażerskiego, a miała już pełną torbę, to wsadziła to do mojej walizki. Ja w tym czasie ładowałem te duże walizki na odprawie i się nie zorientowałem, że Jagoda coś pakuje do mojej walizki! Powiedziałem jej, żeby już nigdy więcej nie robiła takich rzeczy. Że musi mi powiedzieć o tym, że coś mi do mojego bagażu daje, bo to poważne sprawy.
Strażnik tymczasem prześwietlił bagaż i z tajemniczą miną mi się przyglądał. Ja mu od razu, że to zabawka, do robienia baniek mydlanych, na baterie, plastikowa. Uśmiechnął się w końcu i puścił mnie wolno…
No tego jeszcze nie grali! Teraz się z tego śmiejemy, ale wówczas gdy zobaczyłem jakiś taki dziwny przedmiot, to początkowo rzeczywiście zbladłem, bo pomyślałem, że ktoś mi coś podrzucił…

Do Frankfurtu lot już bez niespodzianek. Kontrola paszportowa super szybko w okienku odprawy samodzielnej. Skanujemy paszport, stajemy naprzeciw kamery, która nas dodatkowo skanuje i tyle. Free to go! Ależ to lotnisko jest ogromne! Na miejscu potwierdziło się, że będziemy tu musieli 30 minut iść do odpowiedniego terminala. Naszym był Z69. A wylądowaliśmy przy A … No i biegniemy jak się da najszybciej, bo trochę mało czasu mamy do naszego „boardingu” czyli odprawy do wejścia na pokład samolotu do Nowego Jorku. Gonimy, gonimy i mijamy te wszystkie sklepy bezcłowe nie dając mi możliwości kupić Patce na rocznicę ślubu perfumy…
Nagle gdy w końcu widzimy napis z52 i w oddali Z69, zatrzymuje nas bariera policji. Pani z okropnym twardym niemieckim akcentem każe mi dać jej karty pokładowe moje i Jagody oraz paszporty. Obok Patka przechodzi tą samą kontrolę. Dziewczyny mogą iść dalej, a ja słyszę że mam iść w lewo na kontrolę szczegółową.
„Morgen” mówi do mnie w średnim wieku facet nienaturalnie się szczerząc. Hello! Odpowiadam I słyszę że brzmi to niemal jak „Hell! No!” Facet pyta mnie o telefon. Podaję. On przeciąga po nim paskiem do zbierania próbek. Każe mi ściągnąć buty. Ściągam coraz bardziej się martwiąc, że jak tak dalej pójdzie to mogę się spóźnić… Facet bierze buty, ogląda je dokładnie, przewraca nimi w każdym możliwym kierunku i patrząc mi prosto w oczy nagle z pełną powagą na twarzy (choć do tej pory szczerzył się w nienaturalnym uśmiechu) spytał „why you so nervous”? „’cause I’m late for my plane and we had to run across whole enormous big airport. I’m just in a hurry” (dlaczego jesteś taki nerwowy? Bo się spóźniam na mój samolot i musieliśmy biec tutaj przez to całe wielkie lotnisko. Śpieszę się po prostu!) Wyszczerzył się znów w uśmiechu, oddał mi buty, a gdy opuściłem wzrok by je założyć rzucił do mnie jeszcze „Polska forever”! Zdziwiony popatrzyłem na niego odparłem zmieszany „tak, Polska…” Na co on rzucił „you’re free” I pobiegłem do terminala Z69. Ta kontrola to najpewniej przypadek, ale cholera wie? Może teraz już wszędzie mam w ich systemach znaczek „głupi dowcipniś z czymś co wygląda jak broń a jest zabawką do robienia baniek! Prześwietlać przy każdej okazji! ” Przekonamy się na lotnisku JFK w New York.
Ponad 1,5 h lotu z Krakowa do Frankfurtu, teraz 9 h lotu za ocean. Zobaczymy co dalej?

Okazało się że bez żadnych problemów. US Customs officer wbił nam szybko pieczątki w paszportach i poszliśmy po nasze walizki. Szybko je odebraliśmy.
Gdy wyszliśmy, przywitała nas Teścióweczka. Było już ciemno. Odczekalismy w kolejce do taksówki i dojechaliśmy za 77$ do domu.

W ten sposób przelecieliśmy pół Globu i jesteśmy na amerykańskiej ziemi. Niezbyt długo jednak, bo niebawem polecimy na Karaiby na jedną z wysp. Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej o naszych przygodach, śledźcie nas! Do zobaczenia!

Zostaw komentarz